Utwórz nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:44 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
Wywiad Bogusa ze śmierdzielem

Yimir Times: Dzisiaj przed Państwem prawdziwa gwiazda - Ahazu-Zagam, pierwszy obrońca lewego skrzydała Black Ring Citadel, zwany także przez niektórych, mniej kulturalnych, barbarzyńców Śmierdzielem. Witamy naszego zacnego gościa.
Ahazu-Zagam: Witam i ja.
YT: Z góry przepraszam, ale nie mogę inaczej – czytelnicy by mi tego nie wybaczyli - dlaczego Śmierdziel?
AZ: To pytanie proszę kierować do kogoś innego, nie do mnie. Co ja poradzę, że niektórzy widząc zielone chmury od razu myślą o nieprzyjemnych zapachach. Gdzie jest napisane, że tak musi być? Przecież ten dym może, przykładowo, pachnieć konwaliami...
YT: A pachnie?
AZ: Czy Pan na głowę upadł? Oczywiście że nie! Komputery, na szczęście, ciągle nie pozawalają na oddawanie zapachów, więc po co koledzy z Funcomu mieliby się wyłamywać i go dla tego dymu ustalać?
YT: No tak. Przepraszam w takim razie za głupie pytanie, nie pomyślałem o tym.
AZ: Nie ma problemu, Pan mi od początku wyglądał na kogoś kto nie lubi zbyt często mysleć.
YT: Ekhm... To może w takim razie przejdźmy do drugiego pytania. Skąd się bierze ciągnąca za Panem chmura?
AZ: I co ja mam panu odpowiedzieć? Bo zupa była za słona. W cytadeli mamy kiepskiego kucharza, który notorycznie przesadza z ilością soli dodawanej do potraw. W końcu musiało się to odbić na czyimś zdrowiu. Pech chciał, że padło akurat na mnie i mocno wpłynęło na opinię o mojej gościnności, w dodatku, niestety, negatywnie.
YT: Skoro już zeszliśmy na temat gościnności. Jak zauważyli nasi wysłannicy, którzy przez ostatni tydzień kilka razy próbowali Pana odwiedzać, dość szybko wyrzuca Pan gości ze swojej komnaty zatrzaskując drzwi na głucho.
AZ: Pan mi się dziwi? Przy takich problemach z żołądkiem? Przecież ja muszę teraz więcej odpoczywać między posiłkami, a jak ktoś wpada do mnie i podkłada mi się do skosztowania 5-6 razy z rzędu - bo tu ktoś addów nie ściągnie, tu znowu tank nie wyrobi, to z kolei dps przesadzi z Mocą - to potem wychodzi jak wychodzi. Jakby wszystko było załatwiane jak należy, to po kilkunastu minutach zostawiałbym gościom prezenty i zapraszał dalej, ale jeśli ktoś przychodzi nieprzygotowany to już jego strata. Lekarz mi zalecał dłuższe odpoczynki po jedzeniu, więc je robie, i tyle. Ze zdrowiem nie ma żartów.
YT: Uchodzi Pan za osobę przesadnie dbającą o swój wygląd. To ciągłe poprawianie fryzury. Skąd to się u Pana bierze?
AZ: Przepraszam, ale co w tym dziwnego?
YT: Przyzna Pan, że to dość zaskakujące i rzadko spotykanie zachowanie wśród szanujących się potworów.
AZ: Ech... Pan i Pańskie uprzedzenia. To że się za mną ciągną gazy nie znaczy jeszcze, że nie wiem do czego służy mydło, czy inne kosmetyki. Uroda jest dla mnie równie ważna jak zdrowie.
YT: Ok, przepraszam jeśli Pana uraziłem. To jeszcze tylko szybkie pytanie na koniec. Jest szansa, że przepuści Pan w najbliżej przyszłości naszych kolegów dalej w głąb drugiego skrzydła?
AZ: To już nie ode mnie zależy. Weźcie się w końcu w garść to przejdziecie dalej. A nie zachowujcie mi się tu jak małe dzieci, którym ktoś zabrał lizaka. Mnie da się pokonać za pierwszym razem, a wtedy nie będziecie musieli zawracać GM-om petycjami tyłka. Myślicie że spanie na klawiaturze jest przyjemne? Nie męczcie ich dodatkowymi problemami.
YT: Dziękuję za wywiad.
AZ: Dziękuję, do zobaczenia w Cytadeli!

_________________
Obrazek


Ostatnio edytowano 21 wrz 2010, o 08:51 przez Arrima, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:45 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
CATGERN

Krypta Kylikki
Cymmerię z wolna okrywał kir zmierzchu. Ośnieżone szczyty gór okalających Pola Śmierci zdawały się poruszać ożywione ostatnimi promieniami zimnego słońca.
U stóp starego osypiska, przeoranego tu i ówdzie wyzierającymi spod mchów skałami zebrała się grupka ludzi. Z pozoru spokojni. Tylko wprawny obserwator mógłby zobaczyć na poznaczonych bliznami twarzach cień wewnętrznego napięcia, niepewności. Zajęci rozmową ukradkiem spoglądali w stronę zbocza. Tam pokryta starożytnymi runami i mchem płyta krypty pękła i zapadła się odsłaniając miejsce spoczynku sił, które nigdy nie powinny były się zbudzić.
Wieczorny, wilgotny chłód podstępnie wdzierał się pod ubranie zmuszając zebranych przed kryptą do szczelniejszego owinięcia się w opończe. A może to nie chłód, lecz zatęchły, trupi zapach wydobywający się z otchłani przed nimi. Może pusta i nieprzenikniona wzrokiem czerń ziejąca z czeluści działała na podświadomość, wywołując mimowolne dreszcze u zaprawionych przecież w bojach wojowników.
Nadszedł czas próby. Bez słowa ruszyli ku rozpadlinie. Dzierżąc kapiące płonącą żywicą smolne łuczywa jeden po drugim znikali we wnętrzu krypty.
Arrima, Metan, Falka, Nufrej, Czarnyleon, Harkonnen, Vespen, Xionc, Cień, Yourichi, Bogus, Barlu, Taratann, Nethar, Gromyk, Ciastek, Catgern ….. Ludzie z pozoru sobie obcy, lecz związani braterstwem silniejszym od innych – braterstwem krwi przelanej ramię w ramię w wielu bitwach i wojnach.
Arrima zatrzymała się na chwilę. Spojrzała za siebie. Powiodła wzrokiem po ośnieżonych szczytach Cymmerii. Ostatni promień słońca padł na jej policzek. Słońce… - pomyślała piękna lekarka – To samo słońce, które pieści pustynne kwiaty mej rodzinnej Stygii. To samo, lecz nie takie samo. Zresztą, jakie to ma znaczenie. Nieliczni z nas ujrzą je jutrzejszym świtem.
Idący na czele Czarnyleon klął cicho pod nosem. Ciężki żołnierski sandał, co rusz z przeraźliwym grzechotem kruszył porozrzucane na schodach kości ludzkie i zwierzęce. Wysuszone pajęczyny muśnięte płonieniem pochodni zajmowały się rozbłyskując i skwiercząc. Grzęznąc w zeschłych liściach i odchodach nietoperzy zapuszczali się śmiałkowie w nieznane, w głąb krypty. Niżej i niżej…
Starożytne zło zamieszkujące grobowiec z pewnością wiedziało już o zbliżających się ludziach. Czaiło się w mroku, pośród ociekających wilgocią kolumn i ścian pokrytych trującymi porostami.
I wreszcie stało się. Nie było ostrzeżenia. Nie było bojowego szyku, pierwszej komendy… Po prostu zaczęło się… Postaci wojowników zwarte w śmiertelnych pląsach z nieumarłymi strażnikami krypty stworzyły groteskowy teatr cieni rozświetlany porzuconymi łuczywami i oślepiającymi zygzakami magii. Bazaltowa posadzka z wolna pokrywała się posoką walczących.
Nikt nie wydał z siebie jednego nawet dźwięku. Krzyczały rozdzierane mięśnie, zrywane ścięgna, kruszone kości… Parujące wnętrzności ścieliły się pod nogami wypełniając mdłym odorem i tak już cuchnące wnętrze krypty. Swąd palonych magicznym ogniem ciał dopełniał całości masakry.
Bój skończył się równie nagle, jak się zaczął. Padł ostatni strażnik górnej części krypty. Falka, dowódca polowy krzyknął krótko, gardłowo. Rozproszeni po sali żołnierze odpowiedzieli chórem.
Lecz to było dopiero preludium. Prawdziwe piekło czekało ich dalej, głębiej...

_________________
Obrazek


Ostatnio edytowano 21 wrz 2010, o 08:49 przez Arrima, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:47 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
CATGERN

Przepraszam za ewentualne błędy - nie są wynikiem braku szacunku dla czytelników (po prostu pisałem na kolanie z powodu braku czasu). Może coś wspólnie ulepimy z tych naszych wysiłków. Na chwałę IX Kohorty!!!

