|
*** Będąc już od kilku dni na szlaku, Birkart ukradkiem obserwował dziewczynę. Szli piechotą mając ze sobą jedynie absolutnie niezbędnie rzeczy. Mimo, że wytyczona jeszcze u Hegona w chałupie trasa była trudna, stygijka świetnie dawała sobie radę. Przyjmując zlecenie miał niejakie wątpliwości, czy ciążyć mu zanadto nie będzie. Okazało się, że bez problemów za nim nadążała. Jej milczenie nawet przyjemnym mu się zdawało. Nie przepadał bowiem, za stale trajkoczącymi babami. Z rosnącym niepokojem zauważał jednak różnicę w jej zachowaniu. Stała się pewna siebie, dumna i niezależna. Odważnie patrzyła mu w oczy, nawet z lekką nutą lekceważenia, żeby nie powiedzieć pewnej arystokratycznej wyniosłości. Deprymowało go to bardzo. Bezczelnością i brawurą starał się maskować swoją wrodzoną nieśmiałość, szczególnie wobec płci pięknej. Reagował zawsze w jeden sposób na piękne kobiety, które go uwiodły, lub mimowolnie uległ ich czarowi, wpadając w podstępne i lepkie macki miłości. Chował się wtedy jak ślimak do swojej skorupy. Z wielką ostrożnością wystawiając jeno jakby czułki, którymi okoliczny teren badał. Brakowało mu bardzo tej potulnej, przestraszonej i skazanej na jego autorytarną władzę, zagubionej w lesie dziewczynki. Wczepionej kurczowo w niego, swymi drobnymi, smukłymi palcami. Jakby stanowił jej jedyną i ostateczną obronę, przed okrucieństwem tego światem. Jedynie opiekuńcze klamry jego mocarnych ramion mogły spowodować, że przy nim czuła się ufnie i bezpiecznie. Odwieczny męski imperatyw posiadania na wyłączną własność kobiety-niewolnicy, wstydliwie acz bezlitośnie kluł go w serce. Ta nowa sytuacja była dziwna i wyraźnie nie czuł się z nią komfortowo. Obiecał Hegonowi, że będzie ją traktował po partnersku i żałował tego już podczas pierwszej nocy. Nie rozpalali z ostrożności ognia, a po zapadnięciu zmierzchu zrobiło się przejmująco chłodno. Marzył by tę chwilę spędzić zakopany w skóry i z jej śliczną główką na jego muskularnej piersi. Niestety niewiasta miała inne plany i ani myślała się do niego zbliżać. Wyglądała niezbyt kusząco w tych męskich strojach. Wizerunek chłopczycy wyraźnie jej nie służył. Był co prawda wygodny w podroży, ale wyjątkowo mało pociągający i słabo działający na wyobraźnię. Miał wrażenie, że celowo właśnie taki strój wybrała. Czuł, że mu się wymyka, oddalając się od niego i wybierając obcą mu ścieżkę życia, za którą już nie podąży. Mimo, że doszedł fizycznie do pełni formy, psychicznie czuł się podle. Zobaczył ich zdecydowanie za późno. Wspinając się mozolnie na szczyt, przebijali się właśnie przez rzadki i niski las. Poznał ich od razu. Krępi, szerocy w barach, na krzywych, mocnych nogach, o nieproporcjonalnie wielkich głowach z silnie zaznaczonym czołem, nadającym ich twarzy kretyński wygląd. Ciała pomalowane wapnem, liche skóry zarzucone na piersi. Kanibale. - Cholera – zaklął. Osaczali ich. Za wielu, pomyślał templar, by im mogli we dwójkę dać radę. Dziewczyna dostała od szamana drogą magiczną laskę. Choć oręż sam w sobie dla kapłana był, potężny, to trzeba było wprzódy mieć wiedzę i umiejętności w posługiwaniu się nim w walce. Wszelako najważniejszym jednak było, znać kilka przydatnych ofensywnych zaklęć, choćby i tych