Utwórz nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 13 lis 2010, o 14:17 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
Prolog

Teraz, gdy jużem stary, słaby i zniedołężniały. Odczuwam silną potrzebę, podzielenia się z wami zasłyszanymi dawno temu opowieściami. Niektóre fakty mi się już niestety mieszają. a inne odeszły w mrok niebytu mojego. co raz bardziej szwankującego umysłu. Opowiem wam moi drodzy te niezwykłe historie ze świata barbarzyńskiej Hyborii. póki jeszcze co cokolwiek pamiętam. Szkoda by do końca sczezły i zapomniane przez potomnych zostały. Przekażcie je innym proszę, gdy mnie już pośród was nie będzie. Wszak to opowiastki o nas, zapomnianych bohaterach, którzy w tych okrutnych czasach poświęcali młodość, życie i miłość w walce ze złem, swoim często parszywym losem i zaszczytnym przeznaczeniem, o które wcale się nie prosili.

Opowieść pierwsza

W porze wieczornego szczytu tawerna „Albatros”, podobnie jak wszystkie inne w porcie oraz w pozostałych dystryktach miasta, pękała w szwach. Ostatnie bowiem promienie słońca, które jeszcze do niedawna z wielkim trudem przeciskały się przez postrzępione wapienne szczeliny szczytów okalających od zachodu Old Tarantię, wreszcie skryły się za nimi na dobre. Nadzieja mieszkańców na zaznanie nieco ulgi od morderczego upału, była płonną, albowiem nadmiernie nagrzane za dnia budynki oddawały teraz z chęcią i szczodrością godną lepszej sprawy, nagromadzone i niechciane przez nikogo ciepło. Letnia pora tego roku w stolicy, rządzonej od ładnych paru lat twardą ręka barbarzyńskiego króla Conana, była szczególnie sucha. Od pięciu tygodni nie spadła kropla deszczu. Wysychające masowo studnie, podbiły cenę czystej wody niebotycznie wysoko, zupełnie jakby miasto te było perłą pustynnej Stygii, a nie wiecznie zielonej Aquilonii.
Przez ciżbę pijanych mężczyzn przeciskały się zwinne jak jaszczurki, kolebiąc zmysłowo biodrami nie najmłodsze już, ale zawsze pełne wigoru, nieprzyzwoicie roznegliżowane barmanki. Stanowiły one główną atrakcję tej śmierdzącej budy. Szczebiotały wesoło, głośno piszcząc, udając niedostępność, gdy były bezceremonialnie obłapiane przez podchmielonych i podnieconych, spragnionych darmowej rozrywki żeglarzy, żołnierzy, czeladników i wszelkiego innego pospólstwa podejrzanego autoramentu. Nie wyrywały się nerwowo z ich objęć, ignorując liczne męskie dłonie, które bezczelnie błądziły po ich jędrnych krągłościach. Koncentrowały się głównie na drewnianych tacach, noszonych tuż nad swymi głowami, wypełnionymi po brzegi trunkami i z zwykle podłym żarciem, serwowanym tu jak co dzień. Co rusz spozierały bacznie na klientele, aby wyłuskać z tłumu jakiegoś napalonego galanta. Ciasna izdebka za barem idealnie nadawała się na spędzenie upojnej chwili, szczególnie gdy absztyfikant miał czym zapłacić. W knajpie pełno teraz było pijanych wyrostków, majtków pokładowych i żołdaków, zawsze chętnych by skorzystać z ich usług. Zalotnych i przymilnych uśmiechów nie rozdawały jeno staruchom i w sztok pijanym, albowiem seks z nimi trwałby bez końca, a czas to w tym zawodzie rzecz bezcenna. Właściciel tego przybytku kulawy John, jak do niego się wszyscy zwracali, a to ze względu na drewnianą kulę, którą miał miast prawej nogi, nie był sympatycznym i lubianym człowiekiem. Jako były szyper, pirat i najemnik znany był z surowości, nieobyczajności i legendarnego skąpstwa. Zatrudnione tutaj dziewczyny marnie wynagradzał, a ponadto kazał sobie odpalać słony procent z napiwków i innych dochodów zdobytych w tej taniej cuchnącej rzygowinami i moczem spelunie.
- Czym mogę służyć? - Zapytała zamyślonego i nieobecnego mężczyznę, nie młodzieniaszka ale z pewnością przed trzydziestką, - oceniła go w szybko w myślach doświadczona kelnerka.
- Dwie kwaterki piwa i plaster pieczonego solonego boczku - zamówił chropowatym przepitym głosem, nie spoglądając nawet na wdzięcząca się przed nim panienkę.
- Płatne z góry, 35 miedziaków - zawołała , usiłując przekrzyczeć wszechobecny tumult.
Ogorzały wyglądający na żołnierza osobnik rzucił niedbale na stół monety i 5 miedziaków napiwku, po czym zadumał się ponownie.
Od dłuższego czasu obserwował go krępy osobnik o pucołowatej tłustej gębie i przebiegłych świdrujących blado niebieskich oczach, które w tym marnym świetle oliwnych lampek zdawały się być koloru z dawna zdechłej ryby.
- Kłopoty mości kawalerze? - Zagadał do postawnego mężczyzny z naprzeciwka. Chmurny nieznajomy zaszczycił go tylko przelotnym spojrzeniem, po czym skierował wzrok na jakiś nieokreślony punkt. Korpulentny adwersarz nie urażony milczeniem kontynuował.
- Kobieta? - Zrobił pauzę, ale nie wyczytawszy nic istotnego z twarzy młodego wojownika zgadywał dalej. - Jak nie niewiasta to pewnie kościane długi? - Drobny grymas przebiegł po twarzy nieznajomego jak bryza po żaglach podczas flauty. - Ha... Wiedziałem - zawołał zadowolony. - Tylko te dwie rzeczy na świecie są naprawdę srodze upierdliwe, bo z całą resztą każdy zdrowy, silny i nie głupi chłop bez trudu sobie poradzi.
Posępny człowiek spojrzał ponownie na rozgadanego sąsiada ale nic dalej nie rzekł.
W tym czasie barmanka przyniosła jęczmienne piwo. Stawiając dwa cynowe kufle, nachyliła się tak, że jej niezwykle obfite piersi niemal wyskoczyły zza kusej sukienki. Mężczyzna spojrzał jej w oczy po czym rzekł.
- Nie jestem zainteresowany - i blado się do niej uśmiechnął. Dziewczyna z wyraźnym niezadowoleniem okręciła się nagle na pięcie i podeszła do ławy obok, zbierając nowe zamówienia.
- Może miałbym propozycję dla waćpana. Można sporo zarobić, a robota dla waszmości jak w sam raz. Zainteresowany? – nagabywał pucułowaty jegomość.
- Mam kogoś zabić? - Spytał bez szczególnego zainteresowania w głosie. Po czym dwoma haustami opróżnił niemalże cały kufel. Zaraz po tym beknął przeciągle. Wierzchem dłoni otarł białą pianę z warg i skupił się na konsumpcji dostarczonego również boczku, mlaskając przy tym głośno, oblizując każdy ociekający tłuszczem brudny palec. 
- Nie skądże znowu. Nic z tych rzeczy. Jestem poważnym i szanowanym handlarzem, nie jakimś podejrzanym indywiduum z półświatka.
- To mów waść w czym rzecz, a ja ci powiem za ile w to wejdę. Jeżeli oczywiście zdecyduję się w to gówno wdepnąć. - odparł spoglądając z nieznacznym zainteresowaniem zza drugiego, niemalże już pustego pucharka. - Tylko zaznaczam, - dodał - że o suchym pysku nie negocjuję - i wykrzywił usta w bezczelnym uśmiechu.
- Oczywiście, - odwzajemnił się wymuszonym uśmiechem kupiec. Zamówił z wyraźnym wahaniem jeszcze po dwie kolejki dla każdego. - Niedawno zrobiłem świetny interes. Sprzedałem sześciu niewolników zamożnemu szamanowi z Conarch Village. Mam tylko teraz jeszcze mały szkopuł, bowiem nieopatrznie obiecałem, że dostarczę ich całych i zdrowych na miejsce. Dostałem sporą zaliczkę i mam potwierdzenie kupna na piśmie. Nie myśl waćpan sobie, że można mnie łatwo wykpić. Zabezpieczyłem się, ale reszta złota niestety dopiero gdy wszyscy będą w Cymerii.
- No to masz problem, bo do Conarch droga daleka, a po drodze dzikie bandy, maruderzy, Vanirscy odszczepieńcy, watahy wilków, niedźwiedzie i czort wie co jeszcze. Jak połowa z nich przeżyje tą niebezpieczną i długą podroż, to będziesz mógł mówić o wielkim szczęściu handlarzu. Wybacz, ale nie uważam byś zrobił dobry interes. Powiem więcej, to kiepski układ, zapłaci tylko za towar, który mu dostarczysz i potrąci za każde nawet najmniejsze uszkodzenie, a oto nie łatwo na tym trudnym i niebezpiecznym szlaku.
- Mała karawana dojedzie tam niespełna w dwa tygodnie jeno. Główny trakt handlowy jest w miarę bezpieczny. Nie ma co demonizować zawczasu i piętrzyć trudności. Ja wiem, że waść chcesz cenę podbić, ale to dla żołnierza zwykła rzecz konwojować ludzi.
- Chyba waszmość jednak niedzisiejszy jesteś, albo głupszego niż w istocie jesteś udajesz, twierdząc, że szlak chroniony jest. Mówię to panu szczerze i bez wciskania ciemnoty, że tak źle to już dawno nie było. Zapomnij pan o podroży głównym szlakiem. Nim może sobie pozwolić jechać zagon karnego wojska, a nie dwa wozy na krzyż i jeden rycerz zdolny do ochrony. Toż to samobójcza misja i chyba jakiś ostatni desperat by się na to porwał. 
Kupiec, mocno pobladł na twarzy, na czole wystąpiły kropelki zimnego potu. Wypite trunki i coraz gorętsza atmosfera panująca w tej obskurnej zapchlonej budzie dawała mu się mocno we znaki. Nieprzywykły był bowiem do tak podłych knajp. Zmuszony był niestety szukać przewodnika i ochroniarza w takich jak to spelunach. Jednakże ostry odór niemytych tygodniami ciał, zjełczałej słoniny i kwaśnych oddechów siedzących obok niego i ściśniętych jak ławica sardynek ludzi, nieznośnie drażnił jego powonienie, powodując przyjście nieuniknionych mdłości. Ślina nagle pociekła mu z kącika ust, wzdrygnął się odruchowo, gdy nagle jakaś silna dłoń ujęła go mocno za jego własny kołnierz. Nie byle jaki wszak, bo od koszuli z drogiego farbowanego importowanego płótna. Wydawało się, że ręka ta uniosła go do góry bez żadnego wysiłku, niczym piórko. Potem widział już tylko zamglonym wzrokiem jak z tyłu pchany przeciska się przez obleśnie lepkie od potu ciała bywalców tawerny.
Wreszcie na zewnątrz mógł zaczerpnąć pełną piersią nieco chłodniejszego świeżego powietrza. W tym momencie fala skurczów szarpnęła nim, zmuszając jego ciało do wydalenia zawartości żołądka. Gdy zachlapał już dokumentnie bruk wokół siebie wypitym niedawno piwem i na wpół strawionymi resztkami późnego obiadu, poczuł się nieco lepiej. Powoli rozejrzał się i dostrzegł rozbawionego mężczyznę, śmiejącego się na głos, najpewniej z niego właśnie. Dryblas był tym samym człowiekiem, z którym niedawno był rozmawiał.
- Dziękuję waćpanu za tą szybką pomoc, w tej nie ukrywam, mocno krepującej mnie sytuacji.
- Nie ma sprawy. Ha..ha.. Siedziałem na przeciwko, a byłem już po kolacji i nie miałem ochoty na dokładkę. Choć zgaduję po pańskich rzygowinach, że to nawet chyba bażant lub kaczka w warzywach była. 
- Rozumiem, że nie miał pan specjalnego wyjścia inaczej bym waszmości cuchnącymi waporami w gębę chlusnął. A wierzaj mi pan na słowo, nie chciałbym być w swojej skórze po takim nieopatrznym wypadku. - Kupiec wyprostował się i wytarł usta rękawem koszuli. Westchnął i zapytał nieśmiało.
- To jak? Dogadamy się, czy mam szukać kogoś innego do tej roboty?
- Pięćdziesiąt z góry i tyle samo po przybyciu na miejsce. Za każdego straconego niewolnika po drodze możesz waść śmiało odliczyć po pięć sztuk złota.
Tłusty jegomość doszedł do wysokiego wojownika i wyciągnął dłoń.
- Trzydzieści z góry, siedemdziesiąt na miejscu i po siedem sztuk złota za każdego padłego po drodze.
- Zlitowałem się nad waszmością. Nikogo za tą cenę nie znajdziecie. Czterdzieści i sześćdziesiąt na miejscu i sześć sztuk za każdego, którego stracę. To już ostateczna cena, za mniej tyłka nigdzie nie ruszę. - Po czym uścisnął mokrą dłoń spoconego i zadowolonego kupca.
*
Wozy były dwa, przykryte szarą plandeką z mocnego żaglowego płótna naciągniętego na pałąkowato wygięte metalowe żerdzie. Drewniane nowe koła obite były pół calową blachą. Do każdego zaprzęgnięto parę silnych i zdrowo wyglądających mułów. Jednym powoził czeladnik terminujący u kupca. Była to jego pierwsza tak daleka i odpowiedzialna podróż, w której miał sfinalizować kontrakt ,wyręczając swego pryncypała. Drugim był wynajęty zawodowy woźnica. Dwaj niewolnicy, najpewniej kithajscy sądząc po wzroście, kolorze skóry i skośnych oczach, mieli jechać pierwszym, razem z prowiantem i paszą dla zwierząt. Kobiety zaś, jedna młoda stygijka i druga dużo starsza nemedyjka wraz z dwójką starszych dzieci zajmowały drugi pojazd.
-No i jak się panu widzi mości kawalerze nasz mały orszak? - Zagadnął kupiec zadowolony z siebie oraz z faktu, że w końcu może spróbować dokończyć ryzykowny interes.
- Może być. - Odparł wojownik po niejakiej chwili i dokładnym zlustrowaniu zwierząt pociągowych i skrzypiących drewnianych furmanek.
Handlarz zauważył, że wzrok ochroniarza co chwila prześlizguje się po kręcącej się młodej stygijskiej dziewczynie. 
- Niezła sztuka co? Najdroższa z całej ekipy, warta tyle co reszta razem do kupy. Zdrowe białe jak śnieg zęby, cera bez skazy, no i figura jak u kurtyzany z najdroższego kurwidołka w tym mieście. Zostawiłbym ją sobie co by mi zimową porą nerki grzała ale cóż począć. Finanse moje podupadły i ratować się jakoś muszę wysprzedając za bezcen wszystkie moje ruchome aktywa. Ha..ha.. Wziąłbym za nią i dwakroć więcej gdyby to niedojda nie była, a tak taki towar za pół ceny muszę opychać. 
- Nie wygląda na upośledzoną, - zagadnął nieco zdziwiony zbrojny. - Trochę może przelękniona, ale wzrok ma rozumny, tak mi się przynajmniej widzi na pierwszy rzut oka. Nie istotne to zresztą jest i nie moja to rzecz, ale żeby nogi rozłożyć to wielkich szkół nie trzeba w końcu kończyć.
- Święte słowa waćpanie. Pewnikiem tylko do wyrka ją ten stary świntuch kupił, bo wielkiego pożytku w domu z niej nie będzie. Hi..hi. Droga długa to i waszmość skorzysta. Tylko proszę ostrożnie jeśli łaska i nie skaleczyć dziewuchy, bo potrąci skurczybyk i obaj stracimy. A dobry interes to jest rzecz najważniejsza. Jak kasa w mieszku brzęczy to i piękna dziewoja przy boku się kręci - zachichotał na głos perlistym zaraźliwym śmiechem.
Wojownik pożegnał się krótko z handlarzem i dał znak do wymarszu. Do późnego popołudnia jechali głównym traktem. Przed wieczorem skręcili w bok na traperski szlak, który przez większość roku był nieprzejezdny dla zaprzęgu, ale że susza tego lata była okrutna, więc dało się go spokojnie przebyć, nie martwiąc się, że ciężkie wozy ugrzęzną w po osie w błocie. Jedynym zmartwieniem wydawało się być szukanie odpowiedniego płytkiego i twardego brodu podczas przepraw przez liczne rzeki i rozlewiska jakie napotkają po drodze. Gdy całkiem się ściemniło rycerz, dał sygnał do postoju. Rozbili obóz przed sporą rzeczką, którą zamierzał pokonać rankiem. Zsiadł z kona i sprawnie go rozkulbaczył. Zaprowadził zwierzę do wodopoju, potem wszedł z nim do wody porządnie go wyszorował i wymasował. Zawsze osobiście dbał o oporządzenie swojego wałacha, nigdy nie powierzał tej czynności obcym. Przy okazji nie bez przyjemności wykąpał się w lodowato zimnym, szerokim na dwadzieścia kroków strumieniu. Zrelaksowany i zadowolony powrócił do taboru. Kobiety zajęły się w tym czasie przygotowaniem posiłku, na który składała się miska fasoli z drobno posiekaną w kostkę słoniną i kubek brunatnej słodkiej cieczy. Mężczyzna obserwował zza półprzymkniętych powiek, krzątającą się tu i ówdzie stygijską niewolnicę, z rosnącym zainteresowaniem. Dziewczyna podobno była niemową, chodziła z ciągle z pochyloną głową i wzrokiem spuszczonym w ziemię. Nigdy nie patrzyła na rozmówcę, co było na dłuższa metę, dla osoby nie przywykłej do takiego zachowania, rzeczą nieco deprymującą. Nie reagowała na liczne słowne zaczepki ze strony woźnicy czy nawet dwóch khitajskich niewolników. Wymijała ich zgrabnie i z pewnego rodzaju finezją, unikając z sukcesem podszczypywania lub natarczywego obmacywania. Potwierdzała zrozumienie polecenia krótkim potaknięciem. Wykonywała je szybko i bez zbytecznego ociągania charakterystycznego dla niewolników zawsze skorych do lenistwa. Wojownik wyznaczył spośród wolnych ludzi warty na noc i zarządził odpoczynek. Doszedł do dziewczyny i brutalnie pociągnął ją do góry za włosy i zmuszając do powstania i spojrzenia mu prosto w oczy. Po czym głośno powiedział tak, aby wszyscy to usłyszeli.
- Na czas podróżny jesteś moja i tylko moja. Zrozumiałaś? - Dziewczyna bez cienia śladu strachu ani zdziwienia pokiwała głową, mimo krępującego ją mocnego uścisku. Poluźnił chwyt nadal patrząc jej w oczy. Nie widział w nich śladu obłędu, a nawet przysiągłby, że wrodzoną hardość i gdzieś na dnie głęboko ukryte iskierki intelektu.
- Rozłóż posłanie przy ognisku. Reszta do wozu, zostaje tylko jeden na warcie. - Po czym ją puścił. Niewiasta natychmiast pomknęła i wgramoliła się na wóz aby wziąć z niego potrzebne pledy i skóry. Spojrzał groźnie po reszcie biesiadników, ale wszyscy zamilkli i nikt nie zamierzał podważać jego decyzji. Gdy wszyscy udali się na spoczynek, on po dokładnym okrążeniu obozowiska i sprawdzeniu powiązanych zwierząt, zbliżył się do przykrytej grubą bawolą skórą panny. Rozebrał się do naga, ubranie złożył starannie, położył je jako podkład pod głowę i wsunął się do ciepłego już legowiska. Objął dziewczynę lewym ramieniem i umieścił jej głowę na swojej szerokiej potężnie umięśnionej piersi. Schwycił za jej biodro i nasunął jej uległe ciało taki sposób na siebie by tylko częściowo leżała na nim, nie uciskając zanadto jego brzucha i klatki piersiowej. Chciał aby poczuła jego budzącą się męskość. Nie zamierzał jej gwałcić, ale też nie mógł z jakiegoś powodu dopuścić, aby pomyślała, że jest impotentem. Co prawda nie bardzo wiedział dlaczego to robił i co chciał przez to osiągnąć, ale tak uczynił. Chyba jednak męska duma nie pozwalała mu dopuścić do powstania jakichkolwiek wątpliwości w tej materii. Nie mógł sobie jednak darować, by delikatnie nie pogłaskać, gładkich jak aksamit, jędrnych pośladków. Gdy tak niespiesznie błądził dłonią po tych rozkosznych zakamarkach, usłyszał, że dziewczyna zaczyna szybciej oddychać i serce jej niebezpiecznie przyspiesza. Przerwał nagle pieszczoty.
- Wybacz, - szepnął - nie mogłem się powstrzymać.
Przed laty bawiąc w Serpents Inn, w najlepszym burdelu na świecie, rozmawiał długo z nieziemsko piękną i mądrą kurtyzaną wyglądającą może na dwadzieścia lat, a mającą w istocie dobrze ponad czterdziestkę. Dowiedział się, że ciało kobiety i mężczyzny mimowolnie reaguje podnieceniem na umiejętny dotyk i to niezależnie czy mają oni ochotę na miłosne fikołki, czy też wstrętnym się im wydaje partner i są jak najdalsi od chęci spółkowania. Podobno to taki odruch organizmu, niezależny od jego woli. Teraz sprawdził to w praktyce i stwierdził, że ta doświadczona dziwka miała całkowitą rację. Długo nie mógł zasnąć, ale wreszcie słysząc regularny i spokojny oddech ślicznej stygijki i on dał się w końcu uwieść marzeniom i nie wiedząc czemu akurat erotycznym, w których nieprzyzwoicie dokazywał z pewną dziewczyną o oliwkowej cerze. Zbudził się jak zwykle sam grubo przed świtem. Niechętnie opuścił ciepłe i dobrze wymoszczone gniazdko. Sprawnie ubrał się i zluzował cymeryjczyka, który do tej pory czuwał. Obszedł ponownie obozowisko. Gdy zaczęło świtać, usłyszał cichy szelest za sobą. Odwrócił się i zobaczył stygijkę. Miała w ręku parujący kubek ożywczo pachnącego napoju. Wręczyła mu go swoim zwyczajem, nie patrząc mu w oczy.
- Dziękuję. - Skłoniał nieznacznie głową, odbierając wywar z rak dziewczyny. Ona tylko zwyczajowo drygnęła i szybko się oddaliła.
Przez cały następny dzień nic szczególnego się nie wydarzyło. Słychać było tylko w oddali wycie i nawoływania wilków, ale o tej porze roku nie były one groźne. Zwierzyny miały pod dostatkiem, niebezpieczne stawały się późną zimą i wczesną wiosną, kiedy to całe wygłodniałe watahy szukały pożywienia nawet wśród ludzi, nie zważając na naturalny lęk przed nimi.
Gdy zaczynało się zmierzchać, dotarli do małej leśnej polany, gdzie zarządził postój i nocny wypoczynek. Nie było w pobliżu wody, więc zwierzęta napojono tą ze zgromadzonych zapasów. Żołnierz z niepokojem obszedł całą polanę, ale nie mógł się pozbyć uczucia niepokoju. Zgubili stary szlak, nie przyznał się jednak do tego. To miejsce napawało go dziwnym, nieokreślonym i podświadomym lękiem. Nie bał się śmierci, wielokrotnie zaglądał jej w oczy, śmiejąc się bezczelnie w twarz, ale pewne niezrozumiałe dla niego moce, zawsze wywoływały w nim irracjonalny stan emocjonalnego wycofania graniczącego z paniką. Gdy położył się obok kobiety, ta przetoczyła się przez niego tym razem na jego prawe ramię. Wtuliła się mocno wsadzając lekko zgiętą w kolanie nogę między jego muskularne kończyny i objęła go drobnymi dłońmi, przyczepiając się do niego jak traszka do podwodnego korzenia i szybko zasnęła. Obudził się wcześniej niż zakładał i wyczuł, że dziewczyna też nie śpi, ale nasłuchuje. Odsunął ją delikatnie na bok i polecił by skryła się w wozie z innymi. Ognisko już przygasło. Ledwie kilka nieśmiało żarzących się i rozpadających szczapek świadczyło, że płonący czas jego świetności dobiegł końca. Nagromadzony wieczorem chrust się skończył, więc nie było żadnej szansy na jego podsycenie. Zwodnicza mgła napływała do nich, otulając ich szczelną, nieprzeniknioną i złowieszczą puchową pierzyną. Dziwne odgłosy, jakby zaśpiewy z nocnego koszmaru słyszał wokół, ale dostrzec cokolwiek było niepodobna. Już wiedział co wywoływało w nim taki dziwny stan. Znaleźli się na pradawnym uroczysku. Duchy dawno zmarłych, przeklętych, do cna zepsutych dusz, tułając się między światami, materializowały się tutaj w wynaturzone, człekopodobne kształty. Pożerając żywych, realizowały swe stare popędy znane im doskonale z czasów ich niegdysiejszego niecnego żywota. Początkowo jeno krążyły wokoło podsycając ludzki strach, wzmacniając się w ten sposób, gromadząc negatywną energię, aby w końcu rzucić się w opętańczy dziki tan krwawej jatki. O zgrozo, byli zgubieni. Myśli przeskakiwały mu przez mózg niczym błyskawice w letnią parną noc. Nie przetrwają żywi tu do świtu. Te nienasycone, bezlitosne bestie pochłoną ich bez trudu. Pobudził ludzi. Każdy dzierżył w dłoni miecz , a niewolnikom wydano noże i topory. Ustawili się w kręgu blisko wozów. Zwierzęta nerwowo parskały, zaniepokojone nienormalnym zjawiskiem. Nagle z nienaturalną szybkością jedno obrzydłe monstrum podobne do ghula doskoczyło do nich i porwało jednego z kithajskich niewolników, znikając natychmiast w gęstych oparach. Przerażone krzyki i wrzaski rozrywanego na strzępy i kąsanego śmiertelnie człowieka dobiegały do ich uszu, powodując odruchowe dreszcze. Nemedyjka zaczęła głośno szlochać i modlić się do Mitry o ratunek. Nie zdało się to na wiele, albowiem z drugiej strony pojawił się następny twór i porwał jedno z śmiertelnie przerażonych i głośno płaczących dzieci, umykając jak poprzedni poza zasięg wzroku. Nagle niespodziewanie stygijka odważnie wyszła z kręgu, mając w dłoniach jeno marne widły. Drewnianym styliskiem zakreśliła okrąg wokół nich. W samym centrum nakreśliła dziwną sześcioramienną gwiazdę i kilka napisów w języku, którego nie znał. Następnie udała się śpiesznym krokiem do wozu z zaopatrzeniem. Szybko przerzucała wiktuały szukając czegoś nerwowo. Żołnierz nie bacząc na zagrożenie stanął dwa kroki za nią, gotowy odeprzeć każdy atak. Gdy nagle goblinowaty twór pojawił się znikąd, chcąc najpewniej dopaść dziewczynę, odruchowo machnął mieczem. Fartowne cięcie odrąbało obleśną i oślizłą kończynę, drgającą jeszcze przez chwilę po tym, jak już leżała na mokrej glebie. Poczwara z dzikim piskiem skryła się we mgle. Dziewczyna w końcu znalazła to czego szukała, albowiem z pękatym woreczkiem wróciła do narysowanego uprzednio naprędce okręgu, wysypując wokół po woli jego zawartość. Stwierdził ze zdumieniem, że tak oto pozbywają się lekką ręką całych zapasów cennej przyprawy. Do rana nikogo nie porwano i gdy słońce rozgoniło mgłę, zbliżył się do stygijki stając naprzeciw niej. Ujął wolno jej podbródek w dwa palce i odchylił go do góry.
- Wiedz, że nie mam ci za złe za to, iż pozbawiłaś nas dzisiaj całego zapasu soli mimo, że nie znoszę jeść mdłej i nieprzyprawionej fasoli. Wątpię jednak też w to, że te twoje gusła i koślawe bohomazy narysowane na ziemi na coś się zdały. Faktem jednak jest , że te upiory nie zaatakowały ponownie. Patrząc w jej oczy miał przemożne wrażenie, że zobaczył w nich ślady bezczelnej kpiny z jego bezdennej ignorancji, ale nie dał po sobie poznać, że go coś zastanowiło w jej spojrzeniu. Dał sygnał do natychmiastowego opuszczenia tej przeklętej przez bogów polany. Krążyli do wczesnego popołudnia po lesie zanim wreszcie znalazł zgubiony poprzedniego dnia szlak. Z wielką ulgą oddalali się od tego przerażającego miejsca. Jechali szybko do późnego wieczora, nie musząc specjalnie poganiać mułów. Gdy spadła widoczność musiał zarządzić postój, albowiem w ciemnościach mogli by ponownie zgubić drogę. Gdy w końcu położył się wyczerpany, obok coraz bardziej intrygującej go kobiety, odetchnął głęboko. Wtem poczuł jak jej delikatna dłoń przesuwa się od mostka w dół, w kierunku naprężonego jak struna liry ulicznego grajka, przyrodzenia. Gdy wreszcie do niego dotarła owijając się miękko wokół niego jak wąż dusiciel westchnął odruchowo. Zaraz po tym jakby na tajny niemy rozkaz, puściła go nagle by powędrować z powrotem wolno w górę. Na wysokości prawej piersi klepnęła go leciutko dwa razy. Po czym wtuliła się jak zwykle w niego próbując zasnąć. Mógłby przysiąc na grób swojej dawno zmarłej matki, że się wtedy uśmiechnęła i gdyby mogła mówić, to z pewnością by rzekła „wybacz mi, nie mogłam się powstrzymać”. Pośród tej nocnej głuchej ciszy, jego pędzące w szaleńczym cwale serce, dudniące niczym jarmarczny tamburyn, było wstydliwym świadectwem skrajnego podniecenia. Nie wiedział jak długo będą ciągnęli ta grę, ale nie żałował już więcej, że przyjął tę niebezpieczną robotę. 
Cdn.