**** II ****
*
Zaduch w Green Man Tavern był nie do zniesienia. Nawet dla wiarusów przywykłych do smrodu żołnierskich onuc. Nie był to wszak lokal klasy Armsman’s Tavern. Letnią porą roje kolorowych much z całej Old Tarantia ciągnęły pod ten szyld zwabione bijącym w niebo odorem.
Pomimo dnia w spelunie panował półmrok. Paliły się oliwne lampki, znacząc strop tłustym, czarnym kopciuchem. Siedzący w ciemniejszym kącie izby Barlu zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na otoczenie: na pijanego w sztok przemytnika grzebiącego bezmyślnie palcem w kałuży własnych wymiocin, na dwie jazgoczące i tarmoszące się za włosy portowe dziwki, na zalanego aquilońskiego bosmana okładającego kułakiem nieletnią stygijską niewolnicę.
Barlu czekał. Wtopiony w otoczenie, opatulony postrzępioną, żebraczą opończą.
Koślawe drzwi karczmy otworzyły się z hukiem. Ciemna karnacja skóry i potężna postura mężczyzny stojącego w progu zdradzała przybysza z południa. Stygijczyk powiódł wzrokiem po ludzkiej ciżbie stłoczonej w smrodliwym przybytku.
– Szukam cymmeryjskiego psa imieniem Korg – huknął aż z powały sypnął się kurz.
– Kupiec Korg nie przybędzie na spotkanie – odparł Barlu wstając z ławy – jestem tutaj w jego imieniu.
– Jakim prawem śmiesz odzywać się do mnie nędzny robaku? Wiedz, że stoisz przed obliczem Xuthima, najmożniejszego z kupców południowych krain…
– … i parszywego łotra nasyłającego zabójców na swoich klientów – dokończył spokojnie Barlu podchodząc bliżej i odrzucając połatany płaszcz.
Zebrani w karczmie w lot pojmowali takie sytuacje. W mgnieniu oka byli już pod ścianami.
Barlu podszedł do Stygijczyka. Zmierzyli się wzrokiem. Xuthimo przewyższał Cymmeryjczyka o głowę i był od niego cięższy o dobre 40 funtów.
Barbarzyńca wyszczerzył w uśmiechu białe zęby – Kupiec Korg przesyła ci pozdrowienia, podziękowanie za współpracę oraz prezent: sztylet jednego z wysłanych przez ciebie morderców, oto on – Barlu ruchem błyskawicy wydobył zza pleców stygijski puginał i z rozmachem wbił go od spodu w szczękę Xuthima. Długie ostrze wbito z taką siłą, że przebiło podniebienie i przeszyło mózg, wychodząc czubkiem głowy. Stygijczyk zacharczał, rzygnął fontanną krwi, zatoczył się, padł na kolana, na bok, skonał…
Schowana za szynkwasem służebna dziewka rozdarła się naraz przerażającym, świdrującym uszy piskiem… Na ten dźwięk do karczmy wpadło trzech postawnych oprychów, sądząc z ubioru – ochroniarzy Stygijskiego kupca. Barlu stał spokojnie na środku izby. Dwuręczny miecz monstrualnych rozmiarów trzymał oparty na ramieniu. Zanim oniemiali ze zdziwienia rębacze zdołali się opanować barbarzyńca przemówił:
- Nie popisaliście się, jako sługi. Pozwoliliście zabić swego pana, ale wkrótce zdacie mu sprawę ze swej nieudolności… osobiście.
Najemnicy z wrzaskiem rzucili się do ataku. Pewni przewagi liczebnej zaatakowali wprost, zwartym szykiem. Barlu chlasnął szeroko, płasko, od prawej na lewą. Poprawił w drugą stronę na ukos z dołu. Ciężkie, szerokie ostrze dwuręcznego miecza błysnęło żywą wstęgą stali, chrupnęły kości… Trzej rębacze runęli w tył niczym krwawe strzępy. Posoka bryzgnęła szkarłatem na stłoczonych pod ścianami gapiów.
Jeden z najemników przeżył. Leżąc w rosnącej szybko kałuży krwi rzęził tocząc z ust krwawą pianę. Barlu nie zwrócił na niego uwagi. Podszedł do przewróconej ławy, za którą kuliło się kilku ludzi. Ukrywający się tam Aquiloński bosman wstał na równe nogi. Sięgnął za ławę i pochwyciwszy za ramię swą czarnowłosą niewolnicę pchnął ją na środek sali, by dać tym wyraz swej aprobaty dla szatkującego Stygijczyków wojownika. Ośmielony spokojem stojącego przed nim barbarzyńcy uśmiechnął się – Nie lubisz Stygiczyków przybyszu. Ha! Ja też mam ich za najgorsze łajno!
Barlu lewą ręką chwycił go za gardło. Coś chrupnęło. Zgasł uśmiech na twarzy bosmana, zgasły jego oczy…
– Nie lubię takiego ścierwa jak ty – odparł Cymmeryjczyk do leżącego na podłodze martwego ciała.


**
– Nie, nie mogę tego zrobić – przyciszony głos zakapturzonej postaci był stanowczy. Nie prowadzimy tu przytułku dla sierot.
Księżyc wychynął zza chmury, posrebrzył magiczną poświatą biały marmur schodów świątyni Mitry.
Czarnowłosy, barczysty mężczyzna zbliżył się do zakutanego w klasztorną opończę człowieka – Ależ prowadzicie przyjacielu, prowadzicie. Spójrz na nią – Skulona u stóp schodów siedziała mizerna postać owinięta w połatany żebraczy płaszcz.
– Czyż nie jest waszym powołaniem nieść pomoc zagubionym, chorym i biednym?
– Czasy są niespokojne. Nie ma rozejmu z ludami pustyni. Nie mogę przygarnąć Stygijki. Zaraz będę miał tu na karku pół miasta…
– Będzie pracować w kuchni lub w ogrodzie. Wszak nie ma tam wstępu nikt spoza świątyni. Przyjmiesz ją, bo cię o to proszę. Przez wzgląd na stare czasy. Wracam teraz do Conarh, ale jesienią udaję się na południe, do Stygii i może dalej do Kush. Zabiorę ją ze sobą. Póki co niech zostanie tutaj. Zobaczymy, co przyniesie los…
– Dobrze więc. Do jesieni.
– Bywaj mnichu.
Znikając w mroku zaułków czarnowłosy nie obejrzał się za siebie. Myśli jego biegły ku ośnieżonym szczytom Cymmerii, ku pachnącym jałowcem połaciom wędzonej dziczyzny, ku pieniącym się beczkom jęczmiennego piwa… Ku krągłym i kształtnym piersiom złotowłosych, roześmianych dziewczyn skaczących przez płonące żagwie klanowych ognisk. Oczyma wyobraźni widział je, błyskające mocnymi łydkami, jak zadzierając giezła biegną wśród mgieł po porannej rosie zielonych górskich pastwisk… Czuł zapach świeżej mięty i kwiatuszków rumianku, którymi Cymmeryjki zwykły przyozdabiać włosy…
Za winklem w cieniu czaił się opryszek. Jak co wieczór czatował tu na zdążających do portu spóźnionych podróżnych. Nie mógł widzieć twarzy nadchodzącego pewnym krokiem człowieka. Zobaczył jednak coś… Schował nóż za pazuchę, cofnął się głębiej, skulił, zrezygnował… Tym, co ujrzał w mroku były śnieżnobiałe zęby wyszczerzone w szerokim, nieprzyzwoitym uśmiechu.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:48 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

Droo zaszłyszała tę historię niemalże z pierwszej ręki bo od swego starego druha Catgerna przyjaciela Barlu.Znała jej prawdziwy przebieg a nie ten powtarzany i przeinaczony przez niezliczone ludzkie języki. Każda portowa dziwka, pijany marynarz, bezzębna żebrząca starucha, kulawy inwalida może ci ją opowiedzieć w swojej wersji za kilka marnych tinow.
Tak te portowe tawerny mają swój swojski klimacik przesiąkniety wiatrami po zjełczałej słoninie, ostrym smrodzie uruny i zepsutym oddechu bekajacego wielbiciela skwaśniałego jasnego piwa.
Droo przedkłada je nad zapach aromatycznej wodnej fajki,smak cierpkiego starego czerwonego jak rozchylone usta namietnej kochanki wina i delikatny ucisk na karku dłoni ciemnoskórego eunucha w knajpce w Khemi.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:50 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
CATGERN

**** III ****
*
Poranek był chłodny, rześki. O tej porze roku w Poitain taki świt zwiastował upalny dzień.
Łuczniczka zdawała się nie czuć porannego chłodu. Koszulę miała rozchełstaną aż po… sami wiecie.
Z przerażającą i zimną precyzją pakowała strzałę za strzałą w szturmującą wzgórze kupę. Bez ochyby trafiała pomiędzy blachy pancerzy napastników. Jeden po drugim walili się zingarańscy najeźdźcy w dół zbocza z przeszytym gardłem. Oddział topniał w oczach. Łowczyni uśmiechnęła się szeroko zwalniając cięciwę – kolejny najemnik padł bulgocąc krwią z przeszytej tchawicy.
Druga grupa szturmowa nie była już tak lekkomyślna. Trzej żołnierze wykorzystując nierówności terenu prowadzili pod osłoną tarcz dwóch magów. Nie mając łuczników liczyli zapewne na skrócenie dystansu i ukatrupienie przeklętej, kąśliwej łowczyni za pomocą czarów.
Łuczniczka opuściła łuk. Nie strzeliła i wtedy, gdy jeden z żołnierzy upadł odsłaniając na chwilę znakomity i pewny cel dla sokolego oka.
Zingaranie zdumieni przez chwilę szybko nabrali animuszu konstatując, że pewnie skończyły się strzały. Ruszyli. Osiągnąwszy odległość czterech sążni od szczytu byli już pewni, że łuczniczka nawet gdyby jednak miała strzały – nie zdąży już strzelić więcej niż dwa razy, nim ją dopadną… Wtem pomiędzy nimi, w samym środku drużyny zmaterializował się jakiś kształt. Naraz zapanował chaos, rąbanie na oślep jakiś bezładnie sklecony czar, wrzask, krew… Tylko ten jeden cień poruszał się pewnie i niemal bezgłośnie wśród zamieszania. Niósł śmierć. Walka trwała kilkanaście sekund.

Zbocza wzgórza lśniły kropelkami porannej rosy. I świeżą krwią.
- I co tam Cień? Mamy go? – zawołała z góry łuczniczka, obserwując okolicę i ubezpieczając oglądającego zwłoki zabójcę.
- Nie Yourichi. To z pewnością żaden z nich – odparł Cień wycierając sztylety w rąbek szaty jednego z zabitych. – Ale i tym draniom się należało…
- Ha, trudno! Dostaniemy naszego degenerata później.