najprostszych. Nawet gdyby ta niemowa przypadkiem znała magiczne formuły, co jest rzeczą oczywiście absurdalną, to i tak nie mogła wypowiedzieć ich na głos. Jedyną własnością tej zacnej broni, którą używała od początku wspinaczki, była funkcja podpory. Wspierała się bowiem na niej, niczym na zwykłym badylu. Śmiertelne zagrożenie poruszyło ją i w końcu zobaczył w jej wzroku oprócz przerażenia, chwytające za serce błagalne wołanie - pomóż, nie pozwól by mnie te barbarzyńskie dzikusy dopadły. Przez chwilę Birkart czuł się tym samym panem sytuacji, jakim był przed dotarciem do Conarch Village. Ale było to tylko ulotne mgnienie, ledwie słabiutki oddech znikającego gdzieś w mroźnej tundrze letniego zefirka. Chłodna ocena sytuacji zmusiła go do powrotu do twardych realiów. Ucieczka. Tylko w dół i to jak najszybciej potrafili. Wiedział, że oni tam na nich czekają, ale nie było innego wyjścia. - W nogi po skosie i w dół, tylko się nie przewróć, bo będzie po tobie. Ty w lewo, ja w prawo. Kto z nas się im wyrwie, ratuje drugiego.- Zakomenderował - Razem nie mamy szans. Pokonać ich nie zdołamy. - Chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Biegnąc już, spojrzał jeszcze za siebie. Wiedział, że dziewczyna nie da rady. Złapią ją. Był jej jedyną nadzieją na przetrwanie i za żadne skarby świata nie mógł pozwolić, aby go schwytali. Czekali na niego we dwóch. Rozstawieni dwadzieścia stóp jeden obok drugiego. Oprócz prymitywnych jednoręcznych maczug, trzymali w łapskach coś jeszcze. Wiedział co to jest i nie mógł wbiec między nich. To była śmiertelna pułapka. Musiał minąć jednego po zewnętrznej. Poruszali się synchronicznie, cały czas mając go miedzy sobą. To nie ich pierwsze polowanie pomyślał. Zaryzykował. Skierował się w sam środek, żeby tylko się nie ruszali i nie korygowali pozycji. Zamierzał dokonać zwrotu, w ostatniej chwili tuż przed nimi. Łatwiej pomyśleć niż zrealizować. W pełnym biegu jest to prawie niemożliwe. Wykonał ostry skręt, mięśnie boleśnie zaskrzypiały, ale ścięgna nie puściły. Skok, cięcie i piruet w powietrzu. Chlasnął jednego przez twarz. Bryznęła krew. Dostał i złożył się jak dziecięcy scyzoryk. Drugi upuścił prymitywną sznurkową sieć i natychmiast rzucił się za nim w pogoń. To jeszcze nie koniec przemknęło Birkartowi przez myśl. Biegli przez dłuższą chwilę i rycerz wyraźnie czuł smrodliwy oddech za sobą. Wykonał niespodziewany skok w przód z półobrotem, twarzą do nadbiegającego kanibala. Pośliznął się nieznacznie, asekurując się wolną ręką, ale i tak zdążył drugą machnąć, rzezając po krótkiej szyi nadbiegającego tubylca. Tamten, wyhamował na jego ostrzu. Drgał jeszcze przez chwilę targany konwulsjami, krew z tętnic szyjnych pulsowała i buzowała przez moment jak górski rwący potok, by zaraz potem zmienić się w leniwie siąpiącą strużynę. - Uparte kutasy - Zaklął, gdy ujrzał nadbiegających jeszcze dwóch z góry. Ruszył niezwłocznie pędem w dół. Miał szczęście. Kątem oka dostrzegł, że jeden przewrócił się i zaczął turlać w dół. Niekontrolowany upadek i niespodziewany nagły kontakt z głazem narzutowym. Zahuczało. Jego czaszka rozbiła się, niczym skorupka jajka, obryzgawszy zimny kamień swoim niezbyt zasobnym wnętrzem. Templar ponownie wyhamował