Ostatnio edytowano 20 lis 2010, o 22:41 przez Vespen, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 15 lis 2010, o 04:46 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 11 lis 2010, o 02:09
Posty: 9
Poezja :D

_________________
Żyjemy by walczyc, walczymy by życ


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 15 lis 2010, o 18:59 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 21 wrz 2010, o 19:52
Posty: 159
Nie - to proza ;) .
Ale faktem jest, że świetna.


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 17 lis 2010, o 17:25 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
Mijany krajobraz z wolna przekształcał się na ich oczach nie do poznania. Łagodne zalesione pagórki zmieniały się w pożlebione przez wieczne wiatry i bystre, szumiące strumienie, w trudno dostępne, strome wąwozy. Coraz rzadsze lasy ustępowały niewysokim karłowatym drzewom i krzewinkom oraz mrowiem wrzosów, które jak morskie fale poddawały się łagodnym tchnieniom zmiennego lodowatego wiewu. Zdawały się w tym majestacie cierpliwie czekać na swój czas, który niebawem miał nastąpić, pokrywając, te dzikie barbarzyńskie bezdroża, bezkresnym fioletem. Na krańcach odległego horyzontu, w krainie wiecznego mrozu, surowe postrzępione szczyty strzegły groźnie swych tajemnic.
Podróżnicy brnęli wolno wymijając wykroty i nadkładając drogi, omijając skalne zwaliska. Przez kilka ostatnich dni, przebijając się przez te bliźniaczo podobne do siebie parowy, nie natrafili, w swej mozolnej wędrówce, na szczególnie wielkie trudności godne wspomnienia. Tabor posuwał się systematycznie naprzód zgodnie z obranym zawczasu kierunkiem marszu, przez nikogo nie niepokojony. Wreszcie siódmego dnia marszu, gdy zaczynało się już zmierzchać, w oddali spostrzegli zarysy prymitywnych sadyb. Pierwsza osada na ich trudnej drodze. Serca napełniły się nadzieją, na zaznanie nieco prostych wygód i spokojnego snu. Bez panicznego drżenia w odpowiedzi na każdy szelest i podejrzany odgłos dobywający się z mroku.
Jakież było ich zdziwienie, gdy dochodząc do wioski, stwierdzili, że jest z dawna opuszczona. Liche lepianki, nienaprawiane regularnie, w większości się rozpadały. Słomiane dachy zawaliły. Znaleźli jedyny budynek, zapewne należący do kogoś znaczniejszego, może wójta lub namiestnika, który szczęśliwie dla nich oparł się denudacji. Składał się z trzech dużych izb. Centralnej i zarazem najobszerniejszej na wprost wejścia oraz dwóch po jej bokach. Skrajne pomieszczenia oddzielały obecnie od głównego jedynie ziejące posępnie ciemne otwory. Drewniane drzwi, które w nich kiedyś wstawiono, rozpadły się i wraz ze spróchniałymi i połamanymi stołami, stanowiły ich ponury wystrój. W jednym pomieszczeniu na prawo od wejścia zachowała się jednak sporej wielkości prycza w całkiem dobrym stanie. Sienne materace przegniły, ale reszta nie wyglądała na zmurszałą. Budynek stał pośrodku placu, który otaczał niewysoki murek.
Dowodzący wyprawą zarządził, aby wozy wprowadzić w obręb ogrodzenia, zwierzęta po dokładnym oporządzeniu zaprowadzić do pomieszczania po lewo. Reszta miała spać w środkowej izbie na glinianym klepisku. On zamierzał spędzić noc w prawdziwym wyrku, gdzie nakazał posłać swojej ulubionej niewolnicy. Po nocnym zwyczajowym obchodzie dosunął się do odwróconej do niego tyłem i śpiącej na lewym boku dziewczyny. Prawą rękę położył na jej gibkiej tali. Następnie wolno przesunął ją w kierunku kształtnych, pełnych piersi, ujmując je delikatnie palcami. Czuł, że pod jego dotykiem kusząco nabrzmiały i stwardniały jak wymiona nie dojonej na czas młodej jałówki, gotowe w każdej chwili wytrysnąć strumieniem ciepłego, dobrego słodkiego mleka. Wtem jego dłoń przykryła delikatna i drobna rączka niewiasty i nieśmiało zsunęła obie połączone ręce w okolicy pępka. Po czym wróciła z powrotem pod smagły policzek, spod którego niepostrzeżenie i czujnie wyszła. Rozpalony jak żelazo w kuźni mężczyzna, w swoim gorączkowym zapamiętaniu uznał, że zapewne pomylił kierunki. Skierował więc swą żylastą, niecierpliwą wielką łapę w dół, w kierunku gęstych jak puszcza zarośli. Gdy mijał pierwsze krzewy zanurzając się w rozkosznej gęstwinie aromatycznych winorośli, poczuł znów dłoń dziewczyny, która z powrotem ale stanowczo wycofała ich splecione pędy do bezpiecznej jałowej okolicy. Głośne westchnienie rozczarowania wyrwało mu się z ust. Odwrócił się na wznak zrezygnowany i niepocieszony. Odczuwał coraz dotkliwiej nieznośny ból lędźwi, objawy długo niezaspokojonego pożądania. Dziewczyna obróciła się w jego kierunku. Przytuliła się jak co noc, ale przedtem musnęła jego pierś suchymi wargami. Nie był co prawda pewien co ten gest oznaczał. Mimo wszystko usta wykrzywiły mu się w samozadowoleniu. Naiwnie liczył, że osiągnął jakiś niewielki progres w jego znajomości. Dowiodła po raz kolejny, że jest istotą inteligentną, zdolną do wdzięczności, w zamian za rezygnację z należnego mu prawa. Zaczynał szczerze wątpić w jej upośledzenie, czy nawet lekki obłęd. Raczej podejrzewał, że udawała wstydliwą i pogardzaną powszechnie wśród pospólstwa chorobę, by wydać się mniej powabną i pociągającą. Piękne niewolnice, nie żyły długo. Często brutalnie wielokrotnie gwałcone, umierały młodo z chorób, bądź wyczerpania. Martwiła go tylko perspektywa nieuniknionego końca ich wspólnej przygody. Polubił bowiem te ich wspólne niedopowiedziane noce. Choć notorycznie się nie wysypiał, nie żałował ani jednej chwili spędzonej w jej bliskości. Uważał się za dość przystojnego gościa i powód, dla którego ta uparta dziewucha nie chciała mu się oddać, był dla niego nieodgadniony. Tracił powoli nadzieję, że uda mu się ją w końcu uwieść. Nigdy nie wziął by jej siłą, ani wbrew jej woli. Hołdował w życiu trzem stałym, prostym zasadom. Kobiet nie hańbił, dzieci nie zabijał, zobowiązań dotrzymywał.
Obudził się nagle jakby czegoś mu brakowało, do czego zdążył już przywyknąć. Stwierdził, że jego wybranki nie ma obok niego. Uniósł głowę i zobaczył ją jak stoi ubrana przed małą rozpadającą się okiennicą, wpatrzona w otaczający mrok. Wstał i zarzucił na siebie tylko skórzane spodnie. Doszedł do niewiasty, stając krok za nią i podążył wzrokiem w kierunku, w którym zdawała się patrzeć, starając się przebić ciemność. Po chwili uznał, że nie ma żadnego powodu do niepokoju. Tym niemniej wybudziwszy się zupełnie ze snu, stwierdził, że nie zaśnie ponownie. Zwłaszcza w tym małżeńskim łożu z nią przy boku. Ubrał się do końca i postanowił zluzować wartownika wcześniej. Gdy wyszedł na zewnątrzk z lubością zaciągnął się rześkim chłodnym powietrzem. Rozejrzał się wokół i z niejakim zdziwieniem stwierdził, coś jest na rzeczy. Nie tylko milczące cykady go zastanowiły, ale jeszcze jakieś ulotne nieokreślone przeczucie. Zbliżył się wolno do małego ogniska, rozpalonego przed chatą i obudził niefrasobliwie drzemiącego na swojej zmianie chłopaka, terminującego u kupca. Następnie położył rękę na ziemi nadstawiając też bacznie ucha. Wyraźnie czuł słabo wyczuwalne drżenie podłoża. Mieczem urąbał sporą, prostą gałąź i owinął ją szmatą, polał oliwą i zapalił. Ruszył ostrożnie przed siebie. Zaledwie po kilku krokach poczuł od zawietrznej ostry zwierzęcy, bagnisto-torfowy odór. Zaraz potem zobaczył jego zarys.
Monstrum o co najmniej cztery głowy wyższe od niego, a nie należał przecież do ułomków, czaiło się nieopodal. Yeti pomyślał, a konkretnie jego brunatna odmiana, dużo skromniejsza niż lodowa, tym niemniej i tak stanowiła dla niego poważne wyzwanie. Teraz już wiedział dlaczego wioskę opuszczono. Rzeka, którą wieczorem mijali rozlała się w dolinie tworząc niewielkie trzęsawiska, idealne miejsce bytowania tych rzadkich zwierząt, wytrzebionych już zupełnie na nizinach. Cofnął się tyłem do ogniska. Stygijka czekała na niego i szarpnęła go za ubranie chcąc zwrócić na siebie uwagę. Gdy spojrzał na nią, pokazała palcem w stronę zwierzęcia, a następnie uniosła zgrabną nogę obutą w liche sandały i płaską dłonią przecięła powietrze nad głównym ścięgnem podudzia w zrozumiałym geście. Doskonale wiedział jak walczyć z wszelakiego rodzaju kolosami, ale skąd ona posiadała tą wiedzę, tego pojąć nie mógł. Przygotował jeszcze tylko kilka prymitywnych żagwi i ruszył w stronę krążącego wokół nich monstrum. Rozrzucił pochodnie rozświetlając okoliczny teren i bez lęku zanurzył się w ciemnościach. Sprowokował zwierzę do ataku, wycofując się w krąg światła. Mężczyzna drażnił go szybkimi wypadami. Kaleczył jego twarde, pokryte grubym włosiem ciało, nie robiąc mu wielkiej krzywdy. Zmuszał jednak do reakcji, chcąc poznać jego możliwości i ruchliwość tego przerośniętego futrzaka. Z potężnego gardła leśnego potwora wyrywały się co rusz złowrogie warczenia i pochrząkiwania, za każdym razem gdy ostrze skaleczyło go bardziej dotkliwie. Krążąc wokół siebie, badali się nawzajem. W pewnym momencie templar wykonał zwinny manewr. Balansując na przemian ciałem, skoczył szybko, po lekkim skosie równocześnie robiąc dwa zgrabne przewroty po ziemi, co przy jego posturze i gabarytach było rzeczą zaskakującą. Gdy znalazł się nieznacznie za gigantem, ciął szybko po pęcinach. Gdyby osobnik miał cieńsze odnóża, to by skosił je jak młodnik w lesie, a tak tylko przerwał niektóre ścięgna i poszarpał mięśnie. Donośny ryk zaświadczył, że tym razem dzika bestia wkurzyła się nie na żarty. Odwróciła się i kuśtykając rzuciła się z toczoną pianą z pyska prosto na niego. Był przygotowany na ten chaotyczny atak olbrzyma, który będąc w dzikim amoku, zagubił gdzieś swoją wrodzoną orientację. Przez ten szczęśliwy zbieg okoliczności udało mu się go ponownie zmylić, umykając na chwilę z jego pola widzenia. Gdy znalazł się dokładnie za włochatym monstrum, zdecydował się na ostateczny atak. Wybijając się mocno z dwóch nóg, wyskoczył w górę i z całym impetem wbił głęboko miecz pod siódme żebro. Odskoczył w bok, zostawiając oręż w ciele ofiary. Ogromy stwór zacharczał przeraźliwie, zatoczył się i machnął na oślep potężnymi łapami. Zwalił się z głuchym łomotem w miękką trawę.
Walka dobiegła końca. Żołnierz pochylony do przodu łapał z trudem oddech przez dobrą chwilę. Doszedł do powalonej bestii i wyciągnął swoją zakrwawioną klingę. Wszyscy zdążyli się już pobudzić i zgromadzić przed chałupą, oglądając ten bezprzykładny popis odwagi, sprytu i żołnierskiej fantazji. Szukał wzrokiem stigijskiej niewolnicy, ale jej nie zobaczył. Miał nadzieje, że widziała i doceniała tę ważką chwilę jego triumfu nad dziką naturą. Pokręcił z niedowierzaniem głową, gdy przypomniał sobie, że przecież ona wyczuła to wynaturzenie, stanowiące dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo, na długo przed nim. Kazał iść wszystkim ponownie spać, a sam stanął na warcie. Do świtu nie ostało się wiele czasu, a nie zamierzał tu długo gnić wąchając to ścierwo. Yeti z reguły były samotnikami, ale nie można było wykluczyć, że w pobliżu nie kręcą się jeszcze inne osobniki, a nie miał już ochoty walczyć z następnym. Gdy się dobrze rozwidniło, obejrzał dokładnie sztywne truchło potwora i musiał przyznać w myślach, że robiło duże wrażenie. Następnie rozejrzał się trochę po osadzie. Znalazł starą studnię. Sznur przytroczony do drewnianego cebrzyka zupełnie nie nadawał się do użytku, dlatego wykorzystał swój arkan. Rozebrał się zdejmując jeno skórzaną bluzę. Wyciągnął kilka pełnych wiader i zmył pot oraz zaschniętą i skawaloną juchę zwierzęcia z siebie. Podczas ablucji zastała go niewolnica. Przyniosła mu jak co rano kubek parującego, nie najlepszego w smaku, silnie pachnącego ziołami napoju. Gdy odbierał go od niej ociekając wodą, spojrzał spode łba na nią i o dziwo ich oczy na moment się spotkały. Po czym kobieta odwróciła się spuszczając wzrok w swoim stylu i szybko odeszła. Podziękował jej gdy już była dobre kilkadziesiąt stóp od niego. Przyspieszyła tylko kroku, by jak najszybciej zniknąć mu z oczu.
Gdy kładli się spać następnej nocy, postanowił zmienić taktykę.
- Może podoba ci się inny? Daj znać. Jakoś to przeboleję i obiecuję, że go nie zabiję, może nieco poturbuję, ale nie aż tak, by zaraz ducha wyzionął.
Na to pytanie uniosła głowę i położyła mu palec na ustach. Dając mu jednoznacznie do zrozumienia żeby się zamknął. Po czym przywarła do niego ściskając go mocno. Nie ma dalej ochoty się ze mną kochać ale, innego też nie chce. Potwierdziło to ostatecznie od niedawna kiełkujące w nim przypuszczenie, że jej nie zdobędzie. Nawet gdyby zabił na jej oczach i stado wrogów, grupę yeti czy skalnych niedźwiedzi, to jej tym nie zaimponuje.

*
Conarch Village tętniła życiem. Nieprzebrane tłumy mieszkańców, przyjezdnych i traperów przeciskały się wąskimi uliczkami w tę i z powrotem. Wszechobecny dym z palonych ognisk , zapach smażonego mięsa i wędzonki mile łechtał nozdrza strudzonych i głodnych wędrowców. Liczne stragany oblepione były bardziej ciekawskimi i gapiami niż kupującymi, ale cóż kryzys dopadł i Cymerię. Długoletnia wojna między zwaśnionymi plemionami, do tego vanirskie najazdy, pustoszyły tę surową krainę od dziesięcioleci, spowalniając jej rozwój. Przybysze zwartą grupą kierowali się na jej północny kraniec, gdzie podobno mieszkał nabywca niewolników. Późnym popołudniem dotarli do jego skromnego domu. Na miejscu okazało się, że dziarski jeszcze staruszek nie mieszka tu na stałe. Zatrzymał się tu jeno tymczasowo, goszcząc u syna jego młodszego brata. Wyrostki kupił, z zamiarem podarowania bratankowi. Nie mógł już dłużnej ścierpieć, jak oto marnuje on swe życie w jałowej egzystencji, w bezdzietnej smutnej rodzinie. Niestety podróż przeżyło tylko jedno dziecko. Sądząc po szczerych łzach wzruszenia bratowej na ten oto niespodziewany prezent, rycerz stwierdził, że trafiło ono w dobre ręce. Sam niedźwiedzi szaman podobno mieszkał wysoko w górach, nieopodal małej wioski. Twierdził, że był już za stary by zadbać o siebie, a przez swe długie życie zarobił niezłą sumkę i postanowił zaznać w ostatnich latach swego żywota nieco luksusu. Starsza kobieta miała zająć się prowadzeniem domu, a mężczyźni pomagać w cięższych pracach. Potrzebował w zasadzie jednego silnego robotnika. Założył, że nie wszyscy mogą przeżyć tę trudną podroż, dlatego wybrał od razu dwóch i nic a nic się nie pomylił. Nieodgadnioną zagadkę stanowiła tylko stygijska niewiasta. Po co ją tu sprowadził? Był już w tym wieku, że seks z taką młodą krasawicą mógł doprowadzić go do śmierci szybciej, niż zdradliwy cios assasina w ciemnym zaułku.
Stary szaman doszedł do wojownika i spytał.
- Jak cię zwą mroczny templarze? - Nie przestając się do niego pogodnie i po przyjacielsku uśmiechać.
- Birkart na mnie wołają. - Odparł niechętnie wojownik, starając się być uprzejmym. Choć utrata na zawsze pięknej niewolnicy spowodowała, że sposępniał i wydawał się być bardziej przygnębiony. Wiedział, że nawet gdyby doszło do krótkiego romansu między nimi, to musiał by się skończyć, z chwilą przybycia do tego miejsca. Nic na to nie mógł poradzić. Nawet gdyby miał możliwość wykupienia dziewczyny i darowania jej wolności, to i tak nie miał na to wystarczających funduszy. Tym niemniej ściskało go w żołądku na myśl o rozstaniu. A ten tutaj, nawet co prawda sympatycznie wyglądający jegomość, był bezpośrednią przyczyną definitywnego rozejścia się ich życiowych dróg.
- Złoto za dostarczenie tych oto ludzi w zdrowiu dostaniesz dopiero w Old Tarantii, bo tak się z kupcem Faretem umówiłem. Zgaduję więc, że jesteś obecnie bez grosza przy duszy?
- Cholera zaklął mężczyzna. Wiedziałem, że ta kanalia mnie wykiwa, źle mu z oczu patrzyło i za szybko się zgodził. - Za zaliczkę od handlarza spłacił stare długi, więc przy sobie nie miał nic, prócz konia i starego miecza.
- Spokojnie, złoto dostaniesz, jak wrócisz. Kiedyś chyba zamierzasz powrócić do Aquilonii? To nie twój kraj, nie twoja wojna i nie twoje problemy. Ale... - i tu zawiesił głos na moment, - zanim to uczynisz, mam dla ciebie propozycję.
- Słucham? - Zaciekawił się niezmiernie Birkart.
- Droga do mej chałupy długa i niebezpieczna. Chciałbym abyś mi towarzyszył do mojej siedziby. Dobrze zapłacę. Nie pożałujesz, a jak się dogadamy i bliżej poznamy, może będę miał dla ciebie jeszcze jedną, znacznie intratniejszą robotę. Co ty na to odważny woju?
- Zgoda. - Wypalił natychmiast. Nawet za darmo by go ochraniał i to na koniec świata byle by przebywać jeszcze przez chwilę przy tej tajemniczej istocie. Na Croma chyba się w niej zadurzyłem. Przeklął się w duchu albowiem obiecał sobie, że tego ponownie nie uczyni. Poprzednia miłostka doprowadziła go do bankructwa, rozczarowania i utraty godności.
- Nie masz natury kupca, co? W ogóle się nie targowałeś.
- Wyglądasz na porządnego człowieka i liczę, że otrzymam uczciwą zapłatę. - Odrzekł już udobruchany żołnierz, wyraźnie w lepszym już nastroju. - Kiedy wyruszamy zapytał?
-Za dwa dni. Dam ci zaliczkę byś mógł się tu trochę zabawić, przed naszym wymarszem. - Uśmiechnął się do niego ponownie i wręczył mu dwie sztuki złota.
-To za dużo. Panie, toż to majątek. No chyba, że piwo i dziwki macie tu aż takie drogie? - Zaśmiał się głośno, spoglądając równocześnie na stygijkę. Nie był pewny, ale chyba dojrzał w jej przelotnym spojrzeniu ślady niewielkiego zniesmaczenia, a może mu się tak tylko wydawało?
- Obie te rzeczy kupisz tu znacznie taniej, niż w twojej stolicy. Tylko uważaj, bo piwo mamy mocniejsze, a cymmeryjczycy to krewkie chłopiska. Zazdrośnie bronią swych dziewoi, choćby i te nawet sprzedajne były. - Uśmiech mu nie schodził z twarzy, gdy to mówił. Birkart musiał przyznać w duchu, aczkolwiek z mieszanymi uczuciami i pewną dozą rezerwy, że chyba mógłby w innych okolicznościach polubić tego rubasznego typa.
- Z chęcią się wypróbuję z jakimś waszym herosem. Dobre mordobicie po kilku kuflach to jest to, na co zawsze mam ochotę. A gdy w nagrodę jakaś niewiasta obdarzy mnie swymi wdziękami to, narzekać nie będę. Ha..ha. - Zaśmiał się ponownie i jeszcze raz rzucił okiem na dziewczynę, chcąc wybadać jej reakcję, ale odwrócona była tyłem do niego, więc niczego nowego się nie dowiedział.
- To w takim razie zajrzyj wieczorem do „Świstaka”, właściciel ma dwa przerośnięte siekacze zupełnie jak ten gryzoń, więc wszyscy tutejsi tak nazywają tę budę. Tylko nie patrz mu za długo w gębę, bo tego nie lubi. Rękę ma skubaniec ciężką jak żelazna sztaba. Przed laty, za młodu u kowala terminował, ale jak mu żonę uwiódł, to mistrz go razem ze swoją byłą już kobitą, z widocznym brzuchem, na zbity pysk wywalił. Jakieś dziesięć lat temu knajpę otworzył. Za kilka sztuk srebra można się na pięści na arenie spróbować. Sam już nie walczy, bo lata ma swoje. Interesu tylko pilnuje, zakłady przyjmując.