*
Ciszej do diaska, bo go spłoszysz! – Przycupnięta za krzakiem jałowca Yourichi zakryła dłonią usta wiercącego się bez przerwy zabójcy – Cała zasadzka pójdzie na nic, jak będziesz tak hałasował.
- Mrówki mnie oblazły – odparł Cień - Ze stu krzaków musiałaś wybrać akurat ten…
- Ciii… Coś się tam poruszyło w tych ruinach… widziałeś? – Yourichi poprawiła strzałę na cięciwie.
- Nie widziałem. Jest południe, środek lata, upał. To pewnie powietrze tak faluje… Cholerne mrów… - Cień nie dokończył zdania. Coś błysnęło, igiełki jałowca zaskwierczały, buchnęły płomieniem. Poderwali się na nogi - nagły żar uderzył im w twarze.
- Biegiem! – wrzasnęła łuczniczka
Ruszyli w górę stoku prawie na czworakach pokonując dystans dzielący ich niedawną kryjówkę od ruiny starej zawalonej wieży. Przywarli do ściany po obu stronach futryny. Górny zawias drewnianej furty przerdzewiał i puścił. Cień kopnął w zapadnięte do środka, lecz wciąż blokujące wejście drzwi. Uważał jednak, by nie wychylić się w światło wejścia do wieży. Dolny zawias puścił łatwo. Ciężka furta gruchnęła do wewnątrz wzbijając tuman kurzu.
Cień i Yourichi patrzyli teraz na siebie, oboje nie bardzo wiedząc, co dalej.
- Dobra ścierwo, wiesz że tu jesteśmy – krzyknęła wreszcie Yourichi – My zaś wiemy, że jesteś w środku. Wychodź po dobroci a darujemy cię zdrowiem.
Cisza.
Zabójca syknął naraz, schylił się, kucnął… w ostatniej chwili unikając ognistej kuli, która prasnęła w mur wieży z ogłuszającym hukiem. Powietrze wokół zgęstniało, zaroiło się odpryskami roztopionego bazaltu.

Yourichi ocknęła się. Cień zadeptywał właśnie tlące się na zboczu pod wieżą kępki wysuszonego mchu. W uszach świdrował jeszcze pogłos uderzenia zaklęcia. Łuczniczka podniosła pytająco oczy.
Cień pokazał palcem stary poitainski trakt wiodący do Wild Lands – Uciekł.
Youri pomasowała stłuczone kolano – Nieźle nas zaskoczył. Myśleliśmy, że siedzi w środku a tu taka siurpryza… Trudno. Jedno muszę ci przyznać Cień – masz niesamowity refleks. Jak można być tak szybkim?
Cień uśmiechnął się – Mrówka mnie ugryzła.

*
Białe mury Old Tarantii lśniły w blasku zachodzącego słońca. Yourichi i Cień popędzili konie. Zdążyli do miasta przed zamknięciem bram. Uliczki wyludniały się powoli. Zniknęły już prawie wszystkie stragany. Od tygodnia szukali śladów uciekiniera – maga mordercy i degenerata. Sprawdzili niemal wszystkie karczmy, zajazdy i obozy kupieckie w Wild Lands. Wszystkie ślady prowadziły do Old Tarantia – stolicy Aquilonii.
Robotę zlecił im wójt wioski Caenna w Poitain. Ciężki trzos, który otrzymali, jako pierwszą część zapłaty za schwytanie czarownika nie był już taki ciężki. Szczerze mówiąc nie ważył już prawie nic.

Yourichi poklepała się po brzuchu z kwaśną miną – Głodna jestem.
- Poszukajmy, zatem jakiegoś noclegu i ciepłej kolacji – zgodził się Zabójca.

*
- Szlag by to trafił – przewieszony przez balostradę Cień splunął siarczyście i podążył wzrokiem za szybującą z Mostu Vilerusa śliną - Takiego zawszonego siennika już dawno nie miałem pod głową. A po tej jajecznicy na śniadanie już trzy razy byłem… wiadomo gdzie – Gderał po swojemu Cień.
Yourichi podłubała w zębach źdźbłem trawy zupełnie ignorując utyskiwania kompana – Od czego zaczynamy poszukiwania?
- Od wychodka – odparł zabójca i ruszył w stronę jarmarku.
Mijając budynek mytnika zderzył się z zakapturzonym przechodniem, zaklął, cofnął. Stanęli naprzeciw siebie – on i zakapturzony. To był ułamek sekundy. Zwykły śmiertelnik nawet nie zdążyłby uchwycić okiem momentu bezruchu tych dwóch postaci. Oni nie byli jednak zwykłymi śmiertelnikami. Zdążyli zidentyfikować cel, podjąć decyzję i wykonać atak. Skoczyli równocześnie – Cień w przód z wydobytym sztyletem, czarownik w tył kreśląc błyskawiczne zaklęcie… Chybili. Obaj.
Cień zaatakował znowu. Mag już nie czarował, szarpnął się znowu w tył, stracił równowagę. Cień skoczył po raz trzeci… Czarownik był martwy zanim upadł w pył drogi. W bezpośrednim starciu wręcz nie mógł się równać z szybkością i precyzją zabójcy.
Krew z poprzecinanych arterii rzygała jeszcze obficie na bruk. Ktoś krzyknął, ktoś potknął się o drgającego wciąż trupa, ktoś obejrzał się zdumiony… Cienia już tam nie było.

*
- Coś wam spieszno do drogi moiściewy – oberżysta okazał się spostrzegawczym sukinsynem – toć rano kazaliście przygotować na wieczór obfitą kolację a przed południem konie ze stajni wyprowadzacie nawet juków dobrze nie przytroczywszy…
- A wam oberżysto spieszno do piachu zdaje mi się – Youriczi nigdy nie traciła rezonu – nie mówił wam nikt gospodarzu, że ciekawość to gwóźdź do trumny dla szynkarza?
- Ano mówił, mówił… Ale coś widzi mi się, że skoro wam w drogę tak prędko, to i o cenę za nocleg targować się nie będziecie.
- Jaką cenę? Dostałeś zapłatę z góry, z nawiązką – zdziwił się Cień.
Youriczi już w siodle podjechała do karczmarza strzemieniem niemal dotykając jego piersi – masz tu coś ekstra ciołku kuchenny. Kopniak cisnął oberżystę na dwukółkę pełną skrzynek z rybami. Karczmarz wywrócił wózek i prasnął pomiędzy rozsypane owoce morza. Zaszamotał się miotając niewyraźne przekleństwa, parskając wokół resztkami zębów. Nie zdołał jednak wstać uwięziony w oślizgłej rybiej pułapce.

Dwójka przyjaciół ruszyła w stronę najbliższej bramy miejskiej – tej prowadzącej na trakt do Cymmerii. Za bramą popędzili konie.
- Chyba nadłożymy drogi. Tędy trudniej nam będzie ruszyć do Poitain po drugą część zapłaty za zlecenie – Cień nie wyglądał na zadowolonego.
- Nie musimy wracać. Wiesz, wtedy jak wyszliście z wójtem przed dom jego żona powiedziała mi, ze druga część nagrody to bujda, że możemy się spodziewać tylko bełtu między oczy.
- Na Setha! Czemu dopiero teraz o tym mówisz?
- Dowiedziałam się, że ten dureń, jej mąż uknuł chytry plan wespół z radą Caenny. Ale ona nie miała złudzeń, co do wyniku starcia dwójki zawodowych łowców z bandą miejskich rajców. Powiedziała mi to wszystko ze strachu przed rzezią.
- Wychodzi na to, że zlecenie załatwiliśmy za pół darmo. Nie daruję obesrańcom!
- Spokojnie. Owa wójcina wyznała mi, że zdegenerowany mag skradł z ich świątyni niezwykle cenny szmaragdowy amulet. To będzie druga część naszej zapłaty.
- Trzeba mi było powiedzieć wcześniej. Obszukałbym tego drania. Teraz przepadło.
- Niezupełnie – Youriczi wyjęła z kieszeni lśniący magiczną zielenią przedmiot na rzemyku, drogocenny artefakt.
- Zdumiewające! Niemożliwe! – w głosie Cienia malowało się niedowierzanie i radość zarazem – Przed walką zostałaś na moście, po walce czekałaś pod łukiem miejskim i od razu ruszyliśmy w stronę jarmarku… Kiedy zdążyłaś to zabrać? Jak można być tak szybkim?
Youri uśmiechnęła się zagadkowo – Mrówka mnie ugryzła...

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:51 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