czekając na następnego. Pędzący na niego napastnik w mig się zorientował. Zatrzymał się tuż przed nim. Dysząc z wyczerpania przez moment mierzyli się wzrokiem. Po chwili dzikus rzucił się z wrzaskliwym okrzykiem. Birkart wykonał zgrabny unik i cięcie z kontr wypadu. Kanibal zblokował, po czym zaatakował usiłując go ogłuszyć ciosem od góry. Żołnierz sparował ponownie ze skrętem w prawo. Dalej poszło mu gładko. Magiczne obalenie, szarża, pchnięcie i po kłopocie. Rycerz nie czekał na następnych ludojadów, dał nura prosto w las. Przed nocą dali mu spokój, odpuścili. Domyślił się tego, gdy zaczęli zbierać poległych i kierować się na północ, zapewne do swojej wioski. Wiedział, że główny cel polowania osiągnęli. Mieli zdrową kobietę, dla nich rzecz najcenniejszą. Prokreacja jest instynktem, któremu oddawali się z obrzędowym namaszczeniem. Do rana zgwałcą ją wszyscy, począwszy od wodza, a skończywszy na kilkunastoletnich wyrostkach. I tak co dzień. Jak przeżyje i urodzi im potomstwo, przyjmą ją do siebie, jak umrze, zjedzą ją. Czasu było niewiele. Widział ich z daleka. Dziewczynę za ręce i stopy przytroczyli do długiego drąga, zwisała bezwładnie. Niosło ją bez większego wysiłku dwóch osiłków, przytrzymując sobie jeno okrąglaka na ramionach. Poruszali się wolno, taszcząc też truchła poległych. Tyle jedzenia nie mogli zmarnować. Birkart myślał intensywnie nad sposobem uwolnienia kapłanki. Doszedł do wniosku, że jeżeli nie uda mu się jej odbić, zanim dotrą do wioski, to w zasadzie będzie po wszystkim. Nadciągający zmierzch był jego sprzymierzeńcem. Dziewięciu, tyle ich zostało przy życiu. Zabicie pierwszych dwóch maruderów, którzy nie mogli sobie najwyraźniej poradzić z wleczonym ciałem współplemieńca, nie było wielkim problemem. Te młodzieniaszki zaskoczone przez templara praktycznie się nie broniły i zginęły po krótkim starciu. Gdy przywódca grupy kanibali zorientował się, że ich nie ma, wysłał jednego ze starszych, wskazując mu ręką kierunek, by sprawdził co z nimi, groźnie przy tym pohukując. Wybrany przez niego osobnik z wyraźnym ociąganiem porzucił palik, na którym wisiała wspaniała zdobycz i udał się w wyznaczonym przez wodza kierunku. Zatrzymywał się kucając i zerkając co chwila na czekających na niego towarzyszy. Wyraźnie energiczne gesty przywódcy nakazywały mu iść dalej. Birkart przyczajony spokojnie czekał na niego. Wyrósł mu dosłownie spod nóg, wprowadzając go w zupełne osłupienie. Dwa szybkie cięcia, jak plaśnięcia bata wkurzonego woźnicy, przerwały brutalnie żywot kanibala. Jego rozsieczone w jednej chwili truchło leżało teraz nieruchome w trawie. Rycerz zdawał sobie doskonale sprawę, że teraz dopiero zaczną się schody. Przypuszczał, że domyślą się wszystkiego, że oto niedawny uciekinier wrócił po swoją kobietę. Nie zaryzykują już samotnych poszukiwań, trzymać się będą w kupie. Obserwował ich z daleka. Naradzali się wrzeszcząc i pochrząkując na siebie. Postanowili chyba iść dalej, nie szukając kamratów po nocy. Zakładał właśnie takie najgorsze dla niego ustalenia. Gdy analizował sytuację, zawsze przygotowywał się na najgorszy z możliwych wariantów i nigdy tego nie żałował. Nawet jak się nieraz pomylił, to przecież nie zmartwił się tym, że przeciwnicy popełnili błąd, wybierając mniej korzystną dla nich opcję. Nie mógł im pozwolić na szczęśliwy powrót do ich siedziby z tak cennym łupem. Podkradł się na odległość strzału. Wyciągnął lekką kuszę trzymaną zawsze w pogotowiu na plecach, ułożył bełt w wyżłobionym specjalnie łożu i wymierzył prosto w największego zakładając, że to dowódca. Po strzale zmienił pozycję, nawet nie patrząc co się dzieje i czy w ogóle trafił. Dzicy przykucnęli zrazu, bacznie obserwując teren wokół siebie. Templar zdążył już przywrzeć do ziemi i ponownie zaczął siłować się, napinając twardy naciąg. Gdy był już gotowy, podczołgał się jeszcze bliżej i strzelił w pierwszego z brzegu. Głośny krzyk oznajmił mu, że trafił, ale chyba nie śmiertelnie. Odrzucił kuszę, plecak, wyciągnął mocną tarczę, dobył miecza i czekał. Z przejmującym wrzaskiem rzucili się na niego wszyscy pozostali. Pierwszy, który dobiegł do żołnierza zginał od jednego precyzyjnego cięcia. Potem napadła go wściekła chmara. Koncertował się na obronie, parował tarczą i mieczem. Potem skok między nich z przewrotem po ziemi. Starał się rzezać po kończynach. Czasami kogoś zawadził. Odbiegał by mieć na sobie mniej przeciwników. Dreptał arytmicznie i naprzemiennie raz w jedną to w drugą stronę, tokując niczym cietrzew podczas godów. Gdy tylko, któryś z przeciwników popełnił błąd, ruszając sprowokowany w nieprzygotowanym ataku, po sparowaniu ciął na odlew. Cały czas był w nieustającym ruchu, krążył, zmieniał tępo i kierunek natarcia. Kołował ich, zwodząc pozorowaną ucieczką, by nagle zatrzymać się, wyprowadzając podstępny kontratak. Największy z nich, prawdziwy gigant, wolno przesuwał się za nim, wysyłając i ponaglając szturchaniem innych, by pierwsi się na niego rzucili. Wreszcie zostali we dwóch na nogach, reszta jęczała zgubiona po drodze. Templar tarczę miał mocno zwichrowaną. Dziwił się, że jeszcze do tej pory ze szczętem się nie rozpadła. Gdy sparował pierwsze uderzenie przywódcy, aż przysiadł od siły uderzenia. Toż to mocarz był nieprzeciętny. Z prawej piersi wystawała mu lotka bełtu, ale najwyraźniej nic sobie z tego nie robił i parł naprzód, waląc ogromną maczugą. Po jego następnym uderzeniu, Birkart poczuł znajome chrupniecie, jedna z kości przedramienia nie wytrzymała. Odrzucił więc pokrzywioną, ciążąca mu teraz tarczę. Olbrzym zawył, uderzając się raz po raz w tors, jakby świętując już zwycięstwo nad groźnym przeciwnikiem. Wyszczerzył żółto-brunatne długie zębiska, odsłaniające owrzodziałe, krwawiące dziąsła w szerokim triumfalnym uśmiechu. - Stary, no gdybym ja miał taki problem z uzębieniem, też byłbym tym faktem wkurzony - Zasyczał złośliwie templar. Olbrzym zmarszczył czoło, jakby starał się zrozumieć, co do niego mówią, ale w końcu zignorował to i natarł ponownie, zamierzając się maczugą. Doświadczony żołnierz wiedział, że tak potwornie silnie bitej dwuręcznej maczugi nie da się w pełni sparować mieczem jednoręcznym . Splasował tylko cios nieznacznie, zmieniając jego kąt uderzenia, a sam sprytnie się wywinął, omijając przeciwnika zwodem. Kolos zachwiał się od własnego potężnego machnięcia i pochylił się do przodu. Templar będąc z tyłu przeciwnika, ciachnął po obnażonych i niemiłosiernie brudnych kulasach. Nagle podcięty, cuchnący obdartus upadł na kolana. Dalsza walka była już tylko formalnością. Kanibal skonał z głupawym uśmiecham na wydatnych wargach. Birkart po wyrównaniu oddechu, skierował się w kierunku głośno zawodzących rannych. Łatwo ich znalazł. Będąc wrażliwym człowiekiem, skrócił szybko ich cierpienia, oszczędzając im bezsensownego długiego konania. Najtrudniej mu było odszukać po omacku ich ekwipunek. Ciemności potworne nastały, albowiem jakby jemu na złość, księżyc skrył się za chmurami. Wyczerpany był srodze, najpierw szaleńczą ucieczką, pościgiem i na koniec walką, ale nie poddał się. Nie spoczął dopóki nie odszukał wszystkiego. Przepadł tylko plecak stygijki. Przypuszczał, że odrzuciła go w trakcie swojej panicznej ucieczki. Uwolnił ją z więzów. Po uderzeniu w głowę kamienną maczugą, kobieta z wolna odzyskiwała przytomność. Krew nie ciekła już, zastygnięta w postaci grubego strupa. Mimo zmęczenia tobół z oporządzeniem założył sobie na pierś, dziewczynę zaś zarzucił na plecy. Jej magiczną laskę sam wykorzystał teraz jako podporę. Po chwili stwierdził jednak, że iść w ten sposób nie podobna. Zdrową ręką bowiem musiał podtrzymywać kobietę, by się mu się z grzbietu nie zsuwała, a w złamanej dzierżyć kij. Ból przetrąconej ręki był nie do zniesienia. Magiczną broń przytroczył więc do dziewczyny. Powoli ruszył pod górę, oddalając się systematycznie od pokonanych przez niego kanibali. Rozpoczęcia pościgu przez ich współplemieńców spodziewał się dopiero jutro, koło południa. Po śladach od razu poznają, że ścigać będą jednego człowieka, z rannym na barkach. Takiej okazji nie przepuszczą. Co chwila robił krótkie przerwy, dla głębszego zaczerpnięcia i wyrównania oddechu. Martwił się, bo dziewczyna majaczyła. Brutalny kanibal zdecydowanie za mocno zdzielił ją w głowę. Dokładnie wymacał czaszkę, ale prócz ogromnego guza, złamania żadnego nie wyczuł. Wiedział z żołnierskiego doświadczenia, że ciosy od broni obuchowej często kończyły się śmiercią. Mimo, że rana nie wyglądała groźnie, to nieszczęśnicy doznawszy takich obrażeń, w końcu umierali. Przed południem postanowił zrobić krótką przerwę w marszu. Rozpalił niewielkie ognisko i zagrzał trochę fasoli z boczkiem. Starał się wmusić nieco pożywnego jedzenia kobiecie, która była już przytomna. Niestety nie dała rady nic zjeść, mając ciągłe mdłości. Słaba była i zupełnie opadła z sił. Spod na wpół przymkniętych powiek wodziła za nim półprzytomnym wzrokiem. Gdy podał jej wodę, dotknęła jego dłoni i uścisnęła lekko, patrząc mu w oczy jakby bardziej przytomnie. - Ja też się cieszę, że żyjesz. - Odpowiedział jej na ten uprzejmy i mile łechcący jego męską dumę gest.- Będę cię dalej niósł. Ich tropiciele powinni zaraz za nami ruszyć. To tylko kwestia czasu nim nas dopadną. Musimy dotrzeć do tej jaskini i tam ich zgubić, inaczej już po nas. Przed wieczorem był już tak wyczerpany, że nie miał siły postawić choćby kroku. Obojętnym mu się już było, czy ich dojdą, chciał tylko spać. Znalazł wykrot i tam rzucił się na wznak. Plecak podsunął sobie pod głowę, miecz wziął do garści, aby w każdej chwili być gotowym do odparcia ataku. Na wpół zamroczoną kobietę, starym zwyczajem, ułożył sobie na piersi. Otulił ich bawolą skórą, jedyną, która im została i natychmiast zasnął. Obudził się nagle słysząc podejrzane odgłosy. Gdy tylko uniósł głowę, ręka dziewczyny zakryła mu usta w geście milczenia. Była już przytomna i też ich słyszała. Szli mimo ciemności, licząc, że uciekinierzy nie zmienili kierunku, i podchodzą ciągle pod szczyt. Pewnie zorientują się dopiero rano, że ich minęli i wrócą się wtedy na pewno, szukając ich śladów niżej. Pomyślał, że musi z dziewczyną koniecznie odbić w prawo, zataczając szeroki łuk. Gdy prześladowcy znacznie się już oddalili, wyjął z plecaka suszone mięso. Dał jedną porcję do żucia dziewczynie, drugą wziął sobie. Potrzebował jej pomocy przy nastawieniu i usztywnieniu złamanej kości lewego przedramienia. Zrobiła to umiejętnie, wykorzystując znalezione patyki i trochę płótna z zapasowej koszuli znalezionej w jego plecaku. - Możesz samodzielnie iść?- Szepnął jej do ucha. Kiwnęła, potakując głową. Do świtu szli niezauważeni. Poruszali się ostrożnie, patrząc uważnie pod nogi. Przypadkowy hałas, spadających obruszonych przez nieuważna stopę kamieni, mógłby być dla nich zgubny w skutkach. Gdy rozwidniło się, skorygowali marszrutę, starając się trafić do wejścia jaskini. Liczyli, że w tym czasie ich prześladowcy będą powoli schodzić, szukając śladów zgubionych w nocy. Przed wieczorem doszli do ziejącego ciemnością otworu. Byli u celu. Zanurzyli się w mrok. Po kilkudziesięciu krokach stwierdzili, że co rusz wpadają na liczne stalagmity i bez światła nie da się dalej iść. Ze zwierzęcych piszczeli rozrzuconych wszędzie wokół, oraz resztek koszuli, których dziewczyna nie zużyła do bandaży, zrobili prymitywne łuczywa. - Ciekaw jestem kto rozszarpał te wszystkie zwierzęta?- Zagadał Birkart jakby sam do siebie. - Obstawiam na trolla, który występuje na tych terenach. Co o tym sądzisz, wciąż milcząca, zagadkowa niewiasto?- Zapytał, spoglądając prosto w jej twarz i uśmiechając się zawadiacko. Stygijka kpiarsko wytrzymała wzrok i prychnęła z pogardliwym lekceważeniem. - No to żeśmy sobie pogadali, nie ma co. Czas sprawdzić jakie niespodzianki tu na nas czyhają. A czuję to po mały palcu, cisnącym mnie okrutnie w lewym bucie, że nie liche. He..he. – zaśmiał się. Jaskinia była przepastnie wielka i nie dotarli nawet do jej połowy, gdy usłyszeli pomruk, jakby chrapanie. Prawdę mówiąc, wypadało by raczej powiedzieć, że wprzódy wywąchali jej mieszkańca. Ciągnął się od niego mdlący smród, do kocich rzygów podobny. Kto raz tego fetoru zasmakował, nie pomylił by go z niczym innym. Birkart raz spotkał takiego jegomościa w odległej przeszłości. Spieprzał wtedy okrutnie, mało gaci nie po gubił. Potwór właściwie ślepy był, ale za to słuch miał wyczulony. Ponieważ noc się zbliżała, a wtedy zwykle aktywność wykazywał, postanowili się schować. Zgasili pochodnie. Przycupnęli w szerokim załomie skalnym i cierpliwie czekali, aż się obudzi. Może jaki głód poczuje, zachce zapolować na coś na zewnątrz? W zasadzie nie mieli nic przeciwko, aby się zasadził na kanibali, za nimi niechybnie idącymi. Gdy już im nogi zupełnie zdrętwiały od kucania, kupa śmierdzącego łajna przetoczyła się tuż obok nich i poczłapała do wylotu. Odczekawszy chwil kilka, rozpalili ponownie żagwie i ruszyli w poszukiwaniu ukrytego przejścia do dalszej części jaskini. Otwór był dobrze zamaskowany. Gdyby nie wiedzieli o jego istnieniu, to znaleźć go, byłoby rzeczą zgoła niepodobną. Wąski tunel zaprowadził ich do obszernej pieczary, wypełnionej prawie w całości wodą. Wokół jej prawego skraju, tuż nad lustrem wody, wykuto w skale wygodny chodnik. To był jedyny sposób dotarcia do przeciwległego brzegu suchą stopą. Gdy wreszcie obeszli jaskinię, płaski taras się skończył przechodząc w schody, częściowo zanurzone w wodzie. Ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Był to olbrzymi posąg mitycznego człowieka-byka, umieszczony na granitowym, masywnym cokole. Postument pokryty był niezliczoną ilością piktogramów, ideogramów i innych hieroglifów, pisanych w zapomnianym dawno języku, który Birkart nieco poznał dawno temu. U jego podnóża wykonano ozdobną, bogato rzeźbioną kamienną półkę, z wyrytym rysunkiem kręconego rogu. Niestety była pusta. Po bokach filaru, na granitowych ławach zwieńczonych głowami byków, wykuto kamienne misy. Wypełniane były w przeszłości olejem skalnym, łatwo palącym się, oświetlającym tą pradawną uświęconą nawę. Niestety płyn zwietrzał wieki temu i teraz były suche. - Szkoda czasu na oglądanie tych bazgrołów, czas znaleźć róg.- Przemówił templar. Rozebrał się do naga, nie chcąc zamoczyć kompletnie ubrania i wszedł do ciemnej jak smoła wody. Okazało się, że nie była to płytka kałuża. Zaledwie po kilku krokach nie poczuł gruntu i rad nie rad, zmuszony był pływać. Zanurkował kilka razy i doszedł nawet do dna, ale niczego prócz kamieni nie wymacał. Dokuczała mu chora ręka. Po kilkunastu próbach bezowocnego sondowania dna, przypłynął zrezygnowany i zmęczony do brzegu, telepiąc się z zimna. - Cholera, nic nie widać. Pół roku nam zejdzie, żeby to gówno znaleźć, a i rękę mam niesprawną. - Zawołał do kobiety dygocąc. Dziewczyna prychnęła tylko. Zrzuciła ubranie i dala nura w odmęty. Szkoda, że łuczywa im zgasły, bo chętnie obejrzałby dokładniej to nagie zjawisko. A tak tylko kontury widział i to nie dość wyraźnie. Gdy już zaczął tracić nadzieję, że wypłynie samodzielnie i szykował się by zanurkować po nią, niemalże wyskoczyła z wody, łapiąc łapczywie życiodajne powietrze. Podpłynęła ku niemu, a gdy wyczuła skałę pod stopami, podeszła bliżej. Zobaczył, że dzierży w garści jakowyś pokręcony róg, nieco przypominający barani. Minąwszy go, doszła do altara. Uklękła przed nim nabożnie, pokłoniła się trzy razy i z całych sił zadęła w ów róg. Poczuł istną eksplozję magii. Przedmiot, który trzymała w ręce, rozpadł się w drobny pył. - I po nagrodzie – Jęknął boleśnie. Dziewczyna wstała, odwróciła się do niego i podeszła ku niemu dostojnym krokiem, stając na przeciwko. Posągowo piękna, odprężona i uśmiechnięta, wciąż ociekająca wodą. - Witaj Birkart. Jestem Ellen, kapłanka seta – Powiedziała donośnym niskim, drapieżnym altem, aż templarowi ciarki z podniecenia po plecach przeleciały. Wyraz jego twarzy w tym momencie za mądry nie był. Widząc to komiczne zaskoczenie, uśmiechnęła się do niego pogodnie.- Dziękuję ci, za wszystko co dla mnie uczyniłeś, dzielny woju. - Ty mówisz, to nie może być....- Po chwilowym stuporze, gdy odzyskał w gardle głos, bełkotał zdumiony żołnierz. - To był potężny artefakt. Zniósł czar milczenia, który na mnie kiedyś nałożono. Dlatego mogli mnie sprzedać w jasyr, jak byle dziewkę, a wiadomo, że kapłani i magowie po osiągnięciu osiemdziesiątego poziomu wtajemniczenia, niewolnikami być nie mogą. Wykorzystałam resztki magii tego rogu. Dlatego się rozpadł, a wraz z nim twoja nagroda. Wybacz. - Skoro ci pomógł odzyskać głos, należną pozycję i władzę nad magią. Cóż po złocie? Dziś jest jutro go nie ma.- Bez cienia żalu w głosie skomentował to Birkart. - Tak. - Zadumała się Ellen - Muszę ci jeszcze coś rzec. Hegon wiedział, że jestem kapłanką. My choć rożni w zwyczajach i wierzeniach, potrafimy to wyczuć. Kupił mnie, spłacając stary dług, który był zaciągnął w młodości. Honorowym i przebiegłym się okazał i wymyślił jak mi całkiem wolność zwrócić. Oczywiście bez twojej pomocy to by się udać nie mogło. - Patrzyła na wyraźnie oczarowanego nią templara, po czym skierowała wzrok poza niego - Jest niestety jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia między nami.- Przerwała na chwilę, jak by zastanawiała się, jak to właściwie ująć. - Wiem, że ci się podobam.- Birkart mimo zimna poczerwieniał jak uczniak, cieszył się, że ciemno było i tego zobaczyć nie mogła - Nie możemy być jednak razem.- Dokończyła. - Dlaczego? - Wyrwało mu się mimochodem.- Przepraszam. - Poprawił się zaraz, zmieszany - Nie moja rzecz. Wybacz .- Dodał wyraźnie skołowany. - Nie. Powinieneś wiedzieć. Narażałeś dla mnie życie po wielokroć. Ocaliłeś od hańby. Winna ci jestem choć wytłumaczenie. Sprawa w zasadzie jest prosta. Nie gustuję w mężczyznach. - Po czym odeszła zaczynając się ubierać, ponieważ zimno dawało się i jej we znaki. Chyba jednak nie chciała też dłużej ciągnąć, tego najwyraźniej niewygodnego dla niej tematu. - Jak to, nie gustujesz? Czyli co? Jesteś....- Zawiesił głos wpół zdania skonfundowany templar. - Tak - Odrzekła sucho wchodząc mu w słowo. - Jestem kobietą kochającą inne kobiety i zasadniczo brzydzę się mężczyznami. Wiedz jednak, że nie jesteś mi zupełnie wstrętny. Bardzo cię lubię i szanuję. Z tym jednak warunkiem, że namiętności między nami nigdy nie będzie. - Uff, a już myślałem, że zakochana lub przyrzeczona innemu jesteś. A tak, to luz. Jak mnie bliżej poznasz, to poczujesz kobiecy zew. Zobaczysz.... Jeszcze zapłoniesz jak smolna żagiew.... - Ha..Ha - Zaśmiała się głośno.- Nigdy nie odpuszczasz co?- Podeszła do niego, położyła mu dłoń na rozpalonym policzku i spojrzawszy mu głęboko w oczy powiedziała czule - Jeszce raz z całego serca dziękuję ci Birkart za to, że byłeś przy mnie w tych chwilach, gdy najbardziej potrzebowałam pomocy, będąc słabą, bezbronną i niewolną kobietą. Jesteś wielkim wojownikiem, szlachetnym i dobrym człowiekiem. Znajdziesz kiedyś, podobnie jak Hegon, swoją brakującą połówkę, ale ja nią nigdy nie będę. - Po czym wypowiedziała kilka kapłańskich zaklęć i od razu poczuł, jak złamana kość przedramienia zespolona w jednej chwili została. - Tyle ci mogę ofiarować Birkart. Wybacz, to tak niewiele, ale w tej chwili nie stać mnie na nic więcej. Naprawdę zasługujesz na coś zupełnie wyjątkowego. - Dziękuje ci Ellen .- Szepnął, drżącym i lekko ochrypłym głosem. Cdn.
|