*
Wchodząc do okrąglaka, Birkart poczuł znajomą ostrą woń ludzkich szczyn, potu i marnego, taniego duszącego fajkowego tytoniu, którego gęste kłęby przesłaniały skutecznie jakąkolwiek widoczność. Dopiero po jakiś czasie, gdy wzrok do ciemności przyzwyczaił, mógł się dalej swobodnie poruszać. Ścisk był niemiłosierny, chyba cała wioska się w tym jednym miejscu zebrała, jakby innych knajp w okolicy nie było. Wszystkie miejsca przy stołach ustawionych promieniście wokół centralnego klepiska zajęte były, ale i tak najtłoczniej było wokół areny. Zamówił przy szynkwasie kufel piwa i wepchnął się w rozentuzjazmowany tłum pokrzykujących bez przerwy, dobrze już podchmielonych tubylców. Stanął na tyle blisko, żeby cokolwiek mógł zobaczyć. Poziom dwóch okładających się niemiłosiernie po mordach i pijanych w trzy dupy barbarzyńców, był żenujący. Dowiedział się, że startować w zawodach można dopiero po trzeciej kolejce, czyli nie tyle umiejętności pięściarskie, a mocna głowa się liczyła. Nigdy trunki mu za szybko do bańki nie uderzały, w czym upatrywał swoją szansę. Czasami jednak trzeba to uczciwie przyznać, nieco żałował swej pijackiej kondycji. Dwa razy więcej okowity musiał wychylić niż reszta kompanij, żeby nadal wspólny język z druhami utrzymywać, inaczej szybko tracił koncept i za nic nie kumał o co kolegom chodzi. Pociągało to za sobą niebagatelne dodatkowe koszty, ale w sumie gdy reszta już kwiczała pod stołem, on jeszcze potrafił kobiecie dogodzić, lub mu się tak tylko wydawało.
Po opróżnieniu trzeciego kufla zgłosił się do rywalizacji. Okazało się, że najprzód musiał stoczyć kilka sparingów, by mógł go zaszczycić jakiś poważniejszy przeciwnik. Chłoptysiów wrzucanych na rozgrzewkę powalał szybko ku niezadowoleniu mruczącego tłumu, przywykłego do przeciągłego obijania sobie na wzajem facjaty. Wiedział jednak, że siły musi zachować na bardziej wymagającego rywala. Nagle zrobił się olbrzymi tumult, wszyscy histerycznie krzyczeli i skandowali czyjeś imię, jakby Bool czy jakoś tak. Gdy przeciwnik pojawił się w okręgu zrozumiał czemu wywołał taki entuzjazm. Sądząc po gabarytach, oraz jak go przyjmowano, musiał tutaj rządzić. Dwa razy większy od niego, potężny jak golem. Co prawda strasznie otłuszczony, a przez to powolny jak żółw błotny. Tym niemniej nie spodziewał się z nim łatwej przeprawy. Ta góra tłuszczu nacierała na niego bez finezji i polotu. Bool przypominał raczej w sposobie walki byka, który lekko pochylony truchtał na oślep do przodu. Tłuścioch wszystkie ciosy sygnalizował, więc bez trudu je unikał, choć kosztowało go to mnóstwo energii. Tylko niezmordowany wyuczony taniec uników i zwodów wokół zdezorientowanego przeciwnika, gwarantował mu, że nie nadzieje się na jakiś przypadkowy cios. Konsekwencją takiego centralnego uderzenia byłaby niezbyt miła długotrwała utrata przytomności, a może i trwałe kalectwo. Na szczęście wyprowadzane przez tego kloca zamaszyste cepy, sierpowe czy proste mijały go w bezpiecznej odległości, pozbawiając go samego resztek tchu. Był niesamowicie mocarny, ale na nic mu się to zdało, skoro nie mógł go czysto trafić. Sam atakował z rzadka licząc na to, że olbrzym opadnie z sił i będzie mógł mu na koniec porządnie przywalić. Z czasem jednak i jemu zmęczenie dało się we znaki. Przeciwnikowi udało się kilka razy go boleśnie trącić. Lądował wtedy w tłumie, który natychmiast wypychał go na środek wprost w objęcia olbrzyma. Już zaczął tracić nadzieję, że kiedykolwiek go pokona, gdy wtem zobaczył, że grubas ledwo zipie i dyszy jak kundel w upał. Zaczął się słaniać z wyczerpania, opuścił ręce odsłaniając się nieprzyzwoicie. Na ten moment czekał i z całych sił się zamachnął prawym sierpowym. Nabrał się jak uczniak na ten stary blef. Łysy typ się sprawnie odchylił, więc miast w niego, jego ręka przeorała powietrze tuż za jego zakolczykowanym uchem. Siła własnego zamachu szarpnęła nim, powodując lekkie zachwianie. Zaraz potem wielka jak bochen pieść wylądowała na jego splocie słonecznym. Jęknął tylko i pociemniało mu w oczach. Leżał plackiem na mokrej glebie łapiąc oddech jak ryba wyrzucona na brzeg. Tłum wściekle wrzeszczał. Olbrzym wiwatował podnosząc ręce w górę, wzbudzając co rusz salwy owacji i gwizdów. Wreszcie z trudem udało mu się jakoś pozbierać, wszak nie była to pierwsza w życiu bijatyka, w której zdrowo oberwał. Chwiejąc się na nogach, przybrał postawę do walki. Tłum przycichł w groteskowym zdziwieniu. Bool zaskoczony, że padły przed chwilą delikwent ma jeszcze ochotę na dalszą potyczkę, przez chwilę się zawahał. Nagle podszedł i wymierzył w swoim zamiarze ostateczny cios. Sądząc po zamachu jaki wziął, nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że jakby trafił, to by zakończył pojedynek, może nawet na wieczność. Templar tylko na to czekał. Unik i szybka seria w lewą nerkę. Musiało go to srodze zaboleć. Czerwony na gębie, zlany ociekającym potem Bool zawył wściekle. Mobilizując ostanie witalne rezerwy, ponownie natarł w stronę umykającego aquilończyka. Stawiał jednak nogę za nogą wolno i nieskładnie, nie mogąc już z wyczerpania utrzymać równowagi. Ciągnął ostatkiem sił, zipał jakby od lat na suchoty chorował. Birkart dopadł go wreszcie i szybkim, precyzyjnym podbródkowym zwalił z nóg na dobre. Nie podniósł się już więcej. Czterech silnych chłopów musiało go wynieść ze spelunki na świeże powietrze, aby tam doszedł do siebie. Wielkiego entuzjazmu i wiwatów po bójce nie było. Nikt go tu nie znał. Nie spodziewał się wielkiej euforii, ale liczył jednak na cieplejszą reakcję. Rozcięta warga puchła i krwawiła kapiąc bezpośrednio na jego spocony nagi tors. Nie widział też dobrze na lewe oko. Czuł, że po lewej stronie ma co najmniej dwa żebra złamane. Starczy na dziś pomyślał.
- Niezła walka. - Zagadał do niego, wychodząc ze zbitej ciżby, szaman.
- Waćpan tutaj? - Zapytał zdziwiony templar, chwiejąc się jeszcze niepewnie, albowiem w głowie mu nadal szumiało, a górna powieka pulsowała boleśnie.
- Postawię ci kolejkę, jeśli pozwolisz. - Klepnął go po przyjacielsku po plecach. - Pokaźną sumkę dzisiaj wygrałem w zakładach. Nikt na ciebie nie stawiał. - Zaśmiał się chichocząc, jakby sprawiło mu ogromną przyjemność wykiwanie miejscowych cwaniaków. - Mnie jednak coś tknęło i postanowiłem dać ci szansę aquilończyku. Fortuna się do mnie ponownie uśmiechnęła. Ostatnio zdarza mi się to nader często. Szkoda, że na stare lata, a nie w młodości, ale nie ma co narzekać. Ile postawiłeś na siebie?
- Mam żelazną zasadę, nie obstawiam jak się biję.
- A czemuż to, jeśli wolno spytać?
- Taki przesąd.
- Hi..hi. Szkoda, bo mogłeś się nieźle obłowić. Ale i tak z pewnością nie wydasz dzisiejszej nocy nawet miedziaka na piwo. Wielu będzie chciało ci postawić. Panuje tu taki zwyczaj. Jesteś tu teraz nowym championem. Jutro jak się obudzisz, przyjdź do mnie, zbadam cię, dam ci coś od bólu głowy i opatrzę ci to paskudnie napuchnięte oko. Bywaj na razie Birkart.
- Bywaj, cholerny szczęściarzu. - Jego myśli z uporem maniaka krążyły tylko wokół jednej nabrzmiałej kwestii. Westchnął głośno i siarczyście zaklął. - Kurwa mać, muszę w końcu kogoś przelecieć, bo się od niej nie uwolnię. Po czym jednym zdrowym okiem zaczął łypać po sali, za jakąś chętną dziewoją.
Cdn.


Ostatnio edytowano 25 lis 2010, o 09:55 przez Vespen, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 20 lis 2010, o 13:06 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
Podróż do wioski uzdrowiciela przemierzali konno. Trzy muły i dwa luzaki objuczono niemiłosiernie do granic wytrzymałości, po to tylko aby oni mogli mieć większą swobodę manewru. Szlak był bowiem niebezpieczny i trzeba było być gotowym na każdą ewentualność. Poruszali się gęsiego jeden za drugim. Prowadził stary szaman, który znał drogę. Pochód zamykał mroczny templar. Mimo licznych bolesnych obrażeń Birkart nie narzekał. Nie miał zresztą tego w swoim zwyczaju, no chyba, że jakiś szewc partacz źle by mu buty spasował, wtedy się nie hamował i złorzeczył na czym świat stoi. Jechał cierpiąc w ponurym milczeniu. Twarz miał opuchniętą w sino fioletowych odcieniach, spod których nieśmiało przebijały się żółcienie. Na lewe oko dopiero po trzech dniach od bójki zaczął widzieć cokolwiek. Podczas głębszego oddechu, gdy się nieopacznie zapomniał i rzewnie sobie westchnął, promieniujący ból do pleców odczuwał tak wielki, że tchu mu brakowało i gwiazdy każące naokoło głowy, w pląsającym tańcu widział. Wyglądał więc jak siedem nieszczęść, albo pies pałką zbity i na jesienną słotę z chałupy przepędzony. Z kilku ukradkowych spojrzeń dziewczyny, które przypadaniem na sobie wyłapał, podziwu ani zachwytu nad nowym championem nie zobaczył, raczej żenadę z politowaniem pomieszaną. Ten fakt go w chmurny nastrój wpędzał, bo koncept mu się kończył i już nie wiedział co ma rzec, czy uczynić, by tej skrytej dziewczynie to się godnym pochwały wydawało. Wracał myślami wtedy do nauk pewnej doświadczonej kurtyzany, która mu w tę pamiętną noc w Serpents Inn po wielokroć do głowy wkładała, że każdą kobietę można zdobyć. Odpowiedni klucz pasujący do jej serca znaleźć trzeba. Zamek naoliwić, otworzyć na oścież i wejść z godnością, aby niewiasta wrażenie miała, że sama je rozwarła, a nie że się tam podstępem włamano. Miał przemożne wrażenie, że tej tu białogłowie kłódka do szczętu przerdzewiała, albo pijany kowal klucza nie dorobił i próżno mu go teraz szukać. Spał teraz samotnie, co mu mocno doskwierało. Jedynym pocieszeniem było to, że staruch nie brał jej do siebie na noc. Zauważył ze zdziwieniem niejakim, że z wielkim szacunkiem się do niej odnosił, jakby jakąś damą, a nie prostą niewolnicą była. Początkowo sądził, że się chce jej tylko tak przymilić, aby ta w nocy mu się czułościami odwzajemniła, lecz chyba się mylił i był jakiś inny powód tej przesadnej atencji z jego strony.
Zły nastrój potęgowało też przeczucie, że są obserwowani od pół doby. Dzisiejszej nocy pełnia będzie, pomyślał. Zgodnie z ludowymi podaniami, które kiedyś będąc młodzieńcem namiętnie studiował, to czas wilkołaków. Nie wierzył w te bajania, ale mimo to czuł ciarki na plecach, gdy między drzewami jakiś szybki cień się przemykał. Podług tych przesądów spokojne dotąd i człowieka unikające wilki w straszne, rządne krwi bestie się przepoczwarzały. Wtedy wszystko co żyje, a na swojej drodze spotkały, ostrymi pazurami na strzępy rozrywały. Ukąszeni przez nie, a atak szczęśliwie przeżywszy, podczas następnej pełni podobnie jak i one, bezlitosnymi monstrami się stawali. Gdy starszy jegomość zarządził nocny odpoczynek, kazał dużo chrustu zgromadzić, by do rana starczyć miało. Nic więcej nie mówił. Podenerwowany tylko chodził i co chwila okolice przepatrywał, w niebo z niepokojem spozierał jakby nieszczęścia się spodziewał. Parno było niemiłosiernie i na letnią burzę się zbierało. Chyba dzisiejszej nocy przyjdzie mi uczciwie zapracować na swoje wynagrodzenie, pomyślał zatroskany Birkart. Jak do tej pory korzystał z uprzejmości barbarzyńskiego kapłana, który leków mu nie szczędził, a i uzdrawiające jakieś modły nad nim odprawiał. Lepiej się od tego zrazu nie poczuł, ale stwierdził, że dużo szybciej dochodził do siebie. Miał podobne kontuzje po wielokroć i zawsze tygodniami je kurował. Arrima szefowa ich gildii Last Bastion zawsze z ofiarowaniem, niemalże z matczyną troską niosła im kojące magiczne wsparcie, ale gdy zostali poobijani w trakcie knajpianych utarczek, pomocy udzielała niechętnie i bardzo oszczędnie. Traktując ból i cierpienie z tym związane jako nauczkę na przyszłość. Oczywiście na niewiele się to zdawało, bo to ich wcale nie zniechęcało mimo, że nieraz porządne baty dostawali, będąc w mniejszości, a wyzywając na pięści pół miejskiego garnizonu. Stanowiska nigdy nie zmieniła i po dziś dzień nie pochwala, tych ich prymitywnych samczych rozrywek, które tak lubią i kultywują jakby stanowiło to jakąś odwieczną męską tradycję.
Atak nastąpił niespodziewanie i zaskoczył wszystkich. Nie było jeszcze zupełnie ciemno i dla tego szaman wysłał niewolnika ponownie po suche gałęzie. Wracając do obozu z pełnym naręczem, napadnięty i dotkliwie pokąsany został przez wielgachną człekokształtną bestię o pysku wilka. Birkart nie patrząc na nic, natychmiast ruszył mu z odsieczą. Gdy dopadł do nieszczęśnika, ten już półżywy w kałuży krwi leżał, jęcząc i modląc się jeno na głos w jakimś khitajskim dialekcie, którego nie znał. Monstrum spojrzało na niego i zaczęło charczeć, z groźnej mordy ślina mu pociekła, gęstym, lepiącym, cuchnącym soplem. Szczerzył kły i markował co rusz skok na niego. Dostrzegł coś w jego żółto-zielonych oczach. Mimo spontanicznej dzikości inteligentnym się to zwierzę być zdawało. Wreszcie nagle ruszyło, a zrobiło to z nieprawdopodobną szybkością atakującej pustynnej kobry. Gdyby nie lata ciężkich treningów dopadło by do gardła templara z dziecinną łatwością, rozrywając mu szyjne żyły i tętnice. Magiczny odrzut, a następnie zabójcza szarża Birkarta zakończona wirtuozyjnym sztychem, przecięła ostatecznie linię życia tego zwierzoczłeka. Dopiero wtedy zaczęło się prawdziwe pandemonium. Ze wszystkich stron zaczęły dochodzić groźne pomruki i warczenia. Otoczeni byli przez ogromne wilkołaki. Żołnierz schwycił konającego nieszczęśnika za nogę i wycofał się tyłem, ciągnąc go po ziemi do reszty. Skromne ognisko zaczęło się dopiero rozpalać. Rozjuszone zwierzęta krążyły złowrogo coraz bliżej nich. Na domiar złego zaczęło się błyskać i grzmieć. Grube krople deszczu zrazu padały z rzadka, z czasem deszcz przybrał na intensywności, by zamienić się wkrótce w istną ścianę wody. Płonący chrust z sykiem zgasł, nastały stygijskie ciemności. Jak przeżył tę walkę do dzisiaj za dobrze nie pamięta. Zginęli by niechybnie, gdy nie szaman, który okazał się być mistrzem w swoim fachu. Nie tylko ich wzmacniał i leczył, ale świetnie bił z dwuręcznego młota, który potężnym i ciężkim się zdawał, a w jego rękach jakby zabawką był. Później się dopiero wydało, że szaman wcale nielichą na sobie biżuterię miał, siłę i kondycję znacznie wzmacniającą. Niezmordowana, dramatyczna walka, bez chwili oddechu, trwała do nowiu. Zaraz potem nieliczne ostałe w dobrej kondycji potwory, odstąpiły. Do rana słyszeli ich mrożące krew w żyłach wycia i nawoływania. Utrzymywały się w pobliżu, ale nie zaatakowały ponownie. W życiu tyle wilków nie nasiekł. Żaden go na szczęście nie pokąsał, ale od pazurów się nie uchronił. Pierś i plecy miał srodze rozorane głębokimi, krwawiącymi i piekącymi niemiłosiernie szramami. Srodze ucierpiała, ledwo z życiem uchodząc nemedyjska niewolnica. Największą zagadkę stanowiło, jak stygijce udało się z tej krwawej łaźni wyjść niemalże bez skaleczenia. Tym bardziej, że szaman też dotkliwie poranion został. Khitajski niewolnik zmarł. Stary przebił mu kołkiem serce i kazał Birkartowi łeb uciąć. Na trzy razy musiał to zrobić, taki słaby i zmarnowany był.
- Cholera, na kata się nie nadaję - zaklął gdy mu nie poszło dobrze z dekapitacją. Ciało pechowca spalono rankiem. Po opatrzeniu z grubsza ran i przepakowaniu, ruszyli w dalszą drogę. Jeden muł i dwa konie padły, trzeciego trzeba było dobić. Nemedyjka była półprzytomna, z ran i gorączki. Zrobiono prymitywne nosze, aby za koniem mogła być na nich ciągniona. Co chwila oglądali się za siebie, czy nie zbliżają się do nich leśne drapieżniki. Przed wieczorem opuścili las i zaczęli się wspinać na wyższe tereny. Widoczność się znacznie poprawiła i widmo zagrożenia ze strony wilkołaków zmalało. Jechali przez pół nocy, albowiem niebo było bezchmurne, a księżyc świecił na tyle jasno, że nie bali się o upadek w przepaść. Dopiero przed świtem gdy oddalili się dostatecznie daleko i byli już skrajnie wyczerpani, szaman zatrzymał pochód. Rozpalono ognisko i zaczął leczyć niewolnicę. Zużył całą swą moc próbując ją ocalić, albo choć ulżyć jej w cierpieniu gdyby się to nie udało.
- Wybacz Birkart, ale mam zasadę, że leczę najprzód tych, którzy pomocy wymagają najbardziej. Wiem, że żeś się groźnych dla życia kontuzji nabawił ale okłady, kataplazmy i zioła wzmacniające muszą ci wystarczyć. Dopiero jak do chatynki w górach dotrzemy, pomogę ci więcej. To jeszcze tylko dzień drogi z okładem.
- Mną się wcale nie przejmuj. Bystrą sobie niewolnice sprawiłeś. Opatrunki robi lepiej niż ty, no i ręce ma delikatniejsze.- Zaśmiał się krotko. - W ogóle bólu nie czuję, tak o mnie dba i dogląda.
- Tak, ta kobieta to prawdziwy skarb.- zamyślił się szaman, pokiwał z uznaniem głową - czarny diament to przy niej zupełny śmieć - chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował, położył się blisko ogniska, zamknął oczy i zasnął prawie natychmiast.
Birkart kazał stygijce iść spać. Ta widząc jego potworne zmęczenie, uparcie starała się go na migi przekonać, że ona teraz będzie czuwać. Nie zgodził się.
*
Mała chatka szamana okazała się być niemalże dworem. Olbrzymią dwu piętrową chałupę postawiono na solidnym gliniano-kamiennym obmurowaniu. Resztę wykonano z mocnych impregnowanych przeciw robactwu bali. Dwu-spadzisty dach, z wykuszami po obu stronach, robił wrażenie. Ale najokazalszy był wielgachny przykryty okapem taras, na którym rozstawiono masywny bukowy stół i dwie ławy, a w kącie rozpięto wygodny hamak.
Na ich powitanie wyszła siwa kobiecina. Strasznie się uściskali z szamanem. Ocierała często łzy patrząc na niego, po czym ponownie się obłapiali jakby się rok nie widzieli. Łączyło ich chyba coś więcej niż zwykła zażyłość. To chyba jego kobieta była, zgadywał templar. Gdy podjechał bliżej, zszedł z konia i z nielichą przecie wprawą oceniając stwierdził, że kiedyś musiała nawet za ładną uchodzić. Może nie wielką piękność, ale taki witalny typ urody, który się wolno starzeje. Prócz tego emanowała pewnością siebie, entuzjazmem i jakąś zaraźliwą dobrą energią, która się wszystkim udzielała. Uśmiechów też nie szczędziła, wprowadzając do towarzystwa specyficzny nastrój spokoju i bezpieczeństwa. Tak to musi być nietuzinkowa niewiasta, pomyślał stary wiarus.
- Brkart pozwól, że ci przedstawię moją ukochaną żonę Meastres. - Żono to nasz wybawca i obrońca, bez, którego pomocy nie ujrzałabyś mnie więcej. Moje porozrzucane przez leśną zwierzynę kości by gniły gdzieś w puszczy i nawet nad moim całopalnym stosem byś nie zapłakała.
- Pokój temu domowi - wojownik powitał ją starym barbarzyńskim zwyczajem, uśmiechając się nie wiedzieć dlaczego aż tak szeroko.
Kobieta doszła do wielkoluda, spojrzała mu w oczy i rzekła
- Witaj wędrowcze. Dopóki me stare serce będzie bić, w naszym domu o każdej porze dnia czy nocy ciepłej strawy ci nie zbraknie, a nocleg masz darmowy na jak długo zechcesz.- Po czym zbliżyła się do zdumionego templara, wzbiła się na palce i pocałowała go czule w czoło jak matka swego syna..- Zapraszam za chwilę na sowity posiłek. Teraz odpocznijcie i ogarnijcie się po podroży - zakomenderowała, nie pozostawiając złudzeń, kto rządzi w tym domostwie.
Wieczerza była iście królewska. Pomagała w jej przyrządzeniu, sprowadzona specjalnie na tą okoliczność kobieta z wioski, leżącej nieopodal w dole. Dań było mnóstwo pieczone bażanty, gotowane kury, nie wspominając o przepiórkach w beszamelu, czy pysznej pieczonej na rumiano sarninie. Do picia podano wino przywiezione w sakwach z Conarch Village. Do głównej ławy zaproszono stygijską niewolnicę, która na równi z nimi spożywała. Meastres chyba nie przestrzegała istniejących konwenansów i jadała ze służbą przy jednym stole. Birkartowi wcale to nie przeszkadzało. Tym bardziej, że tego dnia była niezwykle dystyngowana, ubrana w piękną suknię, odsłaniającą kształtne ramiona i podkreślającą wąską kibić i pełne jędrne piersi. Konsumowała wszelkie jadła z wielkopańską godnością i elegancją, której najzacniejsze stoliczne dwory nie mogły by się powstydzić. - Kim ona jest do kroć set demonów?- myślał gorączkowo. - Na pewno nie jest to zwykła niewinna dziewuszka z plebsu, ale pochodząca z jakiejś zamożnej może nawet wysoko postawionej rodziny. Pewnie złupiono jej posiadłość, a ją w jasyr wzięto i następnie sprzedano - spekulował templar. Po wyszukanej i niezwykle smacznej wieczerzy przygotowano gorące, pachnące kąpiele. Dolna kondygnacja domu służyła za salon, ale znajdowały się tam jeszcze trzy niezbyt duże pokoje. Jeden dla znamienitych gości i dwa dla służby. Birkart zajął służbówkę dla mężczyzn, która połączona była z izbą dla kobiet. Zdumiał się niemożebnie, gdy dowiedział się, że niewolnicy posłano w pokoju dla gości. Szaman, którego żona zwała Hegon, przyszedł wieczorem do rycerza i sprawdził opatrunki nałożone przez stygijkę. Pomamrotał coś do siebie niezrozumiale, uśmiechnął się życzliwie i życzył dobrej nocy.
Nazajutrz po godziwym śniadaniu, składającym się z tuzina smażonych jajek ze słoniną i solonym boczkiem, zaproszono go na górę na szklanice miodu pitnego. Podobno najznamienitszego w okolicy, a że alkoholem nawet w miodzie rozpuszczonym nigdy nie gardził, więc zaproszenie przyjął z wielką ochotą. Oprócz Hegona z żoną w spotkaniu uczestniczyła też milcząca niewolnica. Ubrana już nieco skromniej, w prostą, ale pasująca jej do oczu sukienkę. Po nalaniu do srebrnych pucharków aromatycznego napoju i usadowieniu się na wyścielanych skórą fotelach, zabrała głos Meastres.
- Jak zapewne zdążyłeś zauważyć kawalerze, darzymy z mężem szczególnymi względami tę o to tu białogłowę. Wiem też od męża, że i ty nie dopuściłeś się wobec niej czynów haniebnych, których każdy honorowy rycerz mógłby się wstydzić. Ponadto w trakcie podroży wykazałeś się roztropnością, bohaterstwem i zdrowym rozsądkiem, tak potrzebnym młodym ludziom. W związku z powyższym mamy dla ciebie propozycję uczciwego zarobku. Szczegóły przedstawi ci – tu spojrzała czule na Hegona – mój mąż
- Tak więc, jak rzekła moja lepsza połówka - zaśmiał się ciepło. - Chciałbym abyś zdobył dla mnie pewien artefakt. Kolekcjonuję rożne magiczne przedmioty, ale ten jest dla mnie jest szczególnie ważny i cenny. Dla ciebie mroczny templarze nie przedstawia większej wartości poznawczej czy nawet użytkowej, oprócz tej oczywiście w gotówce, bo zawsze przecież można go odsprzedać komuś innemu. Liczę natomiast na twą uczciwość, ponieważ powierzę ci pewną tajemnicę gdzie ów najprawdopodobniej jest ukryty, i że mi go oddasz, a nie w Old Tarantii kupcowi opylisz za pół ceny. Czy jesteś zainteresowany tą robotą? Od razu mówię, że nie łatwą i bardzo niebezpieczną?
Birkart pociągnął dwa łyki z kielicha, a lekko piekący oleisty płyn rozkosznie rozlał się po całym jego ciele.
- Wyśmienity miód.- zagadał z uznaniem kiwając głową. - Interesujący projekt. - Proszę powiedzieć coś więcej.
Hegon uśmiechnął się, będąc prawie pewnym, że zainteresuje żądnego przygód młodzieńca.
- W pewnej jaskini w górach jest małe jezioro, ponoć płytkie, nie sprawdzałem h-he. Na jego dnie leży mityczny róg. Ponoć ostatniego żyjącego na ziemi minotaura. Była to hybryda ludzi i byka, taki kaprys bogów, który wyginął setki, lat temu. Ten zaś minotaur był szczególny. Zresztą nie jest to teraz istotne. Ważne, że po jego śmierci w jeden z jego rogów wpleciono potężną magię. Jeżeli mi go dostarczysz, to jestem skłonny za niego zapłacić 600 sztuk złota.
- Uff -sapnął z niedowierzania Birkart - To kupa złota. Skąd waść masz tyle kruszcu, kopalnie odkryłeś, czy co?
- W młodości nosiło mnie tu i ówdzie, awanturnicza natura, He..he - Zaśmiał się, krzywiąc się trochę, albowiem małżonka pokiwała palcem, jakby chciała go upomnieć za te nie zapomniane jeszcze młodzieńcze przewiny - więc zdobyłem małą fortunę. Wiedzę i umiejętności w leczeniu posiadłem, rzeknę skromnie, nie najgorszą i kilku możnym tego świata zdrowie nadszarpnięte chorobą i ranami przywróciłem. Sam widzisz, że nie prowadzę hulaszczego życia, a nawet jak się zabawię, to szczęście mi sprzyja - i mrugnął do niego porozumiewawczo jednym okiem.
- Rozumiem, że mapę przedstawisz jak się tam dostać i kilka wskazówek. Sam idę, czy ktoś ze mną jeszcze?
- Dochodzimy do sedna naszego zlecenia. Mam bowiem dwa warunki absolutnie kluczowe - Hegon zrobił krótką pauzę - Pierwszy idziesz z tą oto niewiastą i dbasz o nią jak o własną siostrę. Rozumiesz co mam na myśli? Drugi warunek. Po znalezieniu artefaktu ta kobieta przekaże ci pewną informacje ode mnie i masz ją w pełni uszanować. Zgadzasz się?
- Trochę to tajemnicze i pogmatwane wszystko jest. Skoro tak stawiacie sprawę, to się od was w tej chwili więcej niczego nie dowiem. Pewnie macie swoje powody, by to wszystko w głębokiej tajemnicy utrzymywać. Choć przyznam, że zżera mnie ciekawość, to zgadzam się na twoje warunki. Dziewczynie krzywdy nie zrobię, do łóżka wbrew woli brać nie będę i traktować będę z szacunkiem jakby mi krewną była.
Stary szaman zatarł ręce z zadowolenia i jeszcze polał zdrowo, nie żałując wspaniałego trunku.
Cdn.


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 22 lis 2010, o 17:17 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
Będąc już od kilku dni na szlaku, Birkart ukradkiem obserwował dziewczynę. Szli piechotą mając ze sobą jedynie absolutnie niezbędnie rzeczy. Mimo, że wytyczona jeszcze u Hegona w chałupie trasa była trudna, stygijka świetnie dawała sobie radę. Przyjmując zlecenie miał niejakie wątpliwości, czy ciążyć mu zanadto nie będzie. Okazało się, że bez problemów za nim nadążała. Jej milczenie nawet przyjemnym mu się zdawało. Nie przepadał bowiem, za stale trajkoczącymi babami. Z rosnącym niepokojem zauważał jednak różnicę w jej zachowaniu. Stała się pewna siebie, dumna i niezależna. Odważnie patrzyła mu w oczy, nawet z lekką nutą lekceważenia, żeby nie powiedzieć pewnej arystokratycznej wyniosłości. Deprymowało go to bardzo. Bezczelnością i brawurą starał się maskować swoją wrodzoną nieśmiałość, szczególnie wobec płci pięknej. Reagował zawsze w jeden sposób na piękne kobiety, które go uwiodły, lub mimowolnie uległ ich czarowi, wpadając w podstępne i lepkie macki miłości. Chował się wtedy jak ślimak do swojej skorupy. Z wielką ostrożnością wystawiając jeno jakby czułki, którymi okoliczny teren badał. Brakowało mu bardzo tej potulnej, przestraszonej i skazanej na jego autorytarną władzę, zagubionej w lesie dziewczynki. Wczepionej kurczowo w niego, swymi drobnymi, smukłymi palcami. Jakby stanowił jej jedyną i ostateczną obronę, przed okrucieństwem tego światem. Jedynie opiekuńcze klamry jego mocarnych ramion mogły spowodować, że przy nim czuła się ufnie i bezpiecznie. Odwieczny męski imperatyw posiadania na wyłączną własność kobiety-niewolnicy, wstydliwie acz bezlitośnie kluł go w serce. Ta nowa sytuacja była dziwna i wyraźnie nie czuł się z nią komfortowo. Obiecał Hegonowi, że będzie ją traktował po partnersku i żałował tego już podczas pierwszej nocy. Nie rozpalali z ostrożności ognia, a po zapadnięciu zmierzchu zrobiło się przejmująco chłodno. Marzył by tę chwilę spędzić zakopany w skóry i z jej śliczną główką na jego muskularnej piersi. Niestety niewiasta miała inne plany i ani myślała się do niego zbliżać. Wyglądała niezbyt kusząco w tych męskich strojach. Wizerunek chłopczycy wyraźnie jej nie służył. Był co prawda wygodny w podroży, ale wyjątkowo mało pociągający i słabo działający na wyobraźnię. Miał wrażenie, że celowo właśnie taki strój wybrała. Czuł, że mu się wymyka, oddalając się od niego i wybierając obcą mu ścieżkę życia, za którą już nie podąży. Mimo, że doszedł fizycznie do pełni formy, psychicznie czuł się podle.
Zobaczył ich zdecydowanie za późno. Wspinając się mozolnie na szczyt, przebijali się właśnie przez rzadki i niski las. Poznał ich od razu. Krępi, szerocy w barach, na krzywych, mocnych nogach, o nieproporcjonalnie wielkich głowach z silnie zaznaczonym czołem, nadającym ich twarzy kretyński wygląd. Ciała pomalowane wapnem, liche skóry zarzucone na piersi. Kanibale.
- Cholera – zaklął. Osaczali ich. Za wielu, pomyślał templar, by im mogli we dwójkę dać radę. Dziewczyna dostała od szamana drogą magiczną laskę. Choć oręż sam w sobie dla kapłana był, potężny, to trzeba było wprzódy mieć wiedzę i umiejętności w posługiwaniu się nim w walce. Wszelako najważniejszym jednak było, znać kilka przydatnych ofensywnych zaklęć, choćby i tych najprostszych. Nawet gdyby ta niemowa przypadkiem znała magiczne formuły, co jest rzeczą oczywiście absurdalną, to i tak nie mogła wypowiedzieć ich na głos. Jedyną własnością tej zacnej broni, którą używała od początku wspinaczki, była funkcja podpory. Wspierała się bowiem na niej, niczym na zwykłym badylu.
Śmiertelne zagrożenie poruszyło ją i w końcu zobaczył w jej wzroku oprócz przerażenia, chwytające za serce błagalne wołanie - pomóż, nie pozwól by mnie te barbarzyńskie dzikusy dopadły. Przez chwilę Birkart czuł się tym samym panem sytuacji, jakim był przed dotarciem do Conarch Village. Ale było to tylko ulotne mgnienie, ledwie słabiutki oddech znikającego gdzieś w mroźnej tundrze letniego zefirka. Chłodna ocena sytuacji zmusiła go do powrotu do twardych realiów. Ucieczka. Tylko w dół i to jak najszybciej potrafili. Wiedział, że oni tam na nich czekają, ale nie było innego wyjścia.
- W nogi po skosie i w dół, tylko się nie przewróć, bo będzie po tobie. Ty w lewo, ja w prawo. Kto z nas się im wyrwie, ratuje drugiego.- Zakomenderował - Razem nie mamy szans. Pokonać ich nie zdołamy. - Chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Biegnąc już, spojrzał jeszcze za siebie. Wiedział, że dziewczyna nie da rady. Złapią ją. Był jej jedyną nadzieją na przetrwanie i za żadne skarby świata nie mógł pozwolić, aby go schwytali.
Czekali na niego we dwóch. Rozstawieni dwadzieścia stóp jeden obok drugiego. Oprócz prymitywnych jednoręcznych maczug, trzymali w łapskach coś jeszcze. Wiedział co to jest i nie mógł wbiec między nich. To była śmiertelna pułapka. Musiał minąć jednego po zewnętrznej. Poruszali się synchronicznie, cały czas mając go miedzy sobą. To nie ich pierwsze polowanie pomyślał. Zaryzykował. Skierował się w sam środek, żeby tylko się nie ruszali i nie korygowali pozycji. Zamierzał dokonać zwrotu, w ostatniej chwili tuż przed nimi. Łatwiej pomyśleć niż zrealizować. W pełnym biegu jest to prawie niemożliwe. Wykonał ostry skręt, mięśnie boleśnie zaskrzypiały, ale ścięgna nie puściły. Skok, cięcie i piruet w powietrzu. Chlasnął jednego przez twarz. Bryznęła krew. Dostał i złożył się jak dziecięcy scyzoryk. Drugi upuścił prymitywną sznurkową sieć i natychmiast rzucił się za nim w pogoń. To jeszcze nie koniec przemknęło Birkartowi przez myśl. Biegli przez dłuższą chwilę i rycerz wyraźnie czuł smrodliwy oddech za sobą. Wykonał niespodziewany skok w przód z półobrotem, twarzą do nadbiegającego kanibala. Pośliznął się nieznacznie, asekurując się wolną ręką, ale i tak zdążył drugą machnąć, rzezając po krótkiej szyi nadbiegającego tubylca. Tamten, wyhamował na jego ostrzu. Drgał jeszcze przez chwilę targany konwulsjami, krew z tętnic szyjnych pulsowała i buzowała przez moment jak górski rwący potok, by zaraz potem zmienić się w leniwie siąpiącą strużynę.
- Uparte kutasy - Zaklął, gdy ujrzał nadbiegających jeszcze dwóch z góry. Ruszył niezwłocznie pędem w dół. Miał szczęście. Kątem oka dostrzegł, że jeden przewrócił się i zaczął turlać w dół. Niekontrolowany upadek i niespodziewany nagły kontakt z głazem narzutowym. Zahuczało. Jego czaszka rozbiła się, niczym skorupka jajka, obryzgawszy zimny kamień swoim niezbyt zasobnym wnętrzem. Templar ponownie wyhamował czekając na następnego. Pędzący na niego napastnik w mig się zorientował. Zatrzymał się tuż przed nim. Dysząc z wyczerpania przez moment mierzyli się wzrokiem. Po chwili dzikus rzucił się z wrzaskliwym okrzykiem. Birkart wykonał zgrabny unik i cięcie z kontr wypadu. Kanibal zblokował, po czym zaatakował usiłując go ogłuszyć ciosem od góry. Żołnierz sparował ponownie ze skrętem w prawo. Dalej poszło mu gładko. Magiczne obalenie, szarża, pchnięcie i po kłopocie. Rycerz nie czekał na następnych ludojadów, dał nura prosto w las. Przed nocą dali mu spokój, odpuścili. Domyślił się tego, gdy zaczęli zbierać poległych i kierować się na północ, zapewne do swojej wioski. Wiedział, że główny cel polowania osiągnęli. Mieli zdrową kobietę, dla nich rzecz najcenniejszą. Prokreacja jest instynktem, któremu oddawali się z obrzędowym namaszczeniem. Do rana zgwałcą ją wszyscy, począwszy od wodza, a skończywszy na kilkunastoletnich wyrostkach. I tak co dzień. Jak przeżyje i urodzi im potomstwo, przyjmą ją do siebie, jak umrze, zjedzą ją. Czasu było niewiele.
Widział ich z daleka. Dziewczynę za ręce i stopy przytroczyli do długiego drąga, zwisała bezwładnie. Niosło ją bez większego wysiłku dwóch osiłków, przytrzymując sobie jeno okrąglaka na ramionach. Poruszali się wolno, taszcząc też truchła poległych. Tyle jedzenia nie mogli zmarnować. Birkart myślał intensywnie nad sposobem uwolnienia kapłanki. Doszedł do wniosku, że jeżeli nie uda mu się jej odbić, zanim dotrą do wioski, to w zasadzie będzie po wszystkim. Nadciągający zmierzch był jego sprzymierzeńcem. Dziewięciu, tyle ich zostało przy życiu. Zabicie pierwszych dwóch maruderów, którzy nie mogli sobie najwyraźniej poradzić z wleczonym ciałem współplemieńca, nie było wielkim problemem. Te młodzieniaszki zaskoczone przez templara praktycznie się nie broniły i zginęły po krótkim starciu. Gdy przywódca grupy kanibali zorientował się, że ich nie ma, wysłał jednego ze starszych, wskazując mu ręką kierunek, by sprawdził co z nimi, groźnie przy tym pohukując. Wybrany przez niego osobnik z wyraźnym ociąganiem porzucił palik, na którym wisiała wspaniała zdobycz i udał się w wyznaczonym przez wodza kierunku. Zatrzymywał się kucając i zerkając co chwila na czekających na niego towarzyszy. Wyraźnie energiczne gesty przywódcy nakazywały mu iść dalej. Birkart przyczajony spokojnie czekał na niego. Wyrósł mu dosłownie spod nóg, wprowadzając go w zupełne osłupienie. Dwa szybkie cięcia, jak plaśnięcia bata wkurzonego woźnicy, przerwały brutalnie żywot kanibala. Jego rozsieczone w jednej chwili truchło leżało teraz nieruchome w trawie. Rycerz zdawał sobie doskonale sprawę, że teraz dopiero zaczną się schody. Przypuszczał, że domyślą się wszystkiego, że oto niedawny uciekinier wrócił po swoją kobietę. Nie zaryzykują już samotnych poszukiwań, trzymać się będą w kupie. Obserwował ich z daleka. Naradzali się wrzeszcząc i pochrząkując na siebie. Postanowili chyba iść dalej, nie szukając kamratów po nocy. Zakładał właśnie takie najgorsze dla niego ustalenia. Gdy analizował sytuację, zawsze przygotowywał się na najgorszy z możliwych wariantów i nigdy tego nie żałował. Nawet jak się nieraz pomylił, to przecież nie zmartwił się tym, że przeciwnicy popełnili błąd, wybierając mniej korzystną dla nich opcję. Nie mógł im pozwolić na szczęśliwy powrót do ich siedziby z tak cennym łupem. Podkradł się na odległość strzału. Wyciągnął lekką kuszę trzymaną zawsze w pogotowiu na plecach, ułożył bełt w wyżłobionym specjalnie łożu i wymierzył prosto w największego zakładając, że to dowódca. Po strzale zmienił pozycję, nawet nie patrząc co się dzieje i czy w ogóle trafił. Dzicy przykucnęli zrazu, bacznie obserwując teren wokół siebie. Templar zdążył już przywrzeć do ziemi i ponownie zaczął siłować się, napinając twardy naciąg. Gdy był już gotowy, podczołgał się jeszcze bliżej i strzelił w pierwszego z brzegu. Głośny krzyk oznajmił mu, że trafił, ale chyba nie śmiertelnie. Odrzucił kuszę, plecak, wyciągnął mocną tarczę, dobył miecza i czekał. Z przejmującym wrzaskiem rzucili się na niego wszyscy pozostali. Pierwszy, który dobiegł do żołnierza zginał od jednego precyzyjnego cięcia. Potem napadła go wściekła chmara. Koncertował się na obronie, parował tarczą i mieczem. Potem skok między nich z przewrotem po ziemi. Starał się rzezać po kończynach. Czasami kogoś zawadził. Odbiegał by mieć na sobie mniej przeciwników. Dreptał arytmicznie i naprzemiennie raz w jedną to w drugą stronę, tokując niczym cietrzew podczas godów. Gdy tylko, któryś z przeciwników popełnił błąd, ruszając sprowokowany w nieprzygotowanym ataku, po sparowaniu ciął na odlew. Cały czas był w nieustającym ruchu, krążył, zmieniał tępo i kierunek natarcia. Kołował ich, zwodząc pozorowaną ucieczką, by nagle zatrzymać się, wyprowadzając podstępny kontratak. Największy z nich, prawdziwy gigant, wolno przesuwał się za nim, wysyłając i ponaglając szturchaniem innych, by pierwsi się na niego rzucili. Wreszcie zostali we dwóch na nogach, reszta jęczała zgubiona po drodze. Templar tarczę miał mocno zwichrowaną. Dziwił się, że jeszcze do tej pory ze szczętem się nie rozpadła. Gdy sparował pierwsze uderzenie przywódcy, aż przysiadł od siły uderzenia. Toż to mocarz był nieprzeciętny. Z prawej piersi wystawała mu lotka bełtu, ale najwyraźniej nic sobie z tego nie robił i parł naprzód, waląc ogromną maczugą. Po jego następnym uderzeniu, Birkart poczuł znajome chrupniecie, jedna z kości przedramienia nie wytrzymała. Odrzucił więc pokrzywioną, ciążąca mu teraz tarczę. Olbrzym zawył, uderzając się raz po raz w tors, jakby świętując już zwycięstwo nad groźnym przeciwnikiem. Wyszczerzył żółto-brunatne długie zębiska, odsłaniające owrzodziałe, krwawiące dziąsła w szerokim triumfalnym uśmiechu.
- Stary, no gdybym ja miał taki problem z uzębieniem, też byłbym tym faktem wkurzony - Zasyczał złośliwie templar. Olbrzym zmarszczył czoło, jakby starał się zrozumieć, co do niego mówią, ale w końcu zignorował to i natarł ponownie, zamierzając się maczugą. Doświadczony żołnierz wiedział, że tak potwornie silnie bitej dwuręcznej maczugi nie da się w pełni sparować mieczem jednoręcznym . Splasował tylko cios nieznacznie, zmieniając jego kąt uderzenia, a sam sprytnie się wywinął, omijając przeciwnika zwodem. Kolos zachwiał się od własnego potężnego machnięcia i pochylił się do przodu. Templar będąc z tyłu przeciwnika, ciachnął po obnażonych i niemiłosiernie brudnych kulasach. Nagle podcięty, cuchnący obdartus upadł na kolana. Dalsza walka była już tylko formalnością. Kanibal skonał z głupawym uśmiecham na wydatnych wargach. Birkart po wyrównaniu oddechu, skierował się w kierunku głośno zawodzących rannych. Łatwo ich znalazł. Będąc wrażliwym człowiekiem, skrócił szybko ich cierpienia, oszczędzając im bezsensownego długiego konania. Najtrudniej mu było odszukać po omacku ich ekwipunek. Ciemności potworne nastały, albowiem jakby jemu na złość, księżyc skrył się za chmurami. Wyczerpany był srodze, najpierw szaleńczą ucieczką, pościgiem i na koniec walką, ale nie poddał się. Nie spoczął dopóki nie odszukał wszystkiego. Przepadł tylko plecak stygijki. Przypuszczał, że odrzuciła go w trakcie swojej panicznej ucieczki. Uwolnił ją z więzów. Po uderzeniu w głowę kamienną maczugą, kobieta z wolna odzyskiwała przytomność. Krew nie ciekła już, zastygnięta w postaci grubego strupa. Mimo zmęczenia tobół z oporządzeniem założył sobie na pierś, dziewczynę zaś zarzucił na plecy. Jej magiczną laskę sam wykorzystał teraz jako podporę. Po chwili stwierdził jednak, że iść w ten sposób nie podobna. Zdrową ręką bowiem musiał podtrzymywać kobietę, by się mu się z grzbietu nie zsuwała, a w złamanej dzierżyć kij. Ból przetrąconej ręki był nie do zniesienia. Magiczną broń przytroczył więc do dziewczyny. Powoli ruszył pod górę, oddalając się systematycznie od pokonanych przez niego kanibali. Rozpoczęcia pościgu przez ich współplemieńców spodziewał się dopiero jutro, koło południa. Po śladach od razu poznają, że ścigać będą jednego człowieka, z rannym na barkach. Takiej okazji nie przepuszczą. Co chwila robił krótkie przerwy, dla głębszego zaczerpnięcia i wyrównania oddechu. Martwił się, bo dziewczyna majaczyła. Brutalny kanibal zdecydowanie za mocno zdzielił ją w głowę. Dokładnie wymacał czaszkę, ale prócz ogromnego guza, złamania żadnego nie wyczuł. Wiedział z żołnierskiego doświadczenia, że ciosy od broni obuchowej często kończyły się śmiercią. Mimo, że rana nie wyglądała groźnie, to nieszczęśnicy doznawszy takich obrażeń, w końcu umierali. Przed południem postanowił zrobić krótką przerwę w marszu. Rozpalił niewielkie ognisko i zagrzał trochę fasoli z boczkiem. Starał się wmusić nieco pożywnego jedzenia kobiecie, która była już przytomna. Niestety nie dała rady nic zjeść, mając ciągłe mdłości. Słaba była i zupełnie opadła z sił. Spod na wpół przymkniętych powiek wodziła za nim półprzytomnym wzrokiem. Gdy podał jej wodę, dotknęła jego dłoni i uścisnęła lekko, patrząc mu w oczy jakby bardziej przytomnie.
- Ja też się cieszę, że żyjesz. - Odpowiedział jej na ten uprzejmy i mile łechcący jego męską dumę gest.- Będę cię dalej niósł. Ich tropiciele powinni zaraz za nami ruszyć. To tylko kwestia czasu nim nas dopadną. Musimy dotrzeć do tej jaskini i tam ich zgubić, inaczej już po nas.
Przed wieczorem był już tak wyczerpany, że nie miał siły postawić choćby kroku. Obojętnym mu się już było, czy ich dojdą, chciał tylko spać. Znalazł wykrot i tam rzucił się na wznak. Plecak podsunął sobie pod głowę, miecz wziął do garści, aby w każdej chwili być gotowym do odparcia ataku. Na wpół zamroczoną kobietę, starym zwyczajem, ułożył sobie na piersi. Otulił ich bawolą skórą, jedyną, która im została i natychmiast zasnął. Obudził się nagle słysząc podejrzane odgłosy. Gdy tylko uniósł głowę, ręka dziewczyny zakryła mu usta w geście milczenia. Była już przytomna i też ich słyszała. Szli mimo ciemności, licząc, że uciekinierzy nie zmienili kierunku, i podchodzą ciągle pod szczyt. Pewnie zorientują się dopiero rano, że ich minęli i wrócą się wtedy na pewno, szukając ich śladów niżej. Pomyślał, że musi z dziewczyną koniecznie odbić w prawo, zataczając szeroki łuk. Gdy prześladowcy znacznie się już oddalili, wyjął z plecaka suszone mięso. Dał jedną porcję do żucia dziewczynie, drugą wziął sobie. Potrzebował jej pomocy przy nastawieniu i usztywnieniu złamanej kości lewego przedramienia. Zrobiła to umiejętnie, wykorzystując znalezione patyki i trochę płótna z zapasowej koszuli znalezionej w jego plecaku.
- Możesz samodzielnie iść?- Szepnął jej do ucha. Kiwnęła, potakując głową.
Do świtu szli niezauważeni. Poruszali się ostrożnie, patrząc uważnie pod nogi. Przypadkowy hałas, spadających obruszonych przez nieuważna stopę kamieni, mógłby być dla nich zgubny w skutkach. Gdy rozwidniło się, skorygowali marszrutę, starając się trafić do wejścia jaskini. Liczyli, że w tym czasie ich prześladowcy będą powoli schodzić, szukając śladów zgubionych w nocy.
Przed wieczorem doszli do ziejącego ciemnością otworu. Byli u celu. Zanurzyli się w mrok. Po kilkudziesięciu krokach stwierdzili, że co rusz wpadają na liczne stalagmity i bez światła nie da się dalej iść. Ze zwierzęcych piszczeli rozrzuconych wszędzie wokół, oraz resztek koszuli, których dziewczyna nie zużyła do bandaży, zrobili prymitywne łuczywa.
- Ciekaw jestem kto rozszarpał te wszystkie zwierzęta?- Zagadał Birkart jakby sam do siebie. - Obstawiam na trolla, który występuje na tych terenach. Co o tym sądzisz, wciąż milcząca, zagadkowa niewiasto?- Zapytał, spoglądając prosto w jej twarz i uśmiechając się zawadiacko. Stygijka kpiarsko wytrzymała wzrok i prychnęła z pogardliwym lekceważeniem.
- No to żeśmy sobie pogadali, nie ma co. Czas sprawdzić jakie niespodzianki tu na nas czyhają. A czuję to po mały palcu, cisnącym mnie okrutnie w lewym bucie, że nie liche. He..he. – zaśmiał się.
Jaskinia była przepastnie wielka i nie dotarli nawet do jej połowy, gdy usłyszeli pomruk, jakby chrapanie. Prawdę mówiąc, wypadało by raczej powiedzieć, że wprzódy wywąchali jej mieszkańca. Ciągnął się od niego mdlący smród, do kocich rzygów podobny. Kto raz tego fetoru zasmakował, nie pomylił by go z niczym innym. Birkart raz spotkał takiego jegomościa w odległej przeszłości. Spieprzał wtedy okrutnie, mało gaci nie po gubił. Potwór właściwie ślepy był, ale za to słuch miał wyczulony. Ponieważ noc się zbliżała, a wtedy zwykle aktywność wykazywał, postanowili się schować. Zgasili pochodnie. Przycupnęli w szerokim załomie skalnym i cierpliwie czekali, aż się obudzi. Może jaki głód poczuje, zachce zapolować na coś na zewnątrz? W zasadzie nie mieli nic przeciwko, aby się zasadził na kanibali, za nimi niechybnie idącymi. Gdy już im nogi zupełnie zdrętwiały od kucania, kupa śmierdzącego łajna przetoczyła się tuż obok nich i poczłapała do wylotu. Odczekawszy chwil kilka, rozpalili ponownie żagwie i ruszyli w poszukiwaniu ukrytego przejścia do dalszej części jaskini. Otwór był dobrze zamaskowany. Gdyby nie wiedzieli o jego istnieniu, to znaleźć go, byłoby rzeczą zgoła niepodobną. Wąski tunel zaprowadził ich do obszernej pieczary, wypełnionej prawie w całości wodą. Wokół jej prawego skraju, tuż nad lustrem wody, wykuto w skale wygodny chodnik. To był jedyny sposób dotarcia do przeciwległego brzegu suchą stopą. Gdy wreszcie obeszli jaskinię, płaski taras się skończył przechodząc w schody, częściowo zanurzone w wodzie. Ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Był to olbrzymi posąg mitycznego człowieka-byka, umieszczony na granitowym, masywnym cokole. Postument pokryty był niezliczoną ilością piktogramów, ideogramów i innych hieroglifów, pisanych w zapomnianym dawno języku, który Birkart nieco poznał dawno temu. U jego podnóża wykonano ozdobną, bogato rzeźbioną kamienną półkę, z wyrytym rysunkiem kręconego rogu. Niestety była pusta. Po bokach filaru, na granitowych ławach zwieńczonych głowami byków, wykuto kamienne misy. Wypełniane były w przeszłości olejem skalnym, łatwo palącym się, oświetlającym tą pradawną uświęconą nawę. Niestety płyn zwietrzał wieki temu i teraz były suche.
- Szkoda czasu na oglądanie tych bazgrołów, czas znaleźć róg.- Przemówił templar. Rozebrał się do naga, nie chcąc zamoczyć kompletnie ubrania i wszedł do ciemnej jak smoła wody. Okazało się, że nie była to płytka kałuża. Zaledwie po kilku krokach nie poczuł gruntu i rad nie rad, zmuszony był pływać. Zanurkował kilka razy i doszedł nawet do dna, ale niczego prócz kamieni nie wymacał. Dokuczała mu chora ręka. Po kilkunastu próbach bezowocnego sondowania dna, przypłynął zrezygnowany i zmęczony do brzegu, telepiąc się z zimna.
- Cholera, nic nie widać. Pół roku nam zejdzie, żeby to gówno znaleźć, a i rękę mam niesprawną. - Zawołał do kobiety dygocąc.
Dziewczyna prychnęła tylko. Zrzuciła ubranie i dala nura w odmęty. Szkoda, że łuczywa im zgasły, bo chętnie obejrzałby dokładniej to nagie zjawisko. A tak tylko kontury widział i to nie dość wyraźnie. Gdy już zaczął tracić nadzieję, że wypłynie samodzielnie i szykował się by zanurkować po nią, niemalże wyskoczyła z wody, łapiąc łapczywie życiodajne powietrze. Podpłynęła ku niemu, a gdy wyczuła skałę pod stopami, podeszła bliżej. Zobaczył, że dzierży w garści jakowyś pokręcony róg, nieco przypominający barani. Minąwszy go, doszła do altara. Uklękła przed nim nabożnie, pokłoniła się trzy razy i z całych sił zadęła w ów róg. Poczuł istną eksplozję magii. Przedmiot, który trzymała w ręce, rozpadł się w drobny pył.
- I po nagrodzie – Jęknął boleśnie.
Dziewczyna wstała, odwróciła się do niego i podeszła ku niemu dostojnym krokiem, stając na przeciwko. Posągowo piękna, odprężona i uśmiechnięta, wciąż ociekająca wodą.
- Witaj Birkart. Jestem Ellen, kapłanka seta – Powiedziała donośnym niskim, drapieżnym altem, aż templarowi ciarki z podniecenia po plecach przeleciały. Wyraz jego twarzy w tym momencie za mądry nie był. Widząc to komiczne zaskoczenie, uśmiechnęła się do niego pogodnie.- Dziękuję ci, za wszystko co dla mnie uczyniłeś, dzielny woju.
- Ty mówisz, to nie może być....- Po chwilowym stuporze, gdy odzyskał w gardle głos, bełkotał zdumiony żołnierz.
- To był potężny artefakt. Zniósł czar milczenia, który na mnie kiedyś nałożono. Dlatego mogli mnie sprzedać w jasyr, jak byle dziewkę, a wiadomo, że kapłani i magowie po osiągnięciu osiemdziesiątego poziomu wtajemniczenia, niewolnikami być nie mogą. Wykorzystałam resztki magii tego rogu. Dlatego się rozpadł, a wraz z nim twoja nagroda. Wybacz.
- Skoro ci pomógł odzyskać głos, należną pozycję i władzę nad magią. Cóż po złocie? Dziś jest jutro go nie ma.- Bez cienia żalu w głosie skomentował to Birkart.
- Tak. - Zadumała się Ellen - Muszę ci jeszcze coś rzec. Hegon wiedział, że jestem kapłanką. My choć rożni w zwyczajach i wierzeniach, potrafimy to wyczuć. Kupił mnie, spłacając stary dług, który był zaciągnął w młodości. Honorowym i przebiegłym się okazał i wymyślił jak mi całkiem wolność zwrócić. Oczywiście bez twojej pomocy to by się udać nie mogło. - Patrzyła na wyraźnie oczarowanego nią templara, po czym skierowała wzrok poza niego - Jest niestety jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia między nami.- Przerwała na chwilę, jak by zastanawiała się, jak to właściwie ująć. - Wiem, że ci się podobam.- Birkart mimo zimna poczerwieniał jak uczniak, cieszył się, że ciemno było i tego zobaczyć nie mogła - Nie możemy być jednak razem.- Dokończyła.
- Dlaczego? - Wyrwało mu się mimochodem.- Przepraszam. - Poprawił się zaraz, zmieszany - Nie moja rzecz. Wybacz .- Dodał wyraźnie skołowany.
- Nie. Powinieneś wiedzieć. Narażałeś dla mnie życie po wielokroć. Ocaliłeś od hańby. Winna ci jestem choć wytłumaczenie. Sprawa w zasadzie jest prosta. Nie gustuję w mężczyznach. - Po czym odeszła zaczynając się ubierać, ponieważ zimno dawało się i jej we znaki. Chyba jednak nie chciała też dłużej ciągnąć, tego najwyraźniej niewygodnego dla niej tematu.
- Jak to, nie gustujesz? Czyli co? Jesteś....- Zawiesił głos wpół zdania skonfundowany templar.
- Tak - Odrzekła sucho wchodząc mu w słowo. - Jestem kobietą kochającą inne kobiety i zasadniczo brzydzę się mężczyznami. Wiedz jednak, że nie jesteś mi zupełnie wstrętny. Bardzo cię lubię i szanuję. Z tym jednak warunkiem, że namiętności między nami nigdy nie będzie.
- Uff, a już myślałem, że zakochana lub przyrzeczona innemu jesteś. A tak, to luz. Jak mnie bliżej poznasz, to poczujesz kobiecy zew. Zobaczysz.... Jeszcze zapłoniesz jak smolna żagiew....
- Ha..Ha - Zaśmiała się głośno.- Nigdy nie odpuszczasz co?- Podeszła do niego, położyła mu dłoń na rozpalonym policzku i spojrzawszy mu głęboko w oczy powiedziała czule - Jeszce raz z całego serca dziękuję ci Birkart za to, że byłeś przy mnie w tych chwilach, gdy najbardziej potrzebowałam pomocy, będąc słabą, bezbronną i niewolną kobietą. Jesteś wielkim wojownikiem, szlachetnym i dobrym człowiekiem. Znajdziesz kiedyś, podobnie jak Hegon, swoją brakującą połówkę, ale ja nią nigdy nie będę. - Po czym wypowiedziała kilka kapłańskich zaklęć i od razu poczuł, jak złamana kość przedramienia zespolona w jednej chwili została. - Tyle ci mogę ofiarować Birkart. Wybacz, to tak niewiele, ale w tej chwili nie stać mnie na nic więcej. Naprawdę zasługujesz na coś zupełnie wyjątkowego.
- Dziękuje ci Ellen .- Szepnął, drżącym i lekko ochrypłym głosem.
Cdn.


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 26 lis 2010, o 19:28 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
Birkart stwierdziwszy, że cały dygocze i szczęka głośno zębami, ubrał się szybko. Oglądał i macał obelisk bez specjalnego zainteresowania. Ukradkiem tylko zerkał na kapłankę i stwierdził, że jej samozadowolenie i radość ze zrzucenia jarzma niewoli i ograniczeń, nie cieszy go w równym stopniu co ją. Słyszał często o takich jak ona kobietach. Jeżeli prawdę rzekła o swoich inklinacjach, to jest bezpowrotnie stracona dla męskiego rodu. Wreszcie zamknął oczy i głośno westchnął. Dosyć, co ma być to będzie, pomyślał i postanowił się więcej nad sobą nie rozczulać. Zaczął się zastanawiać, jak wrócić. Za nimi głodny troll i węszący kanibale. Powrót tą samą drogą był by nie tylko głupotą, ale i pewnym samobójstwem. Postanowił rozejrzeć się wokół. Użył niepotrzebnych już bandaży robiąc na nowo pochodnie, bo w tych sakramenckich ciemnościach nie sposób było cokolwiek ustalić, czy znaleźć. Zaczął badać ścianę za posagiem i odkrył zapasowe, lecz zamknięte wyjście. Pokryte było, podobnymi jak te na cokole posągu, piktogramami. Usta same mu się rozchyliły w uśmiechu, jak przypomniał sobie, gdzie je pierwszy raz zobaczył. Postanowił jednak dać wykazać się ambitnej kapłance, albowiem zaświtała mu w głowie pewna przewrotna idea. Zawołał Ellen i pokazał jej swoje odkrycie.
Kobieta energicznie przejęła pochodnię z rąk rycerza. Zaczęła, z gorączkowym zapałem, studiować i badać wyryty przed wiekami kryptogram.
- To przejście do innego świata! - Wykrzyknęła po chwili, odczytując zatarty przez czas ideogram.-Trzeba tylko znaleźć sposób, by otworzyć ta bramę i stąd uciec.
- Bzdury pleciesz jak po makowym kompocie, przemądrzała kapłaneczko. To nie przejście do innego świata, jeno zwykły tunel na drugą stronę góry. Dawno temu zrobiony przez starożytnych Piktów. Te dziwne znaki na skalnej bramie to staropiktyjskie ryty, co jako wielce wykształcona akolitka seta powinnaś zrazu poznać.- Dał swobodny upust nagromadzonym frustracjom, więc pogardliwa drwina w głosie naturalnym się zdawała.
- Wiem, że są piktyjskie. - Ty nadęty, gburowaty, szowinistyczny impertynencie.- Odparowała zaskoczona i urażona nieuzasadnionym słownym atakiem.- Nawet znam trochę ten język i zapewne wkrótce uda mi się rozszyfrować tę wykutą tu zagadkę. A jak nie, to rozwalę w perzynę tę skałkę potężnymi błyskawicami.
- Ha..ha - Zakpił prowokacyjnie mężczyzna – Może mów do mnie prostym językiem. Tak po prostu. Ty pieprzona męska wszawa gnido. Nie rozumiem tych twoich uczonych kapłańskich inwektyw. Zniszczysz skalną blokadę, tą twoją pożal się secią magią? Hi...hi. Wiedz, że najpewniej wzmocniona jest starożytnymi runami ochronnymi, równie wycwanionych jak ty Piktów. Byle przybłęda, nawet magicznie uzdolniony, tędy nie przejdzie.
- I to niby ja, jestem tą przybłędą? - Odparła patrząc na Birkarta płonącym ze wzburzenia wzrokiem. Wokół oczu pojawiły się urocze delikatnie zarysowane kurze łapki. Nawet starzeć się będzie pięknie, pomyślał templar. Jaka ona jest bosko zmysłowa, gdy tak się wścieka. Aż kipi w niej zwierzęca, dzika, drapieżna namiętność.
– Zakonotuj to sobie - kontynuowała,- że potężna kapłanka seta poradzi sobie w mig z tymi prymitywnymi zabezpieczeniami. Zahukana, przerażona, posłuszna niewolnica odeszła w niebyt. Narodziła się inna, o niebo wyższa istota, mająca w głębokiej pogardzie męskie nasienie.
- Nie bierz tak wszystkiego od razu do siebie. Ale wiesz co? Ja sobie stanę z boczku, popatrzę i zobaczę co z tych twoich mądrości wyniknie. Mamy trochę czasu zanim troll z polowania powróci, więc pozwól, że sobie odetchnę i zatopię się w rozważaniach. Gdzie do cholery, podziała się ta skromna, milcząca i urocza dziewczyna, którą kiedyś znałem?
- No pewnie.- Odparła ujmując ręce pod boki - Dla was dobra jest tylko ta, która posłusznie wam tyłka nadstawia. Jakiż to ją zaszczyt kopnął, że jej pan łaskawie zechciał swój parchaty narząd w nią wpasować. I jakąż to olbrzymią i nieopisaną rozkosz przy tym jej nieopatrznie uczynił. – Wykrzykiwała dalej we wściekłym sarkastycznym zapamiętaniu.
- Nie moja to wina, że natura cię srodze pokarała i miast chłopów na widok dziewek się ślinisz. Szkoda, bo z ciebie jest nawet niezła babka. Ale jest jeszcze nadzieja. Nie martw się, nie takie jak ty uparte oślice na właściwą drogę sprowadzałem. Hi..hi.- Zabawnie zachichotał rozładowując nieco napięcie i emocje, które sam sprowokował.
- Jak zwykle skromny, uczynny i dobroduszny - Zawołała z kpiną w głosie.- Zapomnij, że kiedykolwiek dam ci się dotknąć, ty zboczony prostaku.
Birkart westchnął i odszedł kilka kroków. Zostawiając ją samą z problemem. Po dobrej chwili, gdy zawiodło ją obszukiwanie i macanie skały, usłyszał charakterystycznie wyładowania mocy i syk błyskawic. Odkruszyło się troszkę pyłu i odłamków, ale skała pozostała niewzruszona na swoim miejscu, praktycznie nie tknięta. Te niepowodzenia nie zniechęcały kapłanki, która po chwili zastanowienia i obmyślenia nowej koncepcji, próbowała ponownie złamać zabezpieczenia. Gdy dopalała się już trzecia pochodnia i w zasadzie nie było już z czego robić następnych, poddała się. Zrezygnowana i wyczerpana podeszła do templara.
- Rusz tyłek. Na ciebie kolej, ja nie mam już sił.- Odparła butnie, zawstydzona z palącymi wypiekami na policzkach.
- Proponuję mały zakład. Jeśli otworzę to przejście nim serce zabije ci 40 razy, to się ze mną położysz i zdasz się zupełnie na moją łaskę? - Zapytał.- Nawet gdybym chciał wpasować swój parchaty narząd w ciebie, ty nie będziesz protestować.- Skrzywił usta w tajemniczym uśmiechu albowiem czuł, że fortel może się udać i rybka połknie haczyk.
- A co jak przegrasz zarozumialcze? Jaką korzyść z tego hazardu ja mieć będę?- Zapytała nawet specjalnie nie dziwiąc się i patrząc z lekką pogardą na mężczyznę.
- Stanę się twym niewolnikiem na rok i będziesz mogła ze mną zrobić co zechcesz.
Pomyślała chwilę, potem spojrzała na skałę obok i odparła z szelmowskim uśmiechem na ustach. -Dobrze, niech ci będzie. Przyjmuję zakład - i podała dłoń. Birkart uścisnął ją mocno, patrząc w twarz kapłance.
- Nawet jak wygram nie będziesz żałowała, zobaczysz.- Skierował się na prawo od płaskiej pokrytej napisami skały, dochodząc do występu i kupy gruzu za nim. Odsypał kamienie i skalny żwir, obnażając żelazną, mocno przerdzewiałą już dźwignię. Pociągnął z wyczuciem i z lekką obawą, że skorodowany metal rozpadnie mu się w dłoniach. Jeden skrzypiący ruch i mechanizm zaskoczył. Z łomotem i chrobotem skała rozstąpiła się na dwie połowy, odsłaniając ciemną czeluść przejścia.-Szybko, idziemy bo zaraz się zamknie.- Zakrzyknął do totalnie zaskoczonej i zdziwionej dziewczyny, szybko sięgając ręką po swój plecak. Podróż tunelem była mozolna i ciężka, bowiem nie mając łuczyw, musieli poruszać się po omacku, cały czas trzymając się jego ścian, by nie potykać się co rusz o zawaliska. Koło południa w oddali zobaczyli otwór, blady jasny prześwit. Już wiedzieli, że to wolność się do nich uśmiecha promieniami słońca. Po wyjściu z mrocznego podziemnego korytarza, zatrzymali się, głośno sapiąc ze zmęczenia.
- Obiecaj mi jedno, że zrobisz to szybko. Wiem, że będziesz się starał być delikatny, ale to tylko przedłuży i tak dla mnie nieprzyjemną czynność.- Popatrzyła na niego z niechęcią i determinacją malującą się na twarzy.- Nie będę się broniła i oddam ci się zgodnie z umową.- Dodała honorowo.
- Chciałbym złagodzić nieco nasz zakład, jeżeli pozwolisz? - Zagadnął pojednawczo templar.
- Co proponujesz? - Zapytała nerwowo. Patrząc mu uważnie w oczy.
- Do końca naszej podróży, na spoczynek, będziesz się kładła obok mnie jak onegdaj, gdy eskortowałem Cię do Hegona. Ja natomiast obiecuję, że nie wykorzystam tej sytuacji i nie posiądę cię wbrew twojej woli. Co ty na to?
Zagryzła wargi, dalej obserwując go, ale mimo, że starała się powstrzymać, uśmiech i tak rozchylił jej usta. Wiedział już, że się jej ten nowy, nieoczekiwanie zmieniony układ spodobał.
- Zgoda - Rzekła, z rozpogodzonym obliczem. Potem dodała zadziornie.- Czasami cię nie mogę rozgryźć. Po co się tak na własne życzenie katujesz? -Wiem jak działam na mężczyzn, zdążyłam się już o tym boleśnie przekonać w przeszłości.- Posmutniała nagle, jakby w jednej chwili wróciły demony z nocnych koszmarów - Ale ciebie Birkart, nie rozumiem. Myślisz, że zdołasz mnie odmienić?- Prychnęła.- Myślisz, że jak poczuję te twoje żałosne oznaki pobudzonej męskości, zapragnę zaraz się z tobą kochać? - Pokiwała z rozbawieniem głową.- Mylisz się i to bardzo. Zastanów się jeszcze. Możesz mnie mieć, co prawda tylko raz, ale zawsze to lepsze niż nic. Jestem jednak pod wrażeniem tego wybiegu. I to wszystko tylko po to, by co noc być blisko kobiety, której nigdy posiądziesz? Jeszcze będziesz tego żałować Birkart, wspomnisz moje słowa.
– Wiesz w sumie to ja nieskomplikowany jestem. Działasz na mnie jak na większość mężczyzn i nic na to nie poradzę. Być może tobie wydaje się to wstrętne i obleśne, ale wiedz, że nie wszystkie kobiety tak to odczuwają. Ba, większość poczułaby się dotkliwie urażona, gdyby właśnie tego świadectwa jurności we mnie nie dostrzegła.
- Ja jestem inna, wyjątkowa w swoim rodzaju. Powiedziałam ci o tym. Myślę, że nie uwierzyłeś mi i starasz się na siłę udowodnić mi fałsz. Szczerze mi cię żal, bo może nie najgorszy z ciebie gość, ale wiedz, że te twoje bezsensowne próby, z góry skazane są na niepowodzenie. Natury nie da się oszukać chłopcze.
- Wiem o tym.- Odparł wykrzywiając usta w zagadkowym półuśmiechu.
Gdy nocą wtuleni w siebie leżeli pod włochatą skórą, dziewczyna po długim milczeniu zapytała znienacka.
- Skąd wiedziałeś jak otworzyć to cholerne przejście?
Birkart westchnął.
- To długa i nudna historia. Nic co by mogło cię zainteresować.
- Opowiedz.- Zachęcała go stygijka.
- No dobra. Za młodu, kiedy byłem jeszcze bardzo przystojny, zapoznałem pewną powabną pulchniutką archiwistkę w Old Tarantii. Ach! Jaka ona była namiętna. Poezja. Strasznie napalona na chłopów. Pamiętam jak podczas naszych miłosnych igraszek, rechotała tak głośno jak żaba w stawie na wiosnę, co muszę uczciwie przyznać, czasami mnie nieco rozpraszało.
- Pomiń proszę ten aspekt sprawy i skup się na meritum, dobrze?- Przerwała mu opowieść.
- Na czym to ja skończyłem? Ach tak… No darła się na całego gardło. Pewnego razu nawet patrol gwardii zaniepokojony krzykami dochodzącymi z archiwum naszedł nas i przerwał nam w połowie. A nieźle się zapowiadał ten się spektakl.
- Pojęłam, jesteś niezrównanym kochankiem, co dla niektórych kobiet może być istotne, tym niemniej chciałabym się dowiedzieć czegoś zupełnie innego.- Znów weszła w słowo rozmarzonego rycerza.
- Tak, no cóż, gdy jej mąż się o nas dowiedział, zaczaił się i przyłapał nas pewnego razu jak sobie swawolnie dokazywaliśmy. Miałem wtedy za swoje. Półnagi uciekałem przez pól miasta. Dopiero w porcie go zgubiłem. No nie chciałem pobić rogacza i tak chłop….
- Birkart, zlituj się….
- Mówiłem, że to długa historia i tak ją streszczam, jak mogę. Nie opisuję szczegółów naszego intymnego pożycia, ani jak dalej kontynuowaliśmy potajemne spotkania. Uff co to były za czasy? Dobra, nieważne. Podczas jednego z naszych intensywnych badań naukowych, z poruszonej przez nas półki spadła stara omszała księga, kompletnie się rozsypując. Składając później te strony, zaciekawiły mnie informacje w niej zawarte. Rzecz była pisana przez dalekich przodków obecnych Piktów. Dotyczyła różnych aspektów życia, rolnictwa, mechaniki, architektury i magii runicznej.
- Obecni Piktowie to półdzikie prymitywne plemiona, niezdolne do kopania podziemnych korytarzy, tworzenia skomplikowanych mechanizmów, czy budowania zaawansowanych technologicznie budowli.- Odparła nieprzekonana dziewczyna.
- Powinnaś to wiedzieć. W wyniku chędożenia się na potęgę kuzynostwa, rodzą się matoły, które płodzą inne półgłówki i tak z czasem wszystko na psy schodzi. Do tego jak się jakiś nagły kataklizm napatoczy to mamy stan obecny. I z wysokorozwiniętej cywilizacji runy na obeliskach zapomnianych bożków jeno zostają i kilka zakurzonych ksiąg w języku, którego już nikt nie pamięta. Dlatego ja twardo stoję na stanowisku zacieśnienia kontaktów intymnych między rasami.
- Jeżeli strzelasz do mnie, to pudło marny łuczniku.- Odparowała dziewczyna.
- Nie, ja generalnie kuszę nad łuk preferuję. A tak ogólnie rzecz ujmując, tylko hipotetycznie oczywiście zakładając, że na ten przykład, była stygijska niewolnica i pewien całkiem jeszcze gładki Aquliończyk mogą zdrowe dzieci spłodzić, które nie tylko mądre po ojcu i piękne po matce będą, ale zaradne życiowo. Soki z dwóch odległych nacji połączone w jedno, tylko na jego korzyść mogą wpłynąć.
- Miałeś swoją szansę, ale ją bezpowrotnie straciłeś. Teraz zostaje ci tylko gdybanie. Proszę cię o dalsze rozmyślania w ciszy, bo pragnę się już zdrzemnąć, znudziła mnie ta twoja na chybcika zmyślona, mocno naciągana i zresztą kiepska historyjka.
- Jest prawdziwa, a że akurat cię nie zainteresowała…. Tego wszak byłem pewien. Ell może jakieś małe buzi, buzi na dobranoc, co?
- Zapomnij. Nie nazywaj mnie więcej zdrobniale, nie znoszę takiego spoufalania.
- W porządku. Rozumiem. Innym razem. Mamy czas.
*
Schodząc wolno w dół zboczem po drugiej strony góry, przed nimi, w rozłożystym parowie ujrzeli małą, malowniczo położoną wioskę. Otaczały ją ze wszystkich stron wysokie dumne świerki, modrzewie i cisy. Nieopodal niej prześwitywał, skrząc się w bystrym słońcu, strumień. Wreszcie jakaś cywilizacja pomyśleli strudzeni wędrowcy. Niezwykle kuszącą perspektywą wydawała się im możliwość zmiany diety. Suszone mięso i fasola srodze się im przejadły. Ponadto ciężka zbroja noszona przez Birkarta, mocno go uwierała. Liczył na pozyskanie od wieśniaków nieco zgrzebnych koszul. Grubą płócienną bieliznę, którą miał pod płytami pancerza, zużył na zrobienie łuczyw, więc stalowe elementy bez żadnych przeszkód ocierały mu nagą skórę. Przy każdym dłuższym postoju zdejmował zbroję, dając skórze chwilę wytchnienia. Ellen widząc dokuczliwe otarcia, leczyła je magicznie. Za każdym jednak razem dochodziło do nowych uszkodzeń naskórka, co w końcu zaczęło go irytować. Sielankowy nastrój rozmarzenia i nadziei na wygodny popas, prysł w oka mgnieniu. Wszechobecnie panująca tu cisza, zwiastowała jakieś nieszczęście. Smród rozkładających się ciał, zaczął drażnić nieprzyjemnie nozdrza. W każdej mijanej lichej chatce były zwłoki. Ellen nie zważając na słodko mdlący odór, niezwłocznie przystąpiła do ich badania. Chciała ustalić co było przyczyną śmierci wszystkich mieszkańców. Wychudzone truchła były w różnym stopniu rozkładu. Najbardziej charakterystyczne były dwa objawy, liczne ciemne wrzody na ciele i sporo zakrzepłej krwi w gardle i na ustach. Po oględzinach kilku zwłok, widać było, że kapłanka nie ma już żadnych wątpliwości .
- Co ich zabiło Ellen? – Zapytał zdruzgotany widokiem rycerz.
- Jesteśmy wybrańcami Birkart. Mamy magiczne uzdolnienia. To powoduje, że jesteśmy odporni na większość chorób. Zimno, infekcje i drobne kontuzje nam nie zagrażają. Ci wieśniacy muszą się z tym borykać na co dzień. Dla nich każde najmniejsze przeziębienie może skończyć się tragicznie. Zabiło ich morowe powietrze.
Gdy opuszczali już wioskę, zobaczyli na jej skraju, oddalony od pozostałych zabudowań, jeszcze jeden samotnie stojący drewniany budynek. Birkarta jakby coś tknęło, jakieś mgliste przeczucie, nagły impuls.
- Zobaczę, czy nie znajdę tam jakiejś starej koszuli. Nie mogę tak dłużej iść.- Zagadał kierując się w stronę chaty.
Gdy otworzył masywne drzwi, odrzucił go od wejścia straszny fetor. Odczekał trochę i wszedł do środka Na klepisku leżały dwa rozkładające się już, splecione rękami ciała. W okropnie brudnym barłogu leżała niezmiernie wychudzona dziewczynka, której nie dawał więcej niż dziesięć wiosen. Ciało jej, jeszcze nie tknięte rozkładem, było ubrane w żółtą znoszoną, poplamioną sukienkę. Pomyślał, że umarła niedawno. W jaskrawo pomalowanej skrzyni stojącej pod oknem znalazł czyste, odświętne lniane ubrania. Wziął wszystkie. Wychodząc spojrzał jeszcze raz na drobną buzię, ślicznej blondyneczki z długimi warkoczami. Zamarł w jednej chwili. Odniósł wrażenie, że się nieznacznie poruszyła.
- Ellen –Wrzasnął z całych sił.
Kapłanka przybiegła natychmiast. Rozejrzała się szybko i dostrzegła mizerotę wyciągniętą na wznak na barłogu.
- Wynieś ją na zewnątrz, nie mogę się tutaj skupić – Rozkazała zdecydowanym tonem rycerzowi.
Birkart ujął dziewczynkę delikatnie pod barki i nogi. Była leciutka jak piórko. Ułożył ją na miękkiej trawie za domem i odstąpił. Ellen rozpoczęła kapłański rytuał. Magia iskrzyła się feerią barw i odcieni.
Po dłuższej chwili kapłanka przerwała.
- Zwalczyła chorobę, ale umiera z wycieńczenia i głodu. To magicznie uzdolnione dziecko.
- Możesz jej pomóc? - Zapytał z nadzieją w głosie Birkart.
- Chyba jest już za późno. Nie mam na tyle mocy, żeby odwrócić pewne zaawansowanej procesy w jej słabym organizmie. Ona kona Birkart.- Odrzekła z wyraźnym smutkiem.
- A ja w ciebie wierzę Ellen. To znak naszej predestynacji. - Przekonywał ją z żarliwym zapałem.- Bogowie postawili ją na naszej drodze. Nie po to odzyskałaś władzę nad magią, by teraz dać tej biednej sierotce umrzeć. Zobacz ile ona wycierpiała. Spróbuj choć.
- Bogowie nic, a nic mnie nie obchodzą Birkart. W dupie mam ich pieprzone intrygi. – Opryskliwie i wulgarnie odparła, a oczy nagle zaiskrzyły się nienawiścią i złością.
- Nie wiem co ci złego uczynili. Może przyjdzie czas gdy mi o tym opowiesz. Ale teraz nie ma chwili do stracenia. Może oni chcieli byś się teraz poddała, uznając ich wolę. Postaw się im i na przekór coś zrób. Udowodnij, że nie doceniając ciebie, srodze się pomylili . Zadziw ich swoją siłą i determinacją.- Motywował ją Birkart, wyczuwając, że Ellen ma najwyraźniej mocno na pieńku ze swoim kapłańskim bóstwem.
Westchnęła głośno, jakby rozważała w myślach usłyszane ostatnio słowa. Skupiła się ponownie, sięgając zachłannie po zasoby magii, głęboko jak nigdy dotąd, odważnie, bez śladu lęku czy niepewności. Śmiało zaczerpnęła znacznie więcej niż robiła to dotąd. Tylko niewielu z żyjących kapłanów seta mogło decydować się na taki krok. Przekroczyła granicę śmierci. Pierwszy raz w życiu nie bała się kroczyć po ścieżkach mocy znanych tylko nielicznym wtajemniczonym wybrańcom.
- Dobrze więc. Jak chcesz, to skończ z tą farsą. Zabierz mnie do siebie, ty podstępna, wredna żmijo.- Syknęła cicho przez zęby. Wpadła w leczniczy trans, zawodząc i jęcząc cicho, kiwając się rytmicznie na wszystkie strony. Birkart obserwował to niezwykłe kapłańskie misterium z zachwytem i rozpierającą go dumą. Podjęła olbrzymie ryzyko, postawiła wszystko na jedną szalę. Wyzwała na śmiertelny bój mroczne siły demonicznej magii. Zdała się na kaprys i osąd swego okrutnego boga Seta. Wiedział, że nie można tak bezceremonialnie i otwarcie z niego kpić, igrać z jego nieprzebraną mocą. Wszystko ma swoją cenę. Po chwili naszły go wątpliwości, zaczął żałować, że namówił ją do takiego szaleńczego ryzyka. Zaczął cały drżeć z niepokoju i strachu o jej życie. Wreszcie upadła zemdlona na trawę, tuż obok ratowanej przez siebie dziewczynki. Oddychała, żyła. Set tym razem nie zabrał jej jeszcze do siebie. Birkart poczuł się naprawdę szczęśliwy. Pogładził Ellen czule po jej długich granatowo-czarnych, gęstych włosach rozsypanych w nieładzie na trawie.
- Och, Ell, dobrze się spisałaś zuchwała i dzielna dziewczyno. - Szepnął do siebie i westchnął z ulgą będąc nieco spokojniejszym.
Ciała znalezione w chatce rycerz pochował na malej polance za domem. Usypał niewielki kamienny kopczyk na pamiątkę. Wywietrzył drewniana chatę, spalił na wpółzgniłą, zapleśniałą pościel i zatęchłe materace. Naniósł świeżego siana i narzucił na nie lnianą dużą płachtę. Na takim wygodnym legowisku ułożył dwie dziewczyny. Napalił w kominku i przygotował dla siebie zwykły posiłek.
Pierwsza odzyskała przytomność kapłanka.
- Jak się czujesz Ellen?- Zapytał zatroskany żołnierz.
- Pić.- Szepnęła dziewczyna. Dał jej kubek wody, który łapczywie wypiła. Po czym opadała z powrotem na posłanie. W jednej chwili ponownie zasnęła głębokim snem. Leżącej obok dziewczynce raz po raz zwilżał usta, wyciskając mokrą chusteczkę wprost na jej spierzchnięte wargi. W środku nocy mała otworzyła nagle oczy. Półprzytomnym wzrokiem zaczęła wozić po domu. Zatrzymała wzrok na rycerzu, który się do niej przyjacielsko uśmiechał.
- Ktoś ty?- Szepnęła z wyraźnym wysiłkiem tak cicho, że ledwie usłyszał.
- Nic skarbie nie mów – Powiedział pól szeptem. Jestem Birkart. - A leżąca obok ciebie niewiasta to Ellen. Życie ci uratowała. Teraz śpi. Dam ci wody, ale jeno kilka kropel, później dostaniesz więcej. Jak zrozumiałaś, zamknij i otwórz na powrót powieki. - Mrugnęła. Pogładził ją delikatnie samymi opuszkami palców po czole i ponownie zwilżył jej usta wodą. Przed świtem dziewczynka ocknęła się znowu.
- Rodzice?- Zapytała, patrząc błagalnym wzrokiem na rycerza.
- Nikt w wiosce nie przeżył, oprócz ciebie. Twoją matkę i ojca pochowałem nieopodal. Przykro mi.-Odpowiedział współczującym głosem.- Nie martw się, nie zostawimy cię tutaj. Jak nabierzesz sił pójdziesz z nami.
Dalszą podróż musieli odłożyć, aż dziewczynka i Ellen nabiorą sił. Proces rekonwalescencji młodej damy przebiegał jednak nad wyraz szybko. Głównie dzięki uzdrowicielskim zaklęciom Ellen, która wkrótce odzyskała swoje magiczne moce. Birkart starał się jak mógł dogadzać nowej podopiecznej. Jako zdolny myśliwy codziennie znosił do chaty zające, kuropatwy, łapał ryby w pobliskim strumieniu. Raz nawet upolował sporej wielkości sarnę. Wszystko to jednak bledło w porównaniu z jego umiejętnościami kulinarnymi. Nawet często nadąsana i wybredna Ellen go chwaliła. Przyrządzone mięso było bowiem niezwykle kruche i delikatne, wyśmienicie doprawione świeżymi ziołami. Dziewczynka o imieniu Sunny okazała się być całkiem bystrą i rezolutną panienką. Ellen uczyła ją w wolnych chwilach nieco podstaw kapłańskiej magii. Mała była bardzo uzdolniona, miała niezwykle lotny umysł i w mig wszystko łapała.
- Birkart, Ellen jest twoją kobietą? - Zapytała kiedyś znienacka.
- Nie jesteśmy razem skarbie. Odparł zmieszany pytaniem rycerz. Siedząca obok Ellen udała, że nie usłyszała pytania i ani na chwilę nie przerwała cerowania swojej skórzanej kurtki.
- Nie podoba ci się? - Kontynuowała dalej Sunny - Jest przecież taka śliczna.- Komplementowała ją dziewczynka.
- Taaak. To wyjątkowa kobieta - Podchwycił templar spoglądając przeciągle ze znawstwem na pokraśniałą nagle kapłankę.- Nigdy nie widziałem piękniejszej niewiasty.
- Dlaczego więc? - Nie dawała za wygraną mała. Przekręcając śmiesznie na bok główkę i bawiąc się różową kokardką zawiązaną na długim warkoczu, który rano zaplotła jej Ellen.
- Wiesz Sunny, Ellen ma paskudny charakterek i żaden chłop by z nią długo nie wytrzymał, więc ja wiedząc o tym, nawet nie próbuję. Unikam w ten sposób bolesnego rozczarowania.- Nabijał się żołnierz, tak modulując barwę głosu, jakby ważną i uczoną kwestię wygłaszał.
- Bujasz mnie, Birkart. Jak może być złą osoba, która mnie biedną sierotę śmierci wyrwała. Jak rodzona matka przy mnie po nocach czuwała. Kiedy mnie straszna żałość brała, gdy o rodzicach rozmyślałam to łzy, które mi ciurkiem leciały, cierpliwie swoją chusteczką ocierała. Do piersi mnie tuliła i cicho pieśni nuciła, by moje złe humory precz odgonić. - Dziewczynka rozczuliła się i już łamiącym się głosem dodała - Kłamiesz mnie Birkart, ona dobra jest, najlepsza, kochana.
- Żartowałem kruszynko. Każdy kto swe życie poświęca by ratować inne, obce mu, szlachetny jest i nieskończenie dobry. Ellen właśnie taka jest.
- Skoro przyznałeś, że ci się podoba, i jest cudowna, dlaczego się jej nie oświadczyłeś? Boisz się, że cię nie zechce? - Wyraźnie już udobruchana, przepytywała dalej, coraz bardziej zawstydzonego rycerza.
- Oj mała! Przesadziłaś teraz. Wścibska i bezczelna jak każda kapłanka. - Zaczął ją łaskotać wzbudzając salwy śmiechu.
- Daj jej spokój, słaba jest jeszcze - Wtrąciła się Ellen, przerywając zabawę.
- Ellen, kochasz ty Birkarta? - Zapytała teraz kapłankę roześmiana dziewuszka.
- Troszkę go lubię - Odparła.- Lecz na pewno nie na tyle, by z nim być. - Ucięła sucho.
- Rozumiem. Chcesz go pierwej sprawdzić, czy się na męża nadaje? Ja też jak będę większa, na byle kogo nie polecę, o nie. - Pokręciła przy tym zalotnie głową i spoglądając na Birkarta kontynuowała - Musi być wysoki, odważny i strasznie kochać dzieci.
- Kładź się spać Sunny. Jutro skoro świt wyruszamy. Birkart pozwól na stronę.- Zakomenderowała Ellen wychodząc z chałupy.
-Tak Ell, co mogę dla ciebie zrobić? - Zapytał już na zewnątrz, celowo zdrabniając jej imię, bo czuł, że jest nie w dobrym humorze.
- Po pierwsze tyle razy ci powtarzałam, byś się tak nie spoufalał. Po drugie co zrobimy z tą bezczelną smarkulą?
- Zaraz bezczelną, po prostu, jak to dziecko, ciekawą. Powiedziałaś my? Kochanie, ty ją uratowałaś. Jesteś teraz za nią w pełni odpowiedzialna.
- Nie doprowadzaj mnie do ostateczności, bezczelny ignorancie. Nie jestem twoją Ell, kochaniem czy kimkolwiek ci się ubzdurało w twojej samczej pokręconej makówce. To nie jest wyłącznie mój problem, ale jeżeli już, to nasz wspólny. To ty ją kazałeś ratować. Nie pamiętasz już jak mnie błagałeś?- Prawie wybuchła z wściekłości, opanowując się w ostatniej chwili i ściszając głos tak, by mała jej nie usłyszała.
- Nie wierzę, żebym mógłbym cokolwiek kazać ci zrobić, wbrew temu czego byś sama nie chciała i z głębi serca tego nie pragnęła.- Spojrzał kapłance w oczy, ale nie wytrzymała długo jego wzroku, przenosząc swój poza niego, na otaczające ich szarzejące już w wieczornym zmroku wzgórza.-Podjęłaś decyzję świadomie. Nie miej pretensji do mnie, że ci się udało. Dziewczynka w tym wieku potrzebuje przede wszystkim opieki matki.
- Nie mogę jej wiecznie niańczyć. Mam ważkie, niedokończone sprawy na głowie.- Kontynuowała nieco spokojniejszym tonem.
- Każdy ma jakieś porachunki, interesy, misje. Tylko, że Sunny to niezwykła, utalentowana i wrażliwa mała dziewczynka. Niesprawiedliwie pokrzywdzona przez ślepy los. Świat, który do tej pory znała, przestał istnieć, rozpadł się na jej oczach. Straciła wszystko, rodziców, krewnych, znajomych. Została sama i o dziwo, nie załamała się, bo spotkała ciebie Ellen. Zaufała ci bezgranicznie, jak tylko ufne i niewinne dziecko to potrafi. Instynktownie z całego serca cię pokochała. Złapała się kurczowo tej miłości jak ostatniej deski ratunku, by nie oszaleć z rozpaczy. A ty chcesz ją teraz odtrącić, bo masz jakieś pilne sprawy? Chcesz może porzucić ją u pierwszych lepszych napotkanych ludzi, bo będzie ci zawadzać? No, wyrzuć ją precz, niech się tuła po obcych. Sprzedadzą ją jakiemuś bydlakowi w niewolę. I jak znudzi mu się ją gwałcić, bić i poniżać to może się chłop w końcu ulituje i ją zabije.
- Wiesz co? Nienawidzę cię .- Powiedziała to ze łzami w oczach i uciekła do chaty.
- Ja też ją kocham Ell i nie dam jej skrzywdzić. Nie oddam jej byle komu.- Powiedział cicho do siebie.
Cdn.


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 30 lis 2010, o 20:06 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
W drogę powrotną wyruszyli nazajutrz. Po kłótni z Birkartem Ellen przez cały dzień słowa z nim nie zamieniła, podobnie jak za czasów gdy splątana czarem, za niemotę uchodziła. Sunny wyczuwając napięcie między kapłanką, a żołnierzem, z trudem powstrzymywała swój żywiołowy temperament i miast nieustannej paplaniny milczała jak pozostali. Słyszała bowiem, jak poprzedniego wieczora Ellen robiła jakieś wyrzuty rycerzowi i wróciła do chaty rozgoryczona z zaczerwienionymi oczami. Kapłanka wtedy długo nie mogła zasnąć tuląc ją mocno do siebie i całując co rusz w główkę. Skromną wieczerzę spożywali więc w grobowej ciszy. Potem niewiasty ułożyły się do snu, nakrywając się szczelnie skórami. Rycerz jak to miał w zwyczaju, obszedł ich obozowisko. Po powrocie zgasił ognisko i żar piaskiem dokładnie przysypał. Zwalił się obok pokrzywionej sosny i opierając się o drzewo, zasnął. Obudziła go dopiero krzątająca się Ellen rozpalająca ponownie ogień. Zagotowała trochę wody aby zaparzyć nieco wzmacniających ziół dla dziecka. Gorący napar podała także rycerzowi, podtrzymując ich poranny rytuał. Sunny po przebudzeniu widząc, że dorośli dalej się boczą, rzekła niespodziewanie.
- Jeżeli mnie nie chcecie, to zostawcie gdziekolwiek. Duża już jestem i poradzę sobie. Nie mogę dłużej tego znieść, jak przeze mnie na siebie wilkiem patrzycie.
- Sunny. Co ty za niestworzone historie splatasz?- Pierwszy odezwał się Birkart - Ellen jest zła na mnie, bo ją uraziłem. Znasz mój niewyparzony jęzor. Ty kruszynko niczemu nie jesteś winna.- Dodał łagodnym tonem.
Ellen podeszła do dziewczynki, kucnęła na przeciw niej, otarła łzy z jej buzi wierzchem dłoni i rzekła cicho.
- Kapłanki nie użalają się nad sobą, nie obnoszą się ze swoją rozpaczą, zawsze starają się być dzielne. Łzy zostawiają innym. – Po czym przytuliła ją do siebie.- Życie bywa okrutne, ale nigdy nie wolno łatwo poddawać się tkliwości. Źli ludzie to za słabość wezmą i podstępnie wykorzystają. Trzeba być zawsze gotową by losowi z godnością czoła stawić, niezależnie do tego co ze sobą przyniesie.- Dodała na koniec.
Ruszyli dalej. Szli wolniej ze względu na osłabioną dziewczynkę. Gdy byli na otwartym terenie rycerz brał małą na barana. Obserwowała okolicę niczym okrętowy majtek, który siedząc wysoko na bocianim gnieździe lądu, bądź raf podwodnych wypatrywał.
Gdy słońce przetoczyło się na nieboskłonie ku odległym szczytom, usadowiona wygodnie na rozłożystych ramionach Birkarta dziewczynka nagle z przejęciem zakrzyknęła.
- Dym na horyzoncie.
Podeszli ostrożnie bliżej, sprawdzając jego przyczynę. Okazało się, że pochodził ze skromnej, pokrytej grubym mchem i porostami chatki. Birkart rozkazał zostać dziewczynom w ukryciu, za gęstymi krzewinami trującego bluszczu. Sam zaś poszedł na przeszpiegi. Skradając się wolno podszedł do samych drzwi.
- Śmiało, otwarte mości kawalerze - Zaskrzeczał głos z wewnątrz - Zapraszam do siebie ciebie i przyjaciół na pyszny gulasz z zająca, właśnie kończy się gotować. He..he..
Birkart ostrożnie uchylił obnażonym mieczem krzywo pozbijane drzwi i zobaczył zgarbioną, siwą starowinkę mieszającą coś drewnianą warzęchą w metalowym kociołku zawieszonym nad paleniskiem.
- A nie z muchomorów to warzycie jakiś specjał, by nas potruć i do szczętu ograbić? - Zażartował rycerz.
- He..He.. A co mi starej po waszym złocie, jak mnie już duchy do siebie przyzywają i może jeno do wiosny pociągnę? Zawołaj przystojniaku kapłankę, tę, którą gorąco miłujesz, oraz to dziewczęce pachole, które wkrótce na szamankę uczyć każesz.
- Decyzji co do jej przyszłości jeszcze nie podjęliśmy. Skąd u licha ty to wiedzieć możesz? - Zapytał mocno zdumiony.
- Ja tam nie wiem, co wy razem sobie umyśliliście, ale kości zawsze prawdę mówią. Szamanką będzie wielką i znaną, a naukę rozpocznie niedługo to pewne.
- Skoro przyszłość przewidujesz to pewnie wiedźmą jesteś? - Zapytał nieśmiało.
- Tak na mnie czasem wołają, ale się tym nie przejmuję. Bo jak przetrącone kulasy trzeba poskładać, albo złe duchy odpędzić, to wtedy pomóż kochana babuniu wołają, łapserdaki jedne. Hi..hi.
- To rzeknij mi w takim razie jedno, czy szczęścia w życiu zaznam choć trochę? Bo mam nie jakie wątpliwości w tej materii. – Zapytał bezczelnie pokpiwając z zielarki. Kobiecina odwróciła się do niego, popatrzyła i pokiwała głową z litościwym uśmiechem.
- Nie wierzysz w gusła i czary, choć stale obecne wokół ciebie są i będą aż do twojej śmierci. Nie o szczęście własne ci idzie, a o kobietę, z którą podróżujesz. Ale ja ci na to nie odpowiem, bo z tej wiedzy ludzie same nieszczęścia na siebie od zawsze sprowadzają. Niech się sprawy same swoim tokiem ułożą. Pamiętaj jedno, że lepiej nie wiedzieć co cię czeka. Zgryzot i rozterek ci to oszczędzi, a życie przed tobą długie i pełne ich będzie, oj będzie.
Birkart dał znak niewiastom, że zagrożenia nie ma. Weszli wszyscy razem pod spróchniałą i gdzie niegdzie dziurawą strzechę, która w czasie ulewy musiała strasznie przeciekać. Starucha cały czas się im z ciekawością przypatrywała. Z jej bezzębnych ust nie schodził groteskowo-demoniczny uśmiech. Poczęstowała gości smaczną mięsną potrawką, a i nie żałując, sypnęła sporo borowików, by smak sosu podkreśliły. Wyborny posiłek mógł się równać tylko z tymi pichconymi przez rycerza. Na deser znachorka polała im do kubków nieco soku z dzikich malin, rosnących gęsto wokół chałupy, które nieuważnych przechodniów ostro swymi zadziornymi kolcami traktowały. Po posiłku pożegnali się z nią, życząc zdrowia, a ona pobłogosławiła im na drogę. Ellen zatrzymana za rękę przez wieszczkę, na chwilę z nią sama została. Jak zrazu od niej wyszła, to twarz bladą miała niczym ściana świeżym wapnem chlapnięta. Spojrzała przelotnie na Birkarta, ale nic nie rzekła.
*
Po trzech dniach pieszej tułaczki dotarli do wioski. Osada niewielka, jeno kilkanaście lichych domostw wzdłuż drogi postawionych było. Zrazu do wójta się udali o nocleg prosząc. Wieśniacy choć biedni byli, gościny nie odmówili. Birkart w stodole posłanie sobie wymościł. Kobieta z dziewczynką, w odstąpionym im specjalnie przez gospodarza łożu, w wygodach się wyspały. Jak się tylko okoliczna gawiedź zwiedziała, kto z wizytą u nich jest, to Ellen nie mogła się od potrzebujących kapłańskiej posługi opędzić. Leczyła bolące zęby, przecinała ropnie, wrzody i karbunkuły, składała pogruchotane kości, maści ucierała na rożne przypadłości, zszywała skaleczenia i rany wszelakie. A to i tak nie wszystko z czym przyszło się tej uczynnej uzdrowicielce zmierzyć. Gdy świtem trudny poród odebrała, siły ją zupełnie opuściły. Gdy opadła wyczerpana na posłanie, to z miejsca w głęboki sen zapadła. Sunny w tym czasie dzielnie jej asystowała, z zainteresowaniem przy pracy ją podpatrując. Mieszkańcy jak tylko oswoili się z przybyszami, to przy flaszce samogonu opowieści rzewne snuć zaczęli. Głównie o tym jak to Crom im nieprzychylny jest i coraz to nowe nieszczęścia na nich sprowadza. Ze wszystkich plag najczęściej narzekali na bestię z okolicznych bagien. Znana była od dawien dawna i nikt ze wsi kto przy zdrowych zmysłach się ostał, na mokradła by się nigdy nie wybrał. Ostatnio jednak, potwór sam pod sadyby przychodził i okazji wypatrywał. Kreatura bowiem na krew mocno napalona była i gdy tylko ową wyczuła, w szał wpadała. Rozrywała nieszczęśnika na części i w mig pożerała. Strach w wiosce okrutny, bo o kontuzje w polu łatwo, a za węgłem potwór może się czaić. Tego lata już dwóch dorosłych i jednego młokosa porwała. Rycerz obiecał na potwora wieczorną porą się zasadzić. Kapłanka i tak niezdolna do podróży była i odpocząć musiała. Templar więc czterech chętnych chwatów i jednego młodzika wybrał, z ropiejąca raną świeżo przez Ellen naciętą. Chłopy pod wodzą Birkarta uzbrojone w widły i motyki przed zmierzchem na trzęsawiska się wybrali. Torfowiska ledwie cztery wiorsty na północny zachód od wioski się znajdowały. Spokój nocy przerywało regularne pohukiwanie puszczyka, od którego skóra na grzbiecie im cierpła. Gdy doszli do podmokłych terenów, polankę wybrali i zabrali się do ciężkiej pracy. Ogrom moskitów znęcony ciepłem ciał i zlewnym potem, miał na nich niezłe używanie, niemiłosiernie swędzące bąble po swych ukąszeniach zostawiając. Skończywszy motykami dół kopać, listowiem i świeżo ściętymi gałęźmi go szczelnie zakryli. Przed pułapką chłopaka na wabia zostawili, zdjąwszy mu uprzednio krwawe opatrunki. Sami zaś w pobliskie zarośla susa dali i przy ziemi przycupnęli. Dopiero tuż przed świtem coś usłyszeli. Chrobotanie i szuranie jakoweś w sitowiu. Potem okoliczne krzaki się zatrzęsły i młodnik sosnowy mocno się zabujał. Wreszcie przebrzydła poczwara z kniei wylazła i w całej okazałości się pokazała. Stanęła na dwóch łapach i silnie nozdrzami powietrze wciągała, niuchając wokoło. Cała oślizła, festynami pokryta, mułem i torfem mocno cuchnęła. Zwykle na czterech łapach się poruszała jak niedźwiedź, ale od niego w biegu szybsza była. Monstra te, pól magiczne, były w dawnych wiekach przez lodowych czarodziejów stworzone. Z czasem po całej Cymerii jak pchły na psie się rozlazły, strach i paniczny lęk wśród chłopstwa i mieszczaństwa powodując. Obecnie wytępione prawie całkowicie zostały, jeno na pustkowiach przetrwały, okolicznych mieszkańców niepokojąc. Pożeracz zwąchawszy ofiarę rzucił się na nią bystro. Chłopak pouczony, że gdy tylko potwora dostrzeże zaczął uciekać tak, by monstrum w dół wpadło. Jak tylko się gadzina osunęła w zapadlisko, chłopy z widłami przystąpili i dźgać ją bezlitośnie zaczęli. Birkart przyglądał się tylko i uśmiechał. Na koniec by oszczędzić zwierzęciu cierpienia, ostateczny cios mieczem zadał. Radość wielka zapanowała i wszyscy się jęli obłapiać i klepać po ramionach. Duma tych prostych rolników rozpierała ogromna. Bestia zaciukana przez nich w mokrym dole nieruchoma leżała.
- Nie trzeba woja wielkiego, żeby stwora zakłóć, co chłopy? - Zagadał wesoło Birkart.
- Mości rycerzu, my płoche są, tylko przy tobie się odważylim na bestie straszną pójść.- Odparł wójt.
- Świetnie daliście sobie radę.- Komplementował wieśniaków żołnierz.
- Dzięki ci po stokrotnie waćpanie za pomoc, bo już strach było babom w las po jagody pójść.
- Wracajmy na śniadanie, chyba zasłużyliśmy?- Zagadał na koniec rycerz.
*
Wracając do osady szybko radość z ich oblicz zeszła. Bowiem wielką łunę ognia z daleka zobaczyli. Zorientowawszy się, że to z ich wsi pochodzi, rzucili się wszyscy biegiem. Dotarłszy na miejsce, czarna rozpacz ich ogarnęła. Niemalże wszystkie domostwa w ogniu stały. Ludzie okrutnie pobici w rowach leżeli. Starowinki się jeno zostały i przerażone maluchy, które wokół z krzykiem biegały. Wreszcie Birkart znalazł starszego jegomościa, z którym poprzedniego dnia samogon pił. Wypytał go dokładnie co się stało, bo niepodobna byłoby przypuszczać by natura sama to zrobić mogła.
- Kochaneńki panocku, zagonem zjechali, mordowali jak leci, kto się im nawinął i opór stawiał. W jasyr brali kogo popadnie. Tylko staruchy zostawili i najmłodsze dziatki co do roboty niezdolne. Jeszcze panocku wieś z dymem pościli.- Strachliwym głosem opowiadał wieśniak.
- Kapłanka i dziewczynka z którą tu przybyłem, co z nimi? Widziałeś człowieku może? - Pytał zdenerwowany rycerz.
- Nie wiem panocku, nie widziałem, zaraz po łbie dostałem. Jak się ocknąłem, to wszytkich onych na wysokie wozy z kratami wpychali i hen odjechali.- Wskazał ręką kierunek.
- Cholera - Zaklął rycerz.- Mnie to się kurwa szczęści. Jak nie baba, która chłopów nie lubi, to sierota, która za serce łapie i puścić nie chce, a teraz te dwie gdzieś porwali – Miała rację starucha, lepiej przyszłości nie znać, bo kto kurwa zdrowy na rozumie będąc, takich niespodzianek nie lubi. Psia ją mać. - Wkurzony okrutnie krążył przez chwilę w kółko. Wreszcie oprzytomniał. Skrzyknął chłopów co z nim byli.
- Ratujcie ludzi i zwierzęta, których banda nie porwała. Nie próbujcie gasić palących się już chałup. Susza tego lata jak nigdy, nie dacie rady. Lejcie wodę na te ogniem jeszcze nie zajęte. Ja ruszę za bandytami ludzi odbić.
- Waszmość przyrzeknijcie, że nie tylko po swoich pójdziecie, ale i o naszych pomyślicie – Prosząc, zagadał do niego wójt ze łzami w oczach
- Przysięgam na mój honor, że ludzi, którzy mnie obcego ugościli jak swojego, na zatracenie okrutnikom nie zostawię .- Stanowczo stwierdził Birkart, patrząc z determinacją w oczy pierwszemu pośród chłopów. Klepnął go po ramieniu i pędem ruszył za śladami więziennych furmanek.
*
Dzikie wrzaski przerażenia i lamenty gwałconych kobiet, zbudziły kapłankę z głębokiego snu. Gdy tylko do jaźni jako takiej przyszła, schwyciła magiczną laskę i na dwór przed chałupę wybiegła. Pożoga, zamieszanie i ludzkie nieszczęście zobaczyła, co ją na chwilę z równowagi wytraciło. Nie zdążyła nawet wykastować korony, bo wprost pod konia się dostała. Potrącona przez jeźdźca, na ziemię bez przytomności padła. Sunny doskoczyła do niej za głowę ujmując, lecz silne męskie ramiona schwyciły ją, od Ellen brutalnie odciągnęły i do wozu wepchnęły. Nie na długo wszak rozłączone zostały. Zaraz bowiem ten sam barbarzyńca wrzucił tam bez ceregieli nieprzytomną kapłankę.
- Związać jej ręce - zakomenderował donośnym głosem jeździec, który Ellen koniem celowo potracił.- Kapłanka to lub mag. Pilnować jej jak oka w głowie. Moja ci ona jest, zrozumiano? Nikt jej tknąć bez pozwolenia nie może.- Dodał władczo.
Sunny w wozie ułożyła sobie jej głowę na kolanach. Cały czas obejmowała jej twarz drobnymi raczkami i tuliła, nucąc pieśni, których kapłanka nauczyła ją jeszcze w rodzinnej chacie.
Ellen odzyskała świadomość, gdy już jakiś czas podążali wolno traktem i ognień z palonych domostw nie był już widoczny
- Wreszcie do przytomności doszłaś Ellen. Tak się cieszę, że bogowie mnie wysłuchali.- Kapłanka zobaczyła nad sobą znajomą ładną buźkę dziewczynki, która do niej cieniutkim głosikiem przemawiała.
- Co się stało?- Zapytała skołowana jeszcze, chcąc odruchowo złapać się za głowę, lecz skrępowane z tyłu ręce, nie pozwoliły jej na to.
- Dzika banda jakowaś na wioskę napadła, ludzi w niewole biorąc. Straszne rzeczy robili ci zbójcy. Ale ty się nie martw. Jak tylko Birkart wróci, gdy już bestię na bagnach utłucze, to im pokaże. –Sunny powiedziała to z absolutnym przekonaniem, kiwając głową na znak potwierdzenia.
- Powiem ci coś dziecko i zapamiętaj sobie to na całe życie. Nie wierz nigdy mężczyźnie, taką radę ci dam. Zawsze jak są najbardziej potrzebni, to ich nie ma. Oni potrafią tylko bez umiaru okowitę pić, dziewki bałamucić, albo majątek w kości tracić, ale ci wcale nie są najgorsi. Wiedz, że są jeszcze podlejsze indywidua na tym świecie. – odparła smutno kapłanka
- Birkart jest inny. Wyzwoli nas. Przekonasz się jeszcze co do niego i mu zaufasz jak ja.-Mała powiedziała to uroczyście, nie powstrzymując już napływających potokiem łez.- Przyjdzie po nas, mocno w niego wierzę.- Pochlipywała, zaciągając się od płaczu. - Nie zostawi nas samych na pastwę tych zbirów - Ocierała co rusz mokrą twarzyczkę ubłoconą rączką, rozmazując tylko brud po policzkach.
- On taki sam jak inni, tylko bardziej szalony, bezczelny i złośliwy.- Ellen spojrzała na dziewczynkę i zmarszczyła surowo brwi - Sunny nie mazgaj się już więcej. Wiem, że przyjdzie, tylko spróbował by nie.- Dodała zadziornie uśmiechając się do małej.
*
Oddalająca się kawalkada z niewolnikami nie miała wielkiej przewagi nad rycerzem. Bandyci nie spodziewali się ze strony chłopstwa odwetu, więc jechali spokojnie tym bardziej, że wozy pełne mieli i mułom ciężko było je ciągnąć. Z tej też przyczyny traktu trzymać się musieli, bo z takim obciążeniem po leśnych duktach nie dali by rady jechać. Birkart analizował sytuację, oglądając uważnie zostawione ślady. Martwił się bowiem, że mogą schwytanych powiązać i piechotą przez las puścić. Sunny była osłabiona jeszcze i ostawać w tyle by mogła, co skutkowało by jej niechybną śmiercią. Po południu dostrzegł ich w oddali i śledził do zmroku. Rozbili się obozem na rozległej polanie. Wodzowi rozstawili obszerny namiot. Naliczył dwudziestu bandziorów. Głownie barbarzyńców, ale dostrzegł kilku assasinów i co najmniej jednego szamana. Sam herszt chyba siepaczem był, bo sztylet z krótkim mieczem skrzyżowane na plecach nosił. Człek ten był niewielkiej postury. Siwe skronie i zmarszczki głębokie na twarzy świadczyć by mogły, że ów osobnik w latach był nieco posunięty, i z pewnością dobijał co najmniej do pięćdziesiątki. Oczy miał nadal bystre i przebiegłe, przed którymi nic ukryć się nie mogło. Jednak wyhodował spory brzuszek, który niedbale pod tuniką maskował. Posłuch jednak wśród kamratów miał wielki. Świadczyło to najdobitniej, że najlepszy z nich był, bo takie bandy często zmieniały przywódców. Komu się wodza zadźgać udało, dowództwo i dobra przejmował, rozkazując reszcie. Obóz zorganizowany był po żołniersku, szef bandy musiał pewnikiem w wojsku przez jakiś czas służyć. Przytomnie warty rozstawił. Okowity zabronił pić. Pojmanych w drewnianych klatkach nakazał pilnować. Na posterunkach, pod groźbą chłosty, drzemania zakazał. Na każdy wóz po parze wartowników przydzielił, którzy się mieli w nocy między sobą pomieniać. Przed swoim namiotem strażnika postawił, który pewnikiem pilnował dóbr i kosztowności nie tylko na wieśniakach złupionych. Ową jurtę w centralnym punkcie posadowili. Birkart wykoncypował jednak sposób, jak się do niej podkraść będąc niezauważonym. Po wieczerzy szef udał się na spoczynek. Przedtem jednak kazał sobie do siebie dziewkę sprowadzić. Rycerz nawet nie musiał zgadywać, którą to dziewoję sobie wódz upatrzył. Gdy tylko strażnik mający wokół obozowiska krążyć, odszedł dalej, chyłkiem do namiotu dowódcy się podkradł. Z wyczuciem przeciął poszycie w tylnej jego części. Dobrze, że mężczyzna będąc ogromnie podnieconym, z ubrań się gorączkowo rozdziewał i w szale pożądania prucia materiału nie usłyszał. Naga kapłanka każdego by o palpitacje serca przyprawiła. Spolegliwie leżała, zakneblowana. Za ręce i nogi przytroczona była do trzech palików w ziemie wbitych. Watażka będąc już zupełnie gołym, z wielka ochotą na uzdrowicielkę się położył, aby szybko swej ogromnej chuci ulżyć. Birkart wyczekał do tego momentu, by znienacka uderzyć. Posłużył się sztyletem o wąskim, długim ostrzu z piękną jadeitową ozdobną rączką, który leżał na rozkładanym drewnianym stoliku opodal. Zadał śmiertelny cios, wpychając ostrze przez ucho w głąb czaszki. Niedoszły gwałciciel nawet nie sapnął i w momencie martwy na dziewczynie zastygł. Zwalił go z Ellen. Rozciął jej więzy i knebel z ust wyjął.
- Nie spieszno ci było co? - Szepnęła, wkurzona kapłanka, ubierając się pospiesznie.
Birkart nie słuchał jej, uważnie obracając i badając w dłoniach krótki miecz, bladą magiczną poświatą emanujący, który bandzior obok sztyletu przed chędożeniem odłożył.
- Ładna sztuka, chyba go sobie wezmę, przyda mi się. W rogu chyba twoja laska stoi, jeśli mnie wzrok nie myli. - szepnął cicho. Po czym zaczął przeszukiwać ubrania herszta, gdzie znalazł pełny trzosik złotem wypełniony.- Weź, uczciwie zarobiłaś - Podał kobiecie mieszek spoglądając jej w oczy z ironicznym rozbawieniem. - Takiej wściekłej jeszcze jej nie widział. Zmarszczyła czoło i z błyskawicami w oczach szepnęła
- Odbijemy Sunny i się pożegnamy chłoptasiu. Na zawsze. A to złoto sobie głęboko w żyć wsadź. - odpyskowała wściekła.
- Tobie się należy, ale jak nie chcesz, to ja zachowam jako łup wojenny. Pozwolisz, że i ten magiczny pierścień sobie też pożyczę i z palucha ściągnę, czy ewentualnie reflektujesz skarbie? Nie? I tak za duży na twoje smukłe paluszki. - Po czym zaczął głośno jęczeć, sapać i zawodzić udając rozkosz wielką.
- Co robisz zboczony kmiocie? - Szepnęła zaskoczona i zgorszona.
- Udaję, że się kochamy. Nie słychać? - Szepnął rozbawiony.
- Wiedziałam żeś dziwny, pokręcony i zdeprawowany, ale to przechodzi wszelkie granice przyzwoitości. Brzydzę się tobą. - Prychnęła.
- Dobra, a teraz zawołaj tego strażnika przed namiotem.- Szepnął - Powiedz, że pan wykitował bo muszę nowy miecz wypróbować.
- Ojejku, z panem coś niedobrze. - Głośno zaskowyczała dziewczyna, udając przerażenie.
Poły namiotu rozchyliły się i wparował zaalarmowany ochroniarz, mocno zaskoczony krzykiem dziewczyny. Własnoręcznie ją przecież zakneblował, co by uroku jakiegoś strasznego na wodza nie rzuciła. Nadział się zaraz na obnażone ostrze byłego szefa, dzierżone teraz w mocnej dłoni Birkarta. Rycerz wyciągnął szybko klingę i podtrzymał upadające zwłoki. Obszukał je szybko, pozbawiając sakiewki. Niczego wartościowego więcej nie znalazł.
- Dobra jest, przebiorę się za herszta i pójdziemy po małą.- Wyjrzał przez szparę namiotu i zastygł na moment. W jego stronę bowiem szła grupa kłócących się bandytów.- Cholera musimy wiać. Chyba jakaś delegacja się zbliża.- Przebiegł na drugą stronę namiotu i wyjrzał ostrożnie, chcąc zlokalizować ruchomego wartownika. Na szczęście oddalał się od nich, niczego nie podejrzewając. Wyszli ukradkiem i podążyli za nim cicho. Biedak nie cierpiał długo przyszpilony mieczem od tyłu. Zrobili koło, zacierając za sobą ślady i usadowili się na drzewach w pobliżu wozów. Rwetes się podniósł wielki, gdy opryszki stwierdziły, że wódz ich odszedł w zaświaty, a niewolnica zniknęła. Władze przejął gruby barbarzyńca, który szybko dwójkowe patrole wysłał w poszukiwaniu uciekinierki. Jednak po nocy niczego nie znaleźli Gdy wszyscy z niczym wrócili, podwoił jeno warty, a reszcie kazał położyć się spać. Sam zajął jurtę byłego dowódcy. Do rana Birkart utłukł jeszcze dwóch strażników, którzy za potrzebą w las poszli.
Rano przeliczono oddział i gdy stwierdzono brak następnych ludzi, ponownie przeszukano obóz. Tropicie w mig poznali, że dziewczyna sama nie uciekła, lecz miała pomocnika. Niespodziewanie nowy przywódca zarządził niezwłoczny wymarsz.
- Dlaczego nas nie ścigają? - Zapytała zdziwiona kapłanka.
- Po co? Sami wpadniemy w ich ręce. Jak byśmy chcieli tylko uciec, to nie zginęli by następni wartownicy. Wiedzą, że albo chcemy wszystkich uwolnić, albo zależy nam na, którymś z więźniów i będziemy za nimi podążać.
- To co zrobimy? - Zapytała zdumiona.
- Pogramy z nimi na tyle, na ile nam pozwolą. Zresztą nie mamy wyjścia.- Rzekł bez przekonania Birkart.
- Chcesz dać się złapać? - Zapytała przestraszona tą perspektywą.
- Chyba tak. Liczę na ciebie skarbie. Myślę, że mnie samego nie zostawisz, choć wspominałaś w namiocie, że jednak chcesz to uczynić. Pewności więc mieć nie mogę. Jednak zaryzykuję, bo dobrze ci z oczu patrzy.
- Chyba nie chcesz się z nimi wszystkimi bić? To niedorzeczne. - Stwierdziła z wyraźnym wahaniem w głosie.
- Dlaczego? Porywając ciebie i Sunny, ustawili się w kolejce do świata zmarłych. Wybiję ich co do jednego.- Wysyczał przez zęby, nie zostawiając kapłance złudzeń, że mówi poważnie.
- Ty jesteś szalony i rozum ci odjęło. Tu trzeba fortel jakowyś obmyślić, by Sunny uwolnić i uciec.-Powiedziała z przejęciem.
- Nie tylko małą, choć ona bezsprzecznie najważniejsza jest, ale i wszystkich uwolnić muszę. Zlecenie od wójta przyjąłem, a trzeciego prawa mojego osobistego kodeksu nie zwykłem łamać.-Dodał dobitnie.
- Trzeciego? Znaczy...... dotrzymujesz zobowiązań tak? ....Hę?....- Zastanawiała się, by po chwili zapytać z zaciekawieniem. - Co jest na pierwszym miejscu w twoim specyficznym, etycznym wyznaczniku postępowania najemny żołnierzyku?- Uśmiechnęła jawnie pokpiwając sobie z niego.
- Każdy ma swoje tajemnice. Ja się ciebie na nie pytam, kto cię magicznie uciszył, w jakim celu i za co, ani nawet dlaczego ci tak spieszno, by owe rachunki wyrównać.
Dziewczynę zatkało na chwilę, a gdy spojrzał na nią ostro, wzrok odwróciła zmieszana, nic już więcej mówiąc.
Cdn.


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: Opowieści z Hyborii
PostNapisane: 3 gru 2010, o 19:08 
Offline
Recruit
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 24 wrz 2010, o 09:35
Posty: 30
***
Tabor z więźniami oddalił się szybko, zostawiając za sobą wzniecony kurz. Birkart zszedł z drzewa i wyciągnął się wygodnie na trawie w cieniu i zaczął sposobić się do snu.
- Myślałam, że ścigać ich będziemy? - Zapytała oburzona kapłanka lekceważącą i nonszalancką postawą rycerza.
- Jak nie chce ci się spać, to przynieś coś do zjedzenia. Może jagód trochę narwiesz albo malin? Muszę się zdrzemnąć chwilkę, bo z sił opadnę zupełnie, nie spałem blisko dwie doby. Obudź mnie gdy słońce zbliży się do południa. - Zasnął natychmiast. Dawno temu nabył przydatnej na szlaku, żołnierskiej umiejętności spania o każdej porze i praktycznie w każdych warunkach. Nie straszny mu był ani deszcz padający za kołnierz, mroźny wicher, który do ucha zawiewa i zajadle świszczy, czy nawet burczący brzuch pilnie domagający się jedzenia.
Kapłanka mimowolnie wzruszyła ramionami w odruchu biernej akceptacji. Po chwili w bór nieprzebyty się skierowała. Zwykle niewiele jedzenia potrzebowała, jadła nad wyraz skromnie, by figurę dobrą utrzymać i kondycji nie stracić, a i jasność umysłu mieć tak ważną w jej profesji. Domyślała się jednak, że Birkart, który żarł jak smok, a też nic w ustach od dawna nie miał, pewnie był strasznie złakniony. Obudziła go przed południem. Tylko dwie garści jeżyn zdołała uskubać. Zjadł to w milczeniu nawet nie dziękując.
- Plan jest taki. - Zaczął rycerz. - Ja pójdę traktem, trzymając się prawej strony, tej która jest bliżej lasu. Ty przeciskasz się za mną w odległości dwudziestu kroków, w puszczy między krzakami się kryjąc. Staraj się trzymać nieco z tyłu. Nie strać mnie z widoku, bo od tego zależy czy przeżyję i czy małą wspólnie odbijemy. Zrozumiałaś?
- To wprost w pułapkę się pchasz. Sam mówiłeś, że czekać będą. - Stwierdziła lekko zaniepokojona.
- Tak, w pięciu lub sześciu. Tylu dam radę. Oczywiście z twoją pomocą. - Uśmiechnął się do niej butnie szczerząc zęby.
- Wysoko siebie cenisz. Znałam ja wielu takich co tak jak ty, przechwałkami się szczycili i dawno już ziemię gryzą. - Powątpiewała, patrząc z niedowierzaniem na rycerza. - Bufonem jesteś i samochwałą. To zaprawieni w boju assasini i barbarzyńcy, nie jakieś półdzikie kreatury - dodała.
- Czasu szkoda na czczą paplaninę. Ruszamy. - Zakończył na tym złośliwą alokucję Ellen.
*
Późnym wieczorem gdy słońce za horyzontem się już chowało, poczuł jakby dreszcz go nagły przeszedł. Zbliżał się właśnie do dużego głazu, który obok drogi stał. Mocniej ścisnął swój nowy miecz, a tarczę świeżo naprawioną u kowala w wiosce, do siebie przycisnął. Gdy usłyszał świst strzały pędem ruszył do dążąc zwarcia. Lecące lotki tarczą lub mieczem zbijał. Na łuczników się kierował. Jednego dopadł szybko, gdy ten odrzucał łuk i po rapier nerwowo sięgał. Tłuścioch za wolny był i zginął na miejscu. Birkart przekoziołkował natychmiast w przód, bo czuł, że ma na plecach resztę zgrai. Odwrócił się i puścił się na nich szarżą, w osłupienie ich wprowadzając. Młodzieńca, co najbardziej zaskoczony był, chlasnął przez twarz. Sam zginął by wtedy niechybnie, gdyby nie kapłanka, która do akcji się włączyła i magiczne moce uruchomiła. Pozwoliło mu to szybko się pozbierać, pozycję prawidłową przyjąć i ponownie zaatakować. Ciął po skosie jednych, od drugich tarczą się zgrabnie zasłaniając. Gdy wyczuł na plecach swoich, że assasin mu się do tyłka dobiera, zrobił rzecz karkołomną i zaskakującą. Na głaz naskoczył i fikołka do tyłu w powietrzu wykonał, lądując za siepaczem. Wykonał szybki sztych w plecy zabójcy, eliminując najgroźniejszego przeciwnika. Chwilowe zaskoczenie bandy nie trwało jednak długo. Pozostali przy życiu, rzucili się na niego całą czeredą, ale już tylko trzech ich zostało. Zwodził ich pozorując atak, ale głównie na zwłokę liczył. Parował głównie nieśmiało atakujących bandytów, cofając się nieznacznie. Wyczekiwał okazji do ostatecznego rozstrzygnięcia, gdy siła kapłańskich piorunów osłabi ich znacznie lub spowolni. Gdy jeden z porażonych, odskoczył i na niewiastę się rzucił, dopadł go w oka mgnieniu rozpłatając mu plecy na całej szerokości. Zdążył się jeszcze obrócić, by jeden cios innego barbarzyńcy zbić. Następnego by nie uniknął, albowiem ten drugi napastnik w tym samym czasie wykonał pchnięcie w odsłonięty bok Birkarta. Rycerz odruchowo zdążył tylko powietrza nabrać, bo już niemalże czuł jak mu się zimne żelazo we wnętrzności wbija. Lecz bandyta nagle zastygł w elektrycznym objęciu i tylko zwęglone piorunem zwłoki po nim zostały. Ostatniego gagatka gonić musiał, bo ten przerażony ucieczką się salwował.
- Gadaj szumowino, czy jeszcze jakaś pułapka na nas czeka? - Zakrzyknął do bladego jak kreda ostatniego z szóstki napastników.
- Daruj życie waćpań, nikt nie czeka, do Voran Village idą, a potem do siedziby naszej w Roost Bowl. Drest kazał nam od razu do warowni wracać z kapłanką, jakby udało się ją żywcem pochwycić.
- Grzeczny chłopiec. - Uśmiechnął się Birkart przekłuwając serce i spoglądając w przerażone i rozszerzone ze zdziwienia źrenice chłopaka.
- Poddał się. - Rzekła kapłanka zgorszona widokiem. - Dlaczego jesteś taki okrutny?
- Dlatego zginał szybko.- Odparł wycierając krwią utytłane ostrze tuniką drgającego jeszcze w konwulsjach młodzieńca.
- Nie znasz uczucia litości? - Pogardliwie zagadnęła.
- Nie dla morderców i szubrawców, co na bezbronnych wieśniaków napadają, paląc i gwałcąc kogo zechcą. Ja jestem tutaj katem i sędzią. W tym dzikim kraju ja decyduję kto żyw będzie, a kto z Cromem ma się witać w zaświatach.
- Nie pochwalam tego. - Każdemu trzeba szansę dać, by się zmienił, może ten chłopak wyjścia nie miał i przymuszony był do bandy dołączyć - kontynuowała nieprzekonana kapłanka.
- Ja się ciebie nie pytam, czy na to zgodę dajesz. Takich moralnych rozterek w ogóle nie rozważam. Kto mi kobietę gwałtem bierze i dziecko porywa, to zabijam go jak psa wściekłego i litości nad nim nie mam żadnej - Syknął kończąc debatę.
Po czym dokładnie obszukał napastników, sakiewki im zabierając. Znalazł kilka kromek chleba nad ogniem opalonego i osełkę żółtego sera. Żywność na dwie równe cześć podzielił. Zjedli w milczeniu. Następnie rzekł.
- Idziemy przez puszczę na skróty, do następnej wioski. Może uda się nam ocalić niektórych wieśniaków przed litościwymi bandytami. - Prychnął ze złości, ironizując złośliwie idealistyczne kapłańskie skrupuły. Dalej szli w milczeniu. Gdy było już dobrze po północy, nagle zagadał do Ellen.
- Ilu jeszcze zostało kapłanko, wiesz może, bo ja nieuczony i w rachubie słabowity jestem? - Zapytał bezczelnie żartując.
- Dziewięciu według moich obliczeń.- Oparła pewnie dziewczyna, nie dając po sobie znać, że ją to ubodło.
- O proszę! Stygijki oprócz wrodzonej zdolności do uwodzenia i flirtowania, w rachunkach też brylują. No ale kto liczyć nie umie w tych ciężkich czasach, biedny i głodny chodzi.- Zaśmiał się sarkastycznie.
- To, że moje krajanki najlepsze burdele prowadzą, nie świadczy, że wszystkie rozwiązłe jesteśmy. -Odparowała zachowując rezon, wyczuwszy szyderstwo w głosie rycerza.
- Co ty powiesz? Słyszałem, że kobiety twojego pokroju, to najgorsze lafiryndy i rajfury są, a do tego zazdrosne o swoje kobiety, jak rzadko który mąż o żonę.- Prowokował dalej rycerz.
- Nie będę zniżała się do takiego poziomu dyskusji. Powiem tylko, że nie wiesz o czym mówisz. Powtarzasz plotki najpewniej zrodzone w chorych umysłach zawistnych, zawiedzionych niedostępnością moich sióstr mężczyzn, którzy te szkalujące brednie wymyślają.
- Mam nadzieję, że Sunny na normalną kobitkę wyrośnie. Dlatego odciążę cię i przygarnę ją, wolną rękę ci dając. Jeszcze mi dziecko zdeprawujesz i na drogę sprzeczną z jego z naturą wyprowadzisz. - Dodał z wyraźną odrazą.
- Dziewczynki ci nie oddam, niewyżyty prostaku. Miłością i dobrem ją otoczę, a nie barbarzyństwem, wyuzdaniem i okrucieństwem. - Krzyknęła ze złością.
Zatrzymał się i tocząc pianę z ust warknął złowieszczo.
- Ty bezrozumna, ciemna, zdziwaczała i na rozumie szwankująca kobieto! Gdybym go wolno puścił to by prosto do swoich poleciał, ostrzec ich. Litość i wspaniałomyślność trzeba okazywać tam, gdzie ją można bez szkody dla siebie i innych wyrażać. Ten młokos razem z innymi podrzynał gardła, zabijał starców i dzieci niezdolne do pracy dla żartu, żeby swym kompanom bestialstwem zaimponować. To bezduszne pozbawione żadnych cywilizowanych norm indywiduum, które tylko w obliczu śmierci powie, co zechcesz usłyszeć. Skomle o życie zamiast wykazać się odrobiną honoru ginąc w uczciwej walce. - Dyszał z wściekłości i rozgoryczenia, wyżywając się na dziewczynie, która przed nim stała jak wryta i patrzyła z bólem, łzy powstrzymując skutecznie. Gdy przytomnie spojrzał na jej cierpienie, opamiętał się. Serce mu się boleśnie zrazu z żalu ścisnęło, i aż tak go zatkało, że na chwilę pobladł srodze na twarzy. - Sunny zadecyduje z kim chce być - Zakończył. Wyminął ją i przyspieszył kroku.
*
Dochodząc do wioski płomienie z daleka zobaczyli. Biegiem się oboje puścili. Birkart jak natchniony, niesiony gniewem, poczuciem krzywdy nad złośliwością losu, rzucił się wir walki, zrzucając z koni napastników i tnąc mieczem bez litości. Skakał śmiało między trzech napastników. Kapłanka dzielnie mu wtórowała, nie opuszczając go nawet na krok. Gdy tylko jakiś assasin go z tyłu zaszedł, rażony piorunem był natychmiast. Bandyci szybko zorientowali się, że kąśliwe ataki kapłanki sprawiają im najwięcej szkód i na niej właśnie skoncentrowali swój atak. Birkart gdy mu odpuścili i na kapłankę pobiegli, w amok wpadł. Dał upust swojej dzikiej furii. Ellen wycofywała się wolno tyłem, głównie wtedy lecząc i siebie i jego, albowiem przez chwilę miała na sobie czterech barbarzyńców. Rycerz mając ich tyłem, dwóch usiekł szybko. Jednego zabiła kapłanka, lecz ostatni się sprytnie wywinął. Był to nowy herszt dzikiej zgrai wyjętych spod prawa łowców niewolników. Znaczna nadwaga dawała mu się jednak we znaki, bo sapał głośno. Birkart nie dawał mu odetchnąć, jak wściekła osa atakował nieustannie. Mimo, że bandyta sprawny był i parował większość uderzeń, zaczął jednak szybko tracić siły. Począł się gorączkowo rozglądać, szukając sposobności do rejterady. Templar tylko się uśmiechnął, widząc coraz większą nerwowość w ruchach i na twarzy osaczonego zbója. Gdy nagły piorun kapłanki oszołomił bandytę, Birkart wbił mu w trzewia swój miecz. Złapał potem mocno za kark i patrząc prosto w twarz, wepchnął ostrze po jelec. Puścił go dopiero, gdy zobaczył, że oczy mgłą zaszły, a z ust spieniona posoka pociekła. Obszukał potem sprawnie ciało w poszukiwaniu kluczy. Gdy jatka dobiegła końca, okoliczni wieśniacy na kolana popadali. Dziękczynne modlitwy wznosili do Croma, że oto pojawili się obrońcy i uciśnionych od zagłady uchronili. Rycerz po krótkim odsapnięciu, zlokalizował wozy z niewolnikami i do nich się szybkim krokiem udał. Otworzył kłódki i usunął łańcuchy, uwalniając więźniów. Sunny płacząc ze szczęścia, widząc swojego wybawcę, rzuciła się w ramiona zmęczonego walką rycerza.
- Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz. - Łkała mu gdy do piersi ją tulił. Odgarnął jej zlepione włosy z twarzy i pocałował w czoło.
- Chociaż ty jedna we mnie wierzysz - Odparł smutno. Przekazał dziewczynkę stojącej za nim Ellen, nawet na nią nie patrząc. Był ciągle zły, że za strasznego okrutnika go wzięła, pozbawionego ludzkich uczuć, a on przecie tylko pragmatyczny był i w swoim pojmowaniu sprawiedliwy nawet. Połapał wszystkie rozbiegnięte i spłoszone konie bandytów. Postanowił zabrać je ze sobą. Kazał przyprowadzić do siebie wójta wioski Voran Village, a gdy ten niezwłocznie przybiegł, rzekł mu krótko.
- Wszystkie złoto, które przy bandytach znajdziecie na dwie części macie podzielić. Głową za to odpowiadasz, żadnego szalbierstwa i grabienia zwłok przez tłuszczę. Pojąłeś?! - Zamilczał na chwilę dając czas na zrozumienie i przetrawienie jego słów. Przerażony chłop milczał, ściskając nerwowo czapkę w dłoniach. - Połowa do ciebie trafi i ty nią rozdysponujesz pomiędzy ludzi, którzy na napaści najbardziej ucierpieli. Drugą zabierzemy ze sobą.
- Waszmość panie, dobrodzieju kochany, zbawco wszystkie złoto się waszmości należy jako łup wojenny. My som i tak dozgonnie wdzięczni, że za nas karku nadstawiałeś, ratując przed śmiercią i niewolą.
- Rezygnuję z części mojego prawa. Połowa jest wasza. - Wójt do ręki przypadł chcąc ucałować szlachetnego pana. Birkart rękę usunął i chłopa uniósł, do pionu stawiając i ponownie rzekł.
- Nie jestem żadnym dobrodziejem ani zbawcą, jeno najemnym żołnierzykiem, niczym więcej. - I odszedł. Ellen, która trzymała na rękach tulącą się do niej Sunny, zagryzła tylko wargi.
Wracali jadąc traktem i eskortując bezpiecznie pojmanych przez bandytów wieśniaków do ich rodzinnej wioski. Gdy przybyli na miejsce następnego dnia wieczorem, podziękowaniom i wdzięczności nie było końca. Birkat wręczył porządny trzosik pełen złotych monet wójtowi. Znał się na ludziach i wiedział, że wójt nie roztrwoni majątku, ale ludziom pomoże i wieś odbuduje. Poczciwy był bowiem z niego człowiek. Noc spędzili w spalonej wiosce, śpiąc na sianie w wozach. Przedtem jednak rycerz z nieukrywaną ochotą opróżnił z wieśniakami kilka butli bimbru z jęczmienia pędzonego, do późnej nocy głośno rozprawiając. Rankiem wsiedli na konie machając na pożegnanie wdzięcznym im rolnikom. Birkart prowadził, dziewczynka z kapłanką nieco z tyłu się trzymały. Zatrzymali dla siebie tylko dwa rumaki, resztę przekazał wieśniakom jako kontrybucje za poniesione straty. Gnali do samego zmroku bez długiego odpoczynku, po drodze zatrzymując się ledwie dwa razy i tylko po to, by wierzchowce napoić.
Gdy Ellen przygotowywała wieczerzę, Birkart poprosił do siebie Sunny na stronę.
- Muszę ci coś ważnego rzec kruszynko. Najprzód to, że cię z całego serca ogromnie miłuję. - Mała rzuciła mu się w objęcia, ściskając go czule. - Po drugie. - Zawahał się na chwilę, ale w końcu to wykrztusił z siebie. - Nie możesz dłużej z nami podróżować kochanie, to za bardzo niebezpieczne jest dla dziecka - kontynuował. Dziewczynka odskoczyła jak oparzona. Przestrach malował się jej na twarzy, z trudem powstrzymywała gromadzące się łzy, zagryzając nerwowo wąskie usta.
- Nie chcesz mnie, nie twoja jestem, przybłęda, sierota - szeptała - dlatego pozbyć się chcesz. - Dodała, nie panując już nad głosem.
- Sierotą jesteś, to fakt. Wiesz o tym dobrze, że oboje cię z Ellen szczerze kochamy. Serce by mi pękło, gdy coś ci się stało. Uczyć ci się trzeba szamańskiej sztuki. Zdolności swych zmarnować ci nie wolno i dobrze o tym wiesz. Ja nic nie wiem o uzdrawianiu. Ellen innej wiary jest i też ci zbytnio nie pomoże. Znam wspaniałych i uczciwych ludzi, którzy ci dom i opiekę dobrą dadzą. Nauki będziesz mogła pobierać u szanowanego w okolicy, znamienitego szamana.
- Zrobię co rozkażesz. - Płakała już jak bóbr.
- Jak tak beczysz, to mi się serce kraje i mam poczucie, że krzywdę ci robię, a tylko dobra twego chcę. Obiecuję, a danego słowa nigdy nie łamię, kapłanka może potwierdzić, że jak ci się ludzie ci nie spodobają, to u mnie lub u Ellen zostaniesz.- Wyciągnął ramiona żeby ją przytulić.
- Obiecujesz? - Szepnęła łamiącym się głosem dziewczynka wtulona w niego.
- Przysięgam - Odpowiedział. Spojrzał na Ellen i zdumiał się, bo dziewczyna co chwila łzy z policzków ocierała.
Nie mógł zasnąć, co było do niego niepodobne, głównie przez niewiasty. Mała głośno kwiliła, wiec kapłanka by ją nieco uspokoić, pieśni do ucha jej nuciła. Na koniec obie się pobeczały i musiał się oddalić, bo sam by się w końcu zupełnie rozkleił.
*
Hegon i Meastres wyszli im na spotkanie. Stary szaman niezmiernie rad był, gdy ich w zdrowiu obaczył. Meastres gdy tylko Sunny zobaczyła, rękami twarz zakryła i do domu biegiem pobiegła, nawet się dobrze nie przywitawszy, zdziwienie u wszystkich niejakie wzbudzając.
- Róg się rozpadł, gdy go użyłam tak, że nici z trofeum - zażartowała Ellen.
- Nieistotne, grunt że czar przełamałaś, to się dla mnie liczy. A nagrodę ci i tak wypłacę - Zwrócił się do Birkarta - Bowiem tylko mi na Ellen zależało. Sam przedmiot był tylko pretekstem, byś jej pomógł głos odzyskać.
- Nagrody nie chcę, a pomógłbym i bez tej zachęty. Rozumiem, że nie znając mnie, musieliście sposób wymyślić, aby do tej wyprawy namówić. Wiedz jednak, że nie po to tu przybyliśmy, by o złocie gadać, ale żeby ci tę uroczą dziewczynkę przedstawić.
- A kogoż my tu mamy? - Zagadnął pogodny staruszek, patrząc na śliczną panienkę.
- Jestem Sunny- Przedstawiła się dziewczynka, ładnie dygając przed siwym panem. Spojrzała na Birkarta i szepnęła konfidencjonalnie.
-To oni? - Rycerz kiwnął głową.
Stary patrzył to na niego to, na Ellen nie mogąc się połapać w tych szeptach.
- Dlaczego ta pani uciekła, proszę pana, nie lubi dzieci? - Zapytała dziewczynka zaniepokojonym głosem.
- Ach, to nic. Nie bierz tego do siebie skarbie. Hm... - Zastanowił się chwilkę. Po czym kucając obok Sunny zaczął opowieść.- Dawno temu, kiedy byliśmy jeszcze młodym małżeństwem, długo nie mogliśmy doczekać się potomstwa. Nareszcie po kilku latach udało się i urodziła się nam upragniona córeczka. Daliśmy jej na imię Luna. A to ze względu na szczególne okoliczności, bowiem żona powiła ją w czasie pełni, równo o północy. To była niezwykła dziewczynka. Posiadała magię szczególnego rodzaju, jaką tylko nieliczni w sercu noszą. Każdy kto się do niej zbliżył, choćby nie wiem jak byłby strapiony, od razu dobrego humoru nabierał. Radość życia i wewnętrzne dobro emanowało od niej jak promienie słońca, które mrok oświetlają, tak ona wątpiącym nadzieję dawała. Kochaliśmy ją z żoną nad życie. Gdy miała tyle lat co ty teraz, wybuchła w okolicy epidemia cholery. Jeździłem wtedy po okolicznych siołach i osadach, niosąc ulgę w cierpieniu i pomagając podług swoich zdolności i mocy. Gdy wróciłem do domu, konająca już była i nic nie mogłem zrobić. Umarła mi na rękach z uśmiechem na ustach, bo najbardziej na świecie pragnęła ujrzeć mnie, nim odejdzie do lepszego świata. Tego bez bólu, cierpienia i chorób. Żona po tym zupełnie mi zgasła, jak by jej naraz pół ubyło. Nigdy do końca się nie otrząsnęła i nie pogodziła z jej stratą mimo, że minęło już trzydzieści lat. Gdy tylko widzi dziewczynkę w tym wieku, żałość ją taka za serce chwyta, że pobyć musi w samotności trochę, by dojść do siebie. Nie gniewaj się Sunny, że tak zareagowała, bo to nie jest twoja wina. Dziewczynka objęła szamana za szyję i długo na niej wisiała. Hegon gładził czule jej włosy.
- Tak mi przykro, że jej tu nie ma z wami. - Szeptała, pochlipując i obficie zalewając łzami kołnierz staruszka. Nagle szaman zwrócił wzrok na przyjezdnych. Jakby zaskoczył trybik w jego już nie najmłodszym umyśle. Jedno spojrzenie na Ellen i na minę Birkarta wystarczyło.
- Ja stary już jestem. - Rzekł. - Nie wiem czy dam radę. - Ale im dłużej przytulał dziewczynkę, tym więcej nabierał pewności, że nie tylko podoła, ale znajdzie ukojenie na stare lata w objęciach cudownego dziecka, tego zrządzenia losu, niepojętego daru bogów. Wypełni przeznaczenie i umrze z poczuciem spełnienia i ukończenia misji. Zrealizuje swe odwieczne marzenie, przekazując swoją olbrzymią wiedzę następnemu pokoleniu.
- Szamani są na ogół długowieczni, nie to co prości rycerze, a dziewczynka... - Zasugerował rycerz.
- Wiem, uzdolniona jest i moc ma wielką, większą od mojej. Będzie potężną szamanką. - Wszedł w słowo Hegon. Uśmiechnął się do malej, odsuwając ją delikatnie i patrząc na załzawioną buzię. - Mnie już oczarowałaś skarbie i natchnęłaś nadzieją na przyszłość.
- Nauczysz mnie walczyć z plagami i chorobami, co ludzi trapią śmierć im przynosząc? - Zapytała z nadzieją w głosie.
- Nauczę cię tego i wiele innych przydatnych rzeczy, które każdemu człowiekowi w potrzebie będziesz mogła darować, skarbeńko. – szepnął, uśmiechając się do niej stary szaman.
Dziewczynka puściła go i otarła łzy. Spojrzała na Ellen i rycerza. Westchnęła rzewnie i wolnym krokiem skierowała się do chałupy. Gdy tylko przekroczyła próg, podreptała w kierunku starszej kobiety.
- Jak chcesz dostać jeść, to ręce porządnie wyszoruj.- Odezwała się sucho kobieta, nie odwracając się nawet do dziewczynki i mieszając coś z uwagą w kotle.
- Dobrze proszę pani.- Odpowiedziała grzecznie i już chciała wrócić, ale zatrzymała się jeszcze.
- Na co jeszcze czekasz? Zawołaj pozostałych proszę, wieczerza gotowa. - Rozkazała twardo Meastres. Dziewczynka stała dalej przestraszona, przełknęła głośno ślinę i słabym niepewnym głosem zaczęła recytować przygotowaną wcześniej w myślach przemowę.
- Mam na imię Sunny. Jestem sierotą. Rodzice umarli niedawno. Wszyscy naraz okrutną chorobą porażeni odeszli, tylko ja cudem przeżyłam. A to tylko dzięki Ellen, która śmierci mnie wyrwała… Moich wybawców od razu pokochałam, bardzo ich…, ale nie mogę z nimi być.... Teraz nie mam się gdzie podziać. - Głos zrazu niepewny, zaczął się jej załamywać, ale dzielnie walczyła, by nie okazać słabości, która przyszłej kapłance nie przystoi - Birkart przywiózł mnie tutaj w nadziei.....Ale wiem, że....Hegon mi wszystko opowiedział... - Starsza pani upuściła warzechę i odwróciła się do dziewczynki. Westchnęła. Otarła łzę, która jej się gdzieś pod powieką zawieruszyła. Podeszła do dziewczynki i wzięła ją za rączkę i powiedziała.
- Choć coś ci pokażę.- Weszły po schodach na górę. Otworzyła pierwszą izbę po prawej. Była odświętnie wysprzątana. Po środku niej stało porządne, zbite ale niezbyt duże, proste łóżko. Poduszki ułożono w śmieszną wysoką piramidkę. Słomiany, dobrze nabity materac, przykryty był haftowaną narzutą w różnokolorowe kwadraty. Na nim, oparta o puchowe poduchy, leżała duża szmaciana lalka, ubrana w czerwonawą sukienkę. Poza tym w pokoju przy ścianie ustawiono masywny kredens na bieliznę i niewielką szafę na ubrania. W kącie po oknem znajdował się wspaniały drewniany konik na wielkich wygiętych fikuśnie biegunach.
- Ojej jak tu pięknie. - Wyrwało się dziewczynce.
- To był pokój Luny, a od dziś będzie twój. - Powiedziała niepewnym głosem Meastres.
- To znaczy, że się pani zgadza, bym u was została? - Wyszeptała Sunny wzruszona i oczarowana tą wspaniałą izbą.
- Mąż by mi do końca życia nie darował, gdym cię sierotę odesłała, ulegając starym sentymentom. Czas zdusić w sobie tęsknotę i pozwolić jej wreszcie odfrunąć za morza. - Uśmiechnęła się blado. - Masz ładne imię skarbie.
- Tata mi takie wymyślił, bo ponoć w słoneczny dzień i to w samo południe się urodziłam.
Meastres pokiwała tylko głową, jakby te słowa były tylko potwierdzeniem kiełkującego domysłu, znaku, przeczucia. To nie mógł być zwykły przypadek, tu działały niepojęte przez ludzi siły przeznaczenia i determinacji, spełniało się odwieczne fatum człowieczego losu. Po raz pierwszy od śmierci córki poczuła, że znów naprawdę żyje, ciemne zasłony chmur się rozstąpiły i wyjrzało słońce. Wreszcie była gotowa, żeby przyjąć z ufnością miłość tego dziecka, a co najważniejsze gotowa żeby obdarzyć ją swoją. Chciała krzyczeć ze szczęścia, bowiem rozpierała ją wewnętrzna radość.
Wrzasnęła, gdy nagle poczuła swąd przypalającego się na dole mięsnego wywaru.

Cdn.

P.S.
Ta historia do końca jeszcze nie wybrzmiała, ale jak wspomniałem na wstępie, pamięć mnie na stare lata zawodzi. Gdy będzie taka Wasza wola, to postaram się przypomnieć sobie, jak dalej potoczyły się losy dzielnego Birkarta i honorowej Ellen.


Góra
 Zobacz profil  
 

Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 9 ] 

Nie możesz rozpoczynać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group