Ognisko zaczęło przygasać i ziąb wczesnojesiennej nocy smagał po najdrobniejszych kosteczkach niczym lodowy szytylet. Droo okryła się szczelnie pledem i nieznacznie mimowalnie wzdygnęła się.
-skoczysz po drewno Cat zimno mi?
-mówiłem, że braknie ale tobie jak zwykle nie chciało się więcej szukać, gdzie teraz po ciemnej nocy coś znajdę,cholera zawsze marudzisz jak tylko gdzieś cię wezmę, tam na tej twojej pustyni też chyba w nocy nie za ciepło co?
-to inny rodzaj chłodu,tu jest naprawde przeraźliwie zimno, poza tym już na sam widok ośnieżonych szczytów dostaję dreszczy.
-podniecają cię widoczki, rzucił z przekąsem i szelmowskim usmiechem na twarzy Catgern
- na Croma, ty tylko o jednym,spojrzała na Cata z politowaniem,pokręciła głową i westchnęła , żal mi tych dziewuszek z wioski na wiosnę z brzuchami będą latać a ty Cat żadnej nie przepuscisz...
Catgern wstał, przeciągnął się, przekrecił charakterystycznie głową raz na lewo potem wolno na prawo aż zachrupiało
-same do mnie lezą, nie mam śmiałości odmówić białogłowie, matka mi powtarzała za młodu, że kobieta jest ja kruchy gliniany dzban pełen źródlanej wody trzeba się o niego troszczyć , dbać, tulić i uważać by nie rozbić a i pić z niego z umiarem..
-no właśnie z umiarem... ripostowała Droo
-przeciez nigdy nie biorę więcej niż trzy na raz, o co ci chodzi Droo.. zadrosna jeseś?
- o takiego śmierdzącego kozimi skórami capa, weź przestań Cat, może twoje rzępolenie działa na wiejskie prostaczki ale na mnie nie robi wrażenia, wierz mi żadnego, poza tym twoje bajdurzenie po grzanym piwie jest nudne jak flaki z olejem, ile razy bedę jeszcze słuchała tych samych historii, wymyśl coś nowego, żygać mi chcę jak słysze o Barlu,Cieniu..Yourichim.. mamy tyle przyjaciół.. obiecaj mi w następnej wiosce opowiedz coś nowego, błagam cię bo rozpowiem w ciżbie żeś chory,parchaty i masz małego i żadna do ciebie na noc nie przyjdzie...
- a ty skąd wiesz jakiego mam, podgladalaś mnie dzisiaj jak w potoku obmywałem swoje waleczne, nie pozbawione urody ciało ..powiedział to nie udawając już rozbawienia, zawsze lubił się drażnić z Droo..
-nie pochlebiaj sobie szukałam odpowiedniego miejsca do medytacji i jakoś tak napatoczyłeś się...powiem tak widziałam większe.. u konia...
-łaaa, a widziałaś wogóle jeszcze jakiegoś chłopa na golasa, prócz mnie?
dobrze, że była już ciemna noc była i nieprzenikniony mrok bo delikatny pąs wykwitł na śniadym policzku Droo
- setki- odparła zbyt szybko i niepewnie,
Cat bezbłednie wyczuł to w głosie pięknej przyjacółki ale nie chciał już tego dalej ciagnąć, jutro czekała ich wyprawa do jaskini trolowej i trzeba troszkę zmróżyc oko
-dobra przejdę się może coś znajdę a ty połóż sie koło mnie, nic ci nie grozi za chuda jesteś dla mnie...spojżał na smukłe ciało Droo mimowolnie, a i pożuj troszke mięty bo po tej cebuli z boczkiem jedzie ci z pyska okrutnie..albo wiesz co odwróć się do mnie plecami..hii,hii
Droo spojrzała na przyjaciela i się tylko usmiechnęła, tekst o odorze gęby był jej, a że go często powtarzała Cat ją uprzedził,
-no dobrze wygraleś nie bedę się z tobą do rana przekomażać, wystarczy, że znajdziesz kilka drewion, nie jestem w stanie cię przegadać, ty jakimś zapijaczonym bardem powinieneś zostać po karczmach się włóczyć,dziewki bałamucić a nie żołnierką się zajmować dodała na koniec..ale przecież on to wszystko ma pomyślała, i tak w ferworze walki,w dziwnym tańcu jego wibujacych ostrzy,tnących przeznaczenie z precyzją Khemowskiego cyrulika przeżywa dziwną ekstazę i jak odgłos szczekających mieczy zgaśnie nagle staje się jakoś taki przygnębiony, markotny i nieobecny aż do nastepnego razu... tak walka to jego żywioł jego przeznaczenie i jego tęsknota za czymś co ulotne i niematerialne za... oddechem śmierci, która kąży wokół niego niczym czarny wdowi welon..kiedyś spotka swe przeznaczenie ..ale nie póki ja jestem przy nim, nie pozwolę na to, zmarszczyła swe dziewczęcie czoło i postanowiła sobie w duszy nie dopuszczę, muszę przecież jeszcze raz usłyszeć jak śpiewa,gra i opowiada o Barlu,Cieniu i innych..Jutro jej pierwsza naprwdę ciężka walka, jej pierwsze prawdziwe wyzwanie, jej inicjacja..będzie dobrze..drobny dreszczyk przeszył jej ciało..Cat będzie ze mną
Cat już nie słuchał, zatopił się w odgłos cykad, nahukiwań puszczyka nowoływań watahy wilków,woń ciemnej cymeryjskiej nocy wypełnila jego wnętrze, powoli zaciągnął się nocnym powietrzem niczym opium delektując się każdą upływajacą chwilą,westchnął tylko cicho z ekstazą i cicho syknął
-na Croma...
P.S.
sry za błędy jestem wtoornym analfabetą,warsztat literacki a własciwie za jego brak ale chcialem podziękować koledze za wspaniałe opowiadanie próbujac wpisać się niejako w jego klimat(bez szans) i oczywiscie zachęcić go do dalszych opowiastek

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:53 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
CATGERN

********** IV **********
PANCERNI


*
– Równać szyk! – Xionc ryczał na całe gardło, że aż pył sypał się ze skał wąwozu – Wyżej tarcze, bo nogi z dupy powyrywam, zanim zrobi to wróg!
Stalowy mur pawęży aquilońskiej doborowej piechoty zafalował lekko, wyrównał.
Czarnyleon oparty o skalną ścianę dłubał w paznokciach końcem sztyletu. Zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na manewrującego wojskiem komilitona… ani na wciąż narastający z południa tętent kopyt.
W miejscu, w którym stali droga wiodąca z Purple Lotus Swamp do Toth-Amon’s biegła ciasnym gardłem pośród skał. Miejsce to idealnie nadawało się do obrony przed górującym liczebnie przeciwnikiem. Centurion Xionc był znakomitym wodzem. Wiedział, co robi. Żołnierze ufali mu i darzyli go szacunkiem. Czuli się pewnie. Tym bardziej, że wraz z nimi miał stanąć w szeregu Czarnyleon, legendarny druh dowódcy.
Xionc zsiadł z tańczącego przed szykiem tarcz rumaka, przepędził go klapsem.
Czarny popluł na dłonie, zatarł. Bez słowa stanął w środku ugrupowania, w pierwszej linii. Nastawił tarczę i dobył miecza. Dowódca ostatni raz zlustrował oddział. Skiną głową do przyjaciela i niespiesznie, manifestując pogardę dla wroga zajął miejsce na prawym skrzydle.

Stygijska jazda waliła już w lej wąwozu ścieśniając szyk. Konie wyciągnięte w pełnym cwale niemal szorowały brzuchami po ziemi. Aquilończycy nie mieli prawa zdzierżyć takiej szarży. Ale zdzierżyli.
Łoskot konnicy walącej w żelazny mur tarcz słychać było ponoć nawet w Caravan Rider Camp. Szyk piechoty nie pękł jednak. Wygiął się, ustąpił, ale wytrzymał. Chwilę trwało całkowite pandemonium. Kwik koni mieszał się z wrzaskiem miażdżonych kopytami ludzi, huk żelastwa potęgował się odbity od ścian wąwozu…
Wtem przez ten cały ten zgiełk przebił się ryk wściekłego lwa – Falanga naaaprzóóóód !!! – Nie mogąc ciąć szeroko w panującym ścisku Xionc zmuszony był rąbać prosto, bez finezji, z góry na dół. Raz po raz pokryte posoką, kłakami i resztkami mózgu szerokie ostrze jego dwuręcznego miecza wznosiło się i opadało. – Naaaaaprzóóóóóód faaaaalaaangaaaa!!! – grzmiał z prawej flanki – Róóóóóóóównaaaaj szyyyyyyyyyk !!!!!
Żelazny oddział stękną, zachrzęścił zbroją, zwarł szyk i… drgnął. Zdawać by się mogło, że żołnierze bardziej boją się gniewu swego dowódcy niż śmierci z rąk wroga. Wolno, niczym stalowy żółw ruszyła falanga miażdżąc wszystko przed sobą.
Czarnyleon parł środkiem frontu. Rozłupany toporem hełm przepadł już na początku bitwy. Ciężkie żołnierskie sandały ryły trakt, kręgosłup trzeszczał, krew z rozciętego czoła zalewała oczy… Wierzcie mi lub nie, ale Czarny parł tarczą naprzód w ciżbę wrogów i… śmiał się. Śmiał się w głos…

*
Żołnierze wybijali rozpierzchnięte pośród pustyni luźne kupy, resztki dumnego jeszcze godzinę temu oddziału stygijskiej jazdy. Xionc i Czarnyleon opatrzeni z grubsza krzepili się mocnym, nemedyjskim piwem, jedynym trunkiem zdolnym skutecznie gasić pustynne pragnienie.
Wrócił dowódca zwiadu – Uciekł nam. Już go prawie mieliśmy… Zabił trzech naszych i pognał na północny zachód.
– Pies z nim tańcował – Xionc nie przejął się zbiegłym dowódcą wrogiego oddziału. Czmychnął z pola walki niczym szczur. Trudno.
– Spotkamy go jeszcze – uśmiechnął się Czarny – Opatrzcie rannych. Naszych i wrogów. Zabitych pogrzebcie pospołu. Ci, którzy tu zostali, żywi i martwi zasługują na żołnierski salut i szacunek.

*
Spotkali się w portowym mieście Khemi.
Nie wiadomo, dlaczego pokonany kilka tygodni wcześniej pustynny wódz zastąpił im drogę. Może chciał zmyć hańbę ucieczki z pola bitwy? Może po prostu zemścić się za klęskę swego oddziału? Kto wie? Dość powiedzieć, że znów miał przewagę liczebną. Na krótko, jak się zaraz okaże.
Różne opowieści krążyły później o tej walce. Byli „naoczni” świadkowie, którzy opowiadali jak dwaj potężni wojownicy przygniatani raz po raz tłumem napastników odrzucali ich niczym niedźwiedzie rycząc z wściekłości. Opowiadali ludzie, jak szczęk oręża o oręż krzesał iskry, jak przewracały się stragany kupców z prowincji Kopeshef…
Prawda była nieco inna. Mniej malownicza. Nie było finezyjnych szermierczych popisów. Nie było gonitwy, wrzasków i wypruwania flaków.

Stygijski kawalerzysta stał pośrodku wąskiej targowej uliczki. Nie był sam. Pięciu wynajętych rosłych portowych oprychów stojących za nim wzbudzało respekt. Przechodnie pierzchli.
Xionc i Czarny stanęli naprzeciw. Xionc zmierzył wzrokiem przeciwników, pociągną do dna z trzymanego w ręku cynowego gąsiorka, po czym zgniótł go jedną ręką i uśmiechnął się serdecznie. Bandyci zaprawieni w rozróbach i rozbojach potrafili w mig ocenić szanse. Znali swój fach i możliwości. Nie mieli zamiaru narażać gardła w starciu z zawodowymi żołnierzami. Poza tym sława tych dwóch pancernych wyprzedzała ich, gdziekolwiek się pojawiali. Opryszkowie ukłonili się i odeszli w stronę portu pozostawiając zdziwionego pracodawcę.
Stygijczyk cofnął się o krok, niby odchodząc… Nagle zawrócił i wywijając szablą skoczył do walki. Początek szarży miał imponujący. Koniec już mniej…
Czarnyleon gruchnął go rantem tarczy w szczękę, od dołu. Zęby wyfrunęły na sześć piędzi w górę. Stygijczyk pośliznął się na wielbłądzim łajnie, zamachał rozpaczliwie rozpostartymi ramionami i padł na wznak wzniecając tuman pyłu. Czarny popatrzył krytycznie na swoje dzieło wijące się z bólu w pyle drogi – Nie zasługujesz łajzo, by dobywać na ciebie miecza – wycedził.
Xionc wyrzucił zgnieciony dzbanek i gawędząc wesoło odeszli towarzysze broni w kierunku Serpent’s Head Inn – najsłynniejszego w całej Stygii burdelu.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:54 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

DROO
Droo z trudem łapała oddech, wszystkie nawet najdrobniejsze mięśnie miała napięte jak postronki, świdrujący ból głowy zaciemniał umysł,widziała jak przez mgłę rozmazane ksztalty,nieludzki wrzask, kwik śmiertelnie ugodzonych monstrów rozsadzał jej czaszkę.Podniosła się z trudem odruchowo dotykając potylicy, pulsujące ciepło dochodzące z tej części głowy świadczyło o sporej ranie, zakrwawioną rekę trzymała przez chwilę przed oczyma niedowierząjac widokowi posoki na drobnej dłoni.Następnie wzrok przeniosła na muskularną postać wijąca się posród bestii. Olbrzymi lodowy troll i dwa mniejsze z wściekłością napierały na Catgerna.Nieregularny oddech Cata świadczył, że jest już zmęczony przedłużającą się walką, taniec ostrzy skutecznie odparowywał ataki zwierząt, jednakże Cat tracił siły, liczne rany w tym szczególnie głeboka, mocno krwawiąca rana na piersi osłabiały go szybko, jego ruch były coraz bardziej niedokładne i wolniejsze, pot zalewał mu czoło przeszkadzając w obseracji przeciwników,słone kropelki wdzierały sie uporczywie do oka drażniac spojówki.Nie miał chwili oddechu by otrzeć twarz.
-Droo żyjesz ? zawolał chrapliwie
Droo momentalnie wróciła pełna świadomość,zlecenie na serce lodowego trola,15 sztuk srebra od Trusta wójta cymeryjskiej wioski niopodal jaskini trollowej,zejscie do jaskini,walka,potem ciemność...
-Nic mi nie jest Cat -powiedziała niepewnie przyduszonym głosem
Skoncentrowała się wokół jednego prostego szybkiego zaklęcia,w myśli powtarzała pradawne inkantacje wykonując jednoczesnie skomplikowane ruchy dłoni, naraz wyrzuciła z siebie niczym meteor wyuczoną formułę ,fala energii ekslpdowala z jej dłoni wprost na nacierające trole zatrzymując je na chwilę w bezruchu.
Cat tylko czekał na ten moment, błyskawicznie pozbawił rąk i głowy dwa mniejsze trole, strugi juchy z szyji zabitych zachlapały niskie sklepienie pieczary.Następnie dwa równolegle ułożone ostrza wbił głeboko w okolice serca jedno tuż nad nim, drugie poniżej, przywódcy troli i błyskawicznie wykonując półokragły ruch wyciął zgrabny otwór, schował broń, wyciągnął prawą ręke i wsadził głeboko w rozprutą klatkę piersiową monstrum wyszarpując bijace jeszcze serce potwora..
Szeroki usmiech białych zębów rozświetlil jego pogodną facjatę
-chcesz troszkę potrzy.....niedokończył Catgern
Grymas bółu pojawił się niespodziewanie na twarzy śmiałka,niczym kometa na niebieskim sklepieniu w jasną noc. Konające zwierzę w swej przedśmiertelnej agonii rozorało olbrzymim pazurem plecy Catgerna.Upadł na wznak, bez świadomości,w dłoni mocno dzierżył kurczące się coraz to wolniej i słabiej trolowe serce..
-Cat zakrzykneła Droo
Oszalałym z rozpaczy wzrokiem oceniała zranienie przyjaciela, paskudne rozcięcie od karku do lewego boku zioneło czerwienią, krew lała się obficie.Rozdarła halkę na pasy z całych sił ucisnęła ranę.Podarła dolną część otomany by przewiązać ranę.Zaczęła lustrować przyzwyczajaonym do ciemnosci wzrokiem wnętrze pieczary zamieszkiwanej do niedawna przez trole .Obszerna jaskinina aczkolwiek niezbyt wysoka upszczona była licznymi szkieletami zwierzęcymi i ludzkimi, gdzie niegdzie rozkładały się ciała niedawno zagryzionych zwierząt roznosząc słodkawy odór śmierci. Droo podniosła się z kolan, wyrównała oddech i metodycznie zaczęła szukać czegoś co pozwoli jej wyciągnąć potężne ciało towarzysza. Wybór padł na dwa zardzewiale długie miecze dwuręczne.Wsadzila je pod kolegę i przywiązała jego barbarzyńskim pasem.Potrzebowała jesze pasów ale to co znajdowała było zmurszałe i przegniłe.Wreszcie w kącie znalazła płytowy pas jakiegoś zapomnianego przez żywych guardiana.Już miała wracać ale wzrok jej przykuł szkielet leżący nieopodal, na pogruchotanych kościach leżał medalion wydajacy z siebie słabą energię, którą wyczuwają tylko czarnoksiężnicy z jej szkoły magii, schowała go szybko do głębokiej kieszeni i pobiegła chyżo do przyjaciela.Droga do wyjścia była prawdziwą męczarnią dla drobnej dziewczyny.Ostatecznie z wieloma przystankami zdolała wydobyć rannego na powierzchnię.Catgern był nadal nieprzytomny.Czasu miał niewiele a ona nie znała żadnych czarów przyspieszajacych gojenie ran.Kiedyś widziała manuskrypty do nauki leczenia ale były zupełnie inne od tego co znała ze szkoly magii ognia, obce runy nic jej nie mówiace.Muszę dostać się do wioski i poszukać zielarki inaczej Cat tego nie przeżyje - pomyslała. Przytroczyła swoje prymitywne nosidło do konia Catgerna i ruszyła w kierunku LittleConarh.Na skraju tej małej wioski stała karczma. Droo nie miała pieniędzy a jedynie zawinięte w szmaty serce lodowego trolla.Spodziewała sie uzyskać zaplatę od wójta za pozbycie się szkodnika ale nie ma czasu by targować się teraz.
Trzeba przemyć ranę czystą woda by nie wdało sie zakażenie - myślała szybko- zaprowadzila konie wraz z rannym przyjacielem do stodoły,ułożyła nieprzytomnego na czystym sianie i udała sie do karczmy.
Zaduch wewnątrz panował nieprzeciętny,przy debowych stołach gawiedź piła bez umiaru,jadła jaglaną kasze ze skwarkami,głośno bekała,tumult był nieznośny do tego odór niemytych ciał i uryny drażnił delikane nozdrza dziewczyny, wzdrygnęła sie odruchowo z obrzydzenia. Zagadała do rumianej przysadzistej piegowatej dziewki roznoszacej piwo
-przepraszam potrzebuję trochę czystego płótna i wody do obmycia ran przyjaciela, pomożesz zapłacę, naprawde mam gotówkę- blefowała Droo
Dziewczyna zmierzyła obcą wzrokiem pełnym pogardy i kiwneła głowa w stronę szynku
-Z oberzystą gadaj ja tu tylko sprzatatam i piwo rozoznoszę
Karczmarz był grubym,rudym zarośnietym i potwornie śmierdzącym człowiekiem słusznej postury o przetłuszczonych włosach o małych bladoniebieskich świdrujacych oczkach
-czego chciała starał się przekrzyczeć tłum-
Droo powtórzyła mu swoje życzenia zapewniając, że ma czym zapłacić
-zabieraj tego twojego obesrańca i wyności sie z tąd, nie chce mieć tu trupów na obejściu,to porządna gospoda
-ale ja naprawdę sie odwdzięczę- powiedziała z pokorą Droo
Oberżysta ocenił wzrokiem dziewczynę, potem wykrzywił twarz w grymasie pogardy i rzekł zbliżajac głowę się do dziewczyny
-wynocha parchu
Tego było za dużo dla zrozpaczonej Droo. Inkantacja inferno przyszła jej niejako samoczynnie, język płomienia objął długą i zawszoną brodę karczmarza, ten wrzasnął okrutnie,wywijajac i machając niezdarnie wielkimi łapami,starając się ugasić pożar swej włochatej dumy. Nagle w karczmie zrobiło się cicho na chwilkę, wszyscy z zaciekawieniem zaczęli śledzić rozwój wypadków.Widok zapalonej brody karczmarza wzbudził ogólne rozweselenie i salwy smiechu wybuchały z coraz większa siłą,im bardziej oberżysta się wił i krzyczał z bólu tym głośniej bywalcy przybytku dawali upust swemu zadowoleniu. Z końca sali powolnym dystyngowanym ruchem uniosła się z nad ławy kobieta średniego wzrostu w pięknym drogim płaszczu. Popatrzyła na Droo i na karczmarza,który zdolał ugasić ogień na resztkach swej brody.
-Pokazy fajerwerków to młoda piromanko urządzaj sobie na zewnątrz bo spalisz te paskudną norę i nie dokończę przypalonej smelki, która tu serwują zwracając oskarzycielski wzrok w stronę przerażonego i wściekłego karczmarza
-ja tylko chciałam troszkę wody i płótna do opatrzenia ran mego przyjaciela powiedziała z rozpaczą w głosie i napływajacymi z bezradnosci łzami do jej wielkich ciemnych oczu.
Piekna nieznajoma spojrzała przez chwilę bacznie na dziewczynę, na jej poszarpaną i poplamoną krwią sukmanę, na drżące ręce i na bladą zmeczoną twarz o regularnych rysach.Kiedyś będziesz łamała męskie serca niczym Czarnyleon podkowy pomyślała i rzuciła
- prowadź do niego
Droo spojżała z wdziecznością na nieznajomą,rzuciła sie do dłoni i chciała ucałować.Nieznajowma wyrwała dłoń,zaskoczona oduchem dziewczyny.
-dzięki ci dobra pani, w tobie ma nadzieja, on umrze...bez pomocy..
- nie mów mi pani, dziecko,mam na imię Arrima
cdn

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:55 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
CATGERN

********** V **********
OGIEŃ I WODA

*
Pamiętacie jeszcze tę opowieść o bitwie w Keshacie? Tak? No to się cieszę. Radość to wszak wielka dla barda, gdy kto nie tylko ucho balladą jego nasyci, lecz w sercu zachowa i w świat uniesie…
Ale o czym to ja… Acha, o sercu właśnie… Opowiem wam dzisiaj o tym, że ogień słońca Stygii niczym jest w porównaniu z żarem miłości. Opowiem, jak pośród jałowych piasków i skał zakwitł kwiat najpiękniejszy – uczucie od śmierci silniejsze…

*
Spotkali się... Ogień i woda. Spotkali się pobierając medyczne nauki w najsłynniejszym szpitalu Hyborii – świątyni Mitry w Old Tarantia.
Aquilończyk spodobał jej się. Rosły, barczysty, zadziorny – zupełnie nie pasował do braci żaków studiujących prastare księgi. Ona też przypadła mu do gustu. Smukła, piękna Stygijka. Odważna, wyniosła i wesoła zarazem, jakże inna od mniszek klepiących na pamięć wersety z opasłych tomisk.
Ich serca zaczynały bić szybciej, kiedy znalazły się blisko siebie – z radości.
Spotykali się niby to przypadkiem wpadając na siebie na schodach świątyni, kupując owoce na straganie, szukając ksiąg w bibliotece…
Z czasem ich serca zaczęły także bić szybciej oddalone od siebie – z tęsknoty…

Tak rodzi się uczucie moi kochani. Zjawia się niespodzianie, niczym złodziej. Kradnie sen i jawę. Czasem odbiera rozum. Ale daje coś w zamian – dar cenny, choć dziwny zarazem: niepokój, który jest ukojeniem, udrękę, która jest radością, rozpacz, która jest nadzieją… Ale o czym to ja…. Ach, już wiem…

Nadeszła godzina szkarłatu – posoki i pożogi. Aquilonia i Stygia skrzyżowały krwawe topory. Mówią, że to niebiosa z nudów bawią się ludzkim życiem… i śmiercią. Podobno w noc przed wybuchem wojny słychać było ponad górami śmiech mrocznych bogów. Jednak moi kochani, to nie bogowie przesuwają figury na szachownicy naszych losów… Pewnie nie uwierzycie mi, jeśli powiem, że to my sami… Nie wierzycie? Więc nic już o tym…

Kamienne schody biblioteki spływały potokami ulewy. Głuchy grzmot raz po raz przetaczał się po brzemiennym wodą niebie. W krótkich rozbłyskach piorunów można było dostrzec u szczytu schodów dwa cienie. Kpiąc sobie z nawałnicy stali tam w strugach dzeszczu… ona i on.
– To już czas – mówiła ona – Nie mogę tu dłużej zostać.
On nic nie mówił, zdusił jej słowa pocałunkiem. Przygarnął ją do siebie, otoczył silnym ramieniem. Ona przywarła chętnie do niego, do jego ust… Drżała, tuląc się przemoczoną koszulą do jego torsu – To z zimna – mówiła. On w duchu dziękował burzy, która kryła strugami deszczu jego łzy.
– Znajdę cię na końcu świata – zapewnił Aquilończyk.
– Znajdź mnie, nim on nastanie – poprosiła Stygijka…

Gdyby tej nocy ktoś zajrzał przez okno do maleńkiej izdebki na poddaszu biblioteki, zobaczyłby coś, czego nie sposób oddać słowami prostego barda. A zatem nie opiszę wam tego. Nie zaśpiewam, co działo się pod girlandami starych pajęczyn, w blasku dogasającego ogarka, na zżartym przez korniki łożu. Powiem wam tylko, że ta skromna dziupla była dla nich wykładaną hebanem i jaspisem komnatą najwspanialszego pałacu…

Błyskawice nieustannie ryły czerń nocy. Aż do rana. A świtem zbudziła go wrzawa maszerujących wojsk. Był sam. Rozpacz żelazną ręką ścisnęła za gardło. Na chwilę. Pochwycił płaszcz i pognał na plac targowy.
Tuż obok bramy portowej, niedbale oparty o ścianę stał potężny wojownik zakuty w stal. Dłubiąc w paznokciach sztyletem przyglądał się maszerującym na śmierć wojskom. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Aquilończyk podszedł do wojaka – Dokąd idziecie żołnierze? – spytał.
– Na wojnę, a gdzieżby? – odparł wesoło i uprzejmie pancerny – Do Stygii.
– Nie przyda wam się medyk?
Stalowy olbrzym zarzucił na plecy ciężką tarczę – Hej tam! – zawołał do centuriona, pokrzykującego na swój oddział pawężników – mamy nowego łapiducha!

*
W czas wojny niejedna nić życia urywa się, ulatuje niesiona strumieniem krwi i dymem pożarów. Czyjeś losy rozchodzą się na zawsze, czyjeś splatają na wieki.

Zgiełk ostatniej bitwy w Keshacie dogorywał z wolna. Skalny wąwóz dzielący Lotus Swamp i Toth Amon’s wypełniał odór potu, krwi i śmierci. W ostatnim zrywie obie strony rzuciły do walki wszystkie siły. Wszak przegrana w tym starciu oznaczała przegraną wojnę!

Stojąca na wzgórzu piękna i groźna Stygijka ciskała w tłum wroga piorun za piorunem. Od jej czarów niebo otwierało się grzmotem i uderzało świetlistym zygzakiem…
– Jak tamtej nocy… pomyślała Stygijka – jak tam, na schodach. Tyle, że tam z nieba lała się woda, tutaj żar.
Łza spłynęła jej po zakurzonym policzku. Wzniosła dłonie do kolejnej inkantacji. Nagle ujrzała w tłumie wojowników znajomą twarz. Mężczyzna osłaniając się tarczą wykrzykiwał leczące zaklęcia. Kreślił znaki magicznym grimuarem. I on jakby coś poczuł, zawahał się, popatrzył w jej stronę…
Dwa serca zabiły z całych sił – z nadzieją.
Kolejna fala walczących zmieszała szyki. Stracili się z oczu. Stygijka biegła już w dół zbocza. Grzęznąc po kolana w lotnym piasku ciskała pioruny na oślep, przed siebie, by utorować sobie drogę przez oszalały żądzą mordu tłum.
Nie widząc już nic wokoło przedzierała się przez zwartą w śmiertelnych zapasach ciżbę. Głupia – powiecie, na pewną śmierć poszła, między wrogi pobiegła, by jednego z nich ratować… a ja wam powiem – głupiście wy! Słuchajcie, co wam zaśpiewam!

Wrzawa, co do szału doprowadza
Żal, że nie może być inaczej
Czyjaś twarz, co w oku ci zawadza
Swym uśmiechem zmusza cię do płaczu

Chcesz pochwycić skarb najmilszy
Ale cienia nie doganiasz
Wobec zdrady własnych uczuć
Czymże jest rozumu zdrada… ?

*
Biegła… żeby zdążyć… Nie zdążyła.
Aquilońska falanga przeszła, zostawiając za sobą upiorny kobierzec utkany z trupów ludzi i koni. Zdyszana Stygijka odnalazła w końcu w stosie poległych swego wybranka. Rzuciła się na kolana, przywarła do nieruchomego ciała…
Dwa serca znów były tuż obok siebie. Tak blisko… i tak daleko…

Wsciekłość i miłość - nie wiem, która z nich silniejsza. Mówią, że gdy je złączyć – moc mają równą boskiej…
Ze łzami w oczach wzniosła Stygijka dłonie ku niebu. Pociemniało wokół. Pośród upału południa powiało chłodem i na piasek spadło kilka grudek lodu. Ciemność zaczęła gęstnieć i trzeszczeć elektrycznymi wyładowaniami. Trupy koni i wojów wokół Stygijki drgnęły, uniosły się kilka stóp nad ziemię, ponad wąwozem przetoczył się głuchy pomruk…
– Nie zdążyłam, kochany mój. Przeklinam was bogowie! Przeklinam was obu, Secie i Mitro! Lecz nie odejdzie mój luby, samotnie do Doliny Cieni. Ja podążę za nim! – Mówiąc to czarodziejka poderwała wokół straszliwy tuman unosząc coraz wyżej pył, trupy i kamienie. Tuman zawirował szaleńczo i wzdymając się niczym balon gruchnął z łoskotem trafiony świetlistym wężem – ostatnim piorunem, który przywołała czarodziejka wprost w swoje udręczone serce…

Zamknęła oczy. Lecz nie poczuła uderzenia. Odbity lśniącą tarczą grom uderzył w ścianę wąwozu. Ktoś dotknął jej policzka, przemówił:
– Usłyszałem cię, kochana. Dogoniła mnie twa rozpacz… Czułem to tak mocno, że wyrwałem się ze szponów czarnego ptaka. Musiałem wrócić, by ocalić od śmierci mój pustynny kwiat…
Aquilończyk odrzucił tarczę i pochwycił Stygijkę w ramiona. Długo tak klęczeli, objęci, zakurzeni, szczęśliwi. Tym razem nie było deszczu, który mógłby ukryć ich łzy.
– Metan… – powiedziała Stygijka…
– Arrima – pomyślał Aquilończyk i nic nie mówiąc zdusił jej głos pocałunkiem. Tak, jak wtedy, w Tarantii, kiedy stali na schodzach biblioteki, smagani strugami zimnego deszczu…

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:57 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

DROO

Arrima zasępiła się zobaczywszy skuloną postać leżącą na sianie. Catgern odzyskał przytomność pojękiwał z rzadka, oddychał nieregularnie świszcząc i charcząc. Piękna lekarka sprawnym ruchem obróciła go na bok, ostrym jak brzytwa golibrody sztyletem przecięła szmaty, w które owinęła go Droo. Dotarła do głębokiej i szerokiej siąpiącej krwią rany, dokonała jej szybkiej rewizji i wyciągnęła fragment szpona lodowego trola. Ów pazur bestii przebił opłucną po lewej stronie i uszkodził płuco doprowadzając do odmy, stąd Catgern miał trudności z oddechem i niezbędna mu była natychmiastowa fachowa pomoc.
- Wróć do gospody, powiedziała Arrima spokojnym rozkazującym tonem głosu, wyćwiczonego w wydawaniu krótkich jasnych poleceń, pod ścianą na końcu izby siedzą moi przyjaciele ,poproś aby Metan mężczyzna w średnim wieku z siwą krótka brodą, opisała pokrótce swego druha, przyszedł tu niezwłocznie, następnie udaj się do żony właściciela tej śmierdzącej nory i weź od niej kilka czystych prześcieradeł i zanieś je do mojej kwatery.
Droo nie trzeba było dwa razy powtarzać wpadła do tawerny niczym spłoszone źrebię, odrzucił ją słodkawy, gęsty smród tego przybytku, sprawnie manewrując między pijaną ciżbą dotarła do ławy, przy której biesiadowało kilka osób. Szukała wzrokiem opisanego przez lekarkę mężczyzny, speszyła się nieco albowiem wzrok wszystkich skierował się na nią
- o proszę kogo tu mamy, młodocianą podpalaczkę, dziecko nie baw się więcej ogniem bo sobie delikatne paluszki opalisz a mogą się jeszcze przydać, powiedział zwalisty mężczyzna z czarnym jak węgiel wąsem. Wiesz dodał jakbyś mi kark rozmasowała dzisiaj w nocy to nauczę cie kilku sztuczek, które w życiu ci się przydadzą zwłaszcza takiej ślicznej dziewuszce, rozdziawił przy tym swą porytą bliznami facjatę ukazując wcale niezłe uzębienie, rechocząc z dobrego jak mniemał dowcipu. Drugi mężczyzna milczał przypatrując się ciekawie dziewczynie.
-Pani Arrima prosi niezwłocznie i tu głos Droo się załamał, odchrząknęła ,pana Metana do siebie, zwróciła swoje ciemno brązowe duże modre oczy na starszego mężczyznę z siwą zadbaną brodą , który dopijał niespiesznie wino z cynowego kubka, mój przyjaciel , tu znów straciła glos na moment, przełknęła ślinę Catgern , chyba umiera i łzy mimowolnie popłynęły strumieniem po gładkim policzku.
Droo nie spodziewała się takiej reakcji, zwalisty mężczyzna siedzący na końcu stołu, żartujący z dziewczyny na dźwięk słów Catgern wystrzelił do góry jak strzała z cymeryjskiego łuku, a ława przy, której wszyscy siedzieli wyleciała w powietrze jakby była zydelkiem jakimś. Po chwili Droo miała wolny korytarz do drzwi, mężczyzn siedzących przy ławie nie było za to słychać był tylko jęki i przekleństwa osób, które stały na drodze do wyjścia.
Odwróciła się na pięcie i do pomieszczenia za szynkwasem. Smród mięsa przygotowanego do smażenia drażnił jej nozdrza, białawe robaki wijące się na półtuszy dopełniały obrzydzenia i z trudem Droo opanowała odruch wymiotny.
- A ty tu czego ? Mało ci, spaliłabyś mego biednego Gizma, wstrętna wywłoko i zamierzała już się rzucić z brudną szmatą na Droo. Dziewczyna stała wyprostowana niczym struna i wolnym acz stanowczym głosem naśladując Arrimę rzekła;
-Trzy czyste wyprane dzisiaj prześcieradła zaniesiesz natychmiast do kwatery pani Arrimy, postawisz też tam wiadro wody świeżo nabranej ze studni i zrobisz to w jednej chwili bo inaczej spalę tę nędzną budę razem z twoim zawszonym mężem i twoimi łajdaczącymi się panienkami, zrozumiałaś dobrze czy mam cię zapalić do roboty? Dodała Droo mrużąc ze zdenerwowania powieki.
Karczmarka zdębiała, rozwarła gębę wypełnioną poczerniałymi pieńkami, tak panienko westchnęła, tak do pokoju pani Arrimy, tak już lecę, ręce jej zaczęły drżeć ze zdenerwowania i przejęcia, tak panienko natychmiast powiedziała już szeptem wybiegając z izby.
Droo nie wiedziała czy to jej słowa czy imię Arrimy tak podziałało na tę kobietę ,pokręciła z niedowierzaniem głową i pobiegła w kierunku stajni.
*
Przy Catgernie pochylał się Metan mamrocząc półgłosem medyczne inkantacje, z jego dłoni wystrzeliła niebieska poświata co razem z zieloną poświatą pani Arrimy przypominały Droo fragment tęczy tak częstej tu w Cymerii a prawie nigdy nie widocznej w jej ojczyźnie. Catgern majaczył pot spływał po jego umorusanej pociągłej twarzy, a oddech miał charczący.
-Kathrine, Kath..rine ,powtarzał przerywając i wijąc się w malignie.
Arrima odwróciła głowę w kierunku Droo i zapytała:
- Wszystko gotowe, jak nakazałam?
-Tak pani, odpowiedziała dziewczyna z wdzięcznością w głosie.
-Czarny Arrima zwróciła się do olbrzymiego mężczyzny z czarnym krótki wąsem weź Cata i zanieś go do mojej kwatery a i uszczypnij swego srokacza w zadek, potrzebny mi nieco włosia do zszycia tej paskudnej rany a i wygotuj je proszę ostatnio przyniosłeś mi lekko zafajdane łajnem, Droo ci pomorze dodała z przekąsem, twarz jej złagodniała ,zgubiła gdzieś napięcie, rozluźniła się doszła do przerażonej Droo położyła jej dłoń na ramieniu
- nie martw się nie z takich srogich terminów wyciągaliśmy Cata z Metanem, przyjdź do mnie na górę wieczorem jak opatrzymy tego niesfornego barba, opowiesz mi wszystko o sobie i o zajściu w jaskini lodowych troli , uśmiechnęła się do niej odgarnęła ciemne gęste włosy z twarzy Droo ,będzie dobrze nie pozwolę mu umrzeć.
-skąd pani wie że tam byliśmy? Zapytała zdziwiona Droo.
-Masz na pamiątkę i wręczyła olbrzymi pazur trola dziewczynie, możesz zrobić z niego fajny naszyjnik i uśmiechnęła się przyjacielsko.
*
Czarny oceniał Droo ślizgając wzrokiem po gibkim ciele dziewczyny, wreszcie pokręcił niezdecydowanie głową i rzekł
-Cat zawsze miał niezły gust ale dla mnie jesteś zdecydowanie za chuda, co on w tobie widzi, nie rozumiem , ale może masz potencjał ogniowy w kroku. Stawiam raczej na sierociniec, zawsze ratował dziewuszki szczególnie stygijki z niewoli, i się nagle roześmiał, chyba stygijki, zaraz, on to chyba rżnie cymeryjki a traci głowę dla stygijek albo na odwrót, już się gubię w tych jego ciągutkach.
Droo wyjmowała z garnka z wrzątkiem włosie wyrwane przez Czarnego z końskiego ogona,
- zawsze taki pan obcesowy i wulgarny rzuciła z niesmakiem Droo do Czarnego, nie jestem jego własnością ani kobietą jeżeli już pan taki wścibski, to mój i szukała odpowiedniego słowa.. towarzysz podróży i dobry znajomy, bliski znajomy pokiwała głowa jakby znalazła właściwe określenie jej związku z Catgernem
- a.. czyli by się zgadzało rżnie jednak cymeryjki. Tak bo tamta …coś sobie cicho mamrotał był stygijką, tak Kath… była i uciął nagle jakby się ugryzł w język,
-no nie ważne dodał głośno kobiet jest pod dostatkiem a my sobie z Catem pod tą sama kieckę nie zaglądamy taki mamy układ .Możesz spać spokojnie, nie będę cię w nocy nachodził aczkolwiek wiem to już z doświadczenia, całkiem sporego doświadczenia i tu pogładził się po swym czarnym wąsie, że ty zasnąć nie będziesz mogła. No ale przytyj troszkę to się Catem rozmówię. No nie mówię zaraz nie, nie chcę cię załamywać i zostawiać całkiem bez nadziei, bo przecież ona umiera ostatnia. Jestem swój chłop i wrażliwość swoją mam, a i nie szlochaj w poduszkę bo to na mnie nie zrobi żadnego wrażenia, zbyt wiele niewiast już płakało by mnie wzruszyć..a układ to układ męska rzecz, łypnął spode łba jednym okiem uśmiechając się nieznacznie
Droo nie wytrzymała i roześmiała się perliście, uśmiechnęła się do Czarnego pokazując swe dorodne białe jak śniegi szczytów Atzel zęby
-Ale z pana jest przewrotny jegomość taki sprośny, dosadny a jednak da się, myślę pana z czasem polubić
-Czarny jestem dla przyjaciół a przyjaciele Cata to moi przyjaciele, życie bym za tego postrzelonego barba oddał, bez wahania jak i on za mnie.. urwał nagle bo głos mu w gardle nagle zamarł ze wzruszenia
Droo podeszła do Czarnego i cmoknęła go policzek
-Wiem, że tak byś uczynił Czarny, wiem to od chwili gdy na dźwięk jego imienia ława , całkiem solidna ława roztrzaskała się o sklepienie gospody. Jego nie można nie kochać gdy się go pozna, ale traktuje mnie jak córkę, której nigdy nie miał, a może ma ich wiele tylko o tym nie wie uśmiechnęła się zawadiacko i poszła na górę do Arrimmy, zanieś końskie włosie.
Cdn..

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:58 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

DROO

Arrima po nawleczeniu włosia na zakrzywiona kutą metalową igłę z wprawą zaczęła przekłuwać skórę. Metan zbliżał brzegi rany żeby ułatwić pracę swojej towarzyszce. Droo widziała już takie zabiegi niejednokrotnie ale takiej maestrii ruchów nie pamiętała. Zwróciła też uwagę na mężczyznę pomagającego Arrimie opatrywać Cata, postawny o smagłej twarzy porośniętej krótką siwą brodą patrzył na jak się domyślała na swoją partnerkę z takim żarem i czułością jaką nie spotyka się często a i emanowała z niego energia podobna do tej, którą posiadała Arrima. Droo wyczuwała jednak nieznaczne różnice fluktuacji esencji magicznej. Tak silnej emanacji energii nie spotkała u żadnego do tej pory człowieka, którym się zetknęła choćby przelotem. Arrima wprost kipiała niewyobrażalną zniewalającą potęgą ale trzymana na uwięzi jak dobrze ułożona rasowa klacz. Po skończonej operacji Metan użył swej medycznej mocy priesta by przyśpieszyć gojenie i złagodzić ból. Catgern wyglądał już lepiej, trupia bladość zniknęła z jego umęczonej twarzy, nawet pojawił się nieznaczny rumień związany z wysoką jeszcze gorączką. Dziewczyna z troską i zmartwieniem patrzyła na swego przyjaciela.
-Droo skarbie przyjdź do mnie późnym wieczorem, zaparzę jaśminowego naparu to sobie pogawędzimy.
Droo skinęła głowa i ostrożnie wycofała się z izby.

-Co sadzisz o młodej towarzyszce Cata kochanie? zagadał po wyjściu Droo Metan
-Hm, powiem tak nie widziałam jeszcze tak szybko kastowanego inferno w swoim życiu, a wielu już widziałam demonologów, ponadto wyczuwam u niej ponadprzeciętne pokłady źródła esencji magicznej, sam pewnie się domyślasz, że nie była szkolona lub bardzo krótko i powierzchownie. Tylko wieloletnie ślęczenie nad manuskryptami i odpowiedni mistrz może z niej ukształtować świadomego swych umiejętności maga, ale to niewątpliwie naturalny, wyjątkowy samorodny talent. Catgern to wyczuł dlatego się nią zaopiekował, choć czy to był główny powód to tego nie jestem pewna, uśmiechnęła się promieniście Arrima zamyśliwszy się na chwilę, on podejmuje tak niespodziewane , spontaniczne i zaskakujące decyzje, że w sumie nie wiem czy to miało dla niego jakiekolwiek znaczenie. Mam do niego jednak, żal że wziął tę dzierlatkę i poszedł do groty trolli gdzie trzech zaprawionych w tego rodzaju akcjach starych wiarusów miało by co robić. Kompletna nieodpowiedzialna brawura. Pokręciła głową z niezadowolenia. Co on chciał udowodnić, dodała?
- Może szukał swego przeznaczenia, zabić ból utraconej miłości i znaleźć szybkie rozwiązanie swych życiowych problemów zasugerował Metan
-Myślisz zapewne o Kathrinne, jak zwykle tłumaczysz mój miły wszystko zbyt dramatycznie i pompatycznie, tak to przygnębiająca i bolesna historia, zasępiła się na chwilę Arrima. Wiem, że ogrom nieszczęść, które spłynął na tego szalonego barbarzyńce ukształtował go na wspaniałego życzliwego człowieka ale nie mogę zrozumieć tego, że narażał to dziecko na takie niebezpieczeństwo, i tego wybaczyć mu nie mogę. Spojrzała na Metana oczekując aprobaty .
Metan zasępił się na chwilę z wolna potakną głową i dodał
-Mimowolnie sami szukamy często guza porywając się na rzeczy niemożliwe i jak dotąd nam się udaje wyjść w jednym kawałku z niejednej opresji, i uśmiechnął się do swojej towarzyszki jakby mimochodem chciał wyłuskać stare wspomnienia ich młodzieńczych szalonych wypraw.
*
Droo zamyślona schodziła ze schodów i na dole spotkała Czarnego rozmawiającego głośno z drugim barczystym mężczyzną o roześmianej twarzy i gęstych błąd włosach upiętych zalotna kitkę.
-Myślałem, że te cztery młynareczki, mnie wykończą, nie miały nigdy dość, już zacząłem się poważnie niepokoić o swą , sam wiesz znaną tu i ówdzie ,i tu mrugnął do Czarnego, reputację. Nie …muszę stanowczo ograniczyć limit do trzech naraz bo cztery nienasycone dziewoje to może być za wiele jak na moje nadwątlone ostatnio siły, nagle zwrócił uwagę na Droo schodząca ze schodów
Kogo oczy me widzą , co to zniewalająca piękność rozświetla swym blaskiem jutrzenki ten marny przybytek. Pani me ramię od dziś do dni mych ostatnich, jest o piękna, na twe rozkazy, co chcesz bym uczynił, spojrzał na Droo i szelmowsko się uśmiechnął po czym odwrócił głowę i ponownie łypnął okiem do Czarnego, następnie podszedł do dziewczyny uklęknął na jedno kolano i ujął w dłonie rąbek starej i pocerowanej sukienki Droo i złożył ostentacyjnie mlaskając głośno pocałunek.
-Z kim waść mam przyjemność, Droo domyśliła się, że ma do czynienia z konfratrem Czarnego pewnie równie sprośnym i zepsutym ale i mimo wszystko nieco się zarumieniła bo nikt tak do niej wcześniej z taką galanterią się nie zwracał.
-to Xionc dokonał prezentacji Czarny największy łajdak, rajfur i huncwot jakiego znam i mój najbliższy przyjaciel. Przy nim nic ci nie grozi pod warunkiem, że jesteście daleko od alkowy, ale i to czasami nie jest dla niego przeszkodą ,no ale skarg od żadnej białogłowy na niego nie było więc się raczej nie obawiaj, że nie zostaniesz obsłużona jak należy, dodał Czarny chichocząc
-Dzięki Czarny za wyczerpujące i obrazowe przedstawienie mej skromnej osoby ,ripostował Xionc, ale niech ta zjawiskowa piękność , i ponownie zwrócił wzrok na Droo, sama oceni po mych czynach czy wart jestem jej serca. Co rozkażesz , ma pani? i skłonił się zamaszyście przed dziewczyną to uczynię lotem strzały wypuszczonej z piktyjskiego łuku. Złapał się teatralnie za serce i wykrzywił twarz w grymasie udawanego bólu, albowiem pierś ma przeszyta na wskroś strzałą miłości do ciebie tak nagłej i jak piorun letniej burzy rozpruwa chmury tak me serce krwawi kroplami deszczu niespełnionego pożądania poznania ciebie bliżej i w ostatniej frazie na wydechu zniżył głos do szeptu.
-Zawsze tak pieprzy bez sensu jak nie zje porządnej kolacji a ostatniego wieczora zajęty był z deczka misją delikatną acz wyczerpującą, to z głodu, nie bierz tego jego dyrdymałów na poważnie, bo to lej woda pierwszej klasy, a jak kobitkę zobaczy to mu się w rozumie oleje przelewają i zamiast na nogach na głowie staje i straszne głupoty wygaduje.
Droo popatrzyła to na Czanego to na jego szarmanckiego przyjaciela, nieśmiało się uśmiechnęła i lekkim zażenowaniem odrzekła starając się kontrolować nieco drżący głos
-Jest jedna kwestia, w której pomoc waszmościów by mi się przydała rzekła Droo z namysłem. Za serce lodowego trola wójt Trust obiecał 15 sztuk srebra Catgernowi. Nie podobał mi się ten jegomość i obawiam się, że jak pójdę sama nie będzie chciał rozstać się z sakiewką dobrowolnie.
- Nie ma problemu, rzekł ucieszony Czarny, my z Xioncem sprawy windykacyjne lubimy najbardziej a i chętnie posłuchamy co stary szubrawiec będzie miał do powiedzenia, i jak zwykle zachichotał cicho, jakby się nie mógł doczekać chwili, w której wójt stwierdzi, że nie ma srebra.
*
W wiosce Little Conarch Vilage jak co roku z okazji zbierania podatków i wizyty głównego poborcy szeryfa Logana odbywał się jarmark. Główną atrakcją i prestiżową dyscypliną stanowiło siłowanie na rękę przy specjalnie na tą okazję zrobionej cedrowej ławie . Od lat zwycięzcą w tej konkurencji był Trust, który parał się też kowalstwem , choć niektórzy twierdzili, że prawdziwe talenty posiadał w zupełnie innej dziedzinie doprawiając rogi połowie swoich niczego nie podejrzewających kumów. Tym nie mniej nie był szczególnie lubiany przez zazdrosnych mężów, za to podziwiany przez często zaniedbywane żony, albowiem co jak co ale jurności mu ponoć nie brakowało. Po wizycie w domu wójta Droo i jej przyjaciele dowiedzieli od jego krzykliwej, rudej i piegowatej j żony, że kowal jest już na zabawie a i że cały dobytek swój oraz wioski postawił na zakłady, w których sam bierze udział.
*
- Co robimy krzyknął ze złością w głosie Xionc jak zaszlachtuje tego gnojojada to przepadnie nam nagroda
-Musisz wygrać te zawody i zgarnąć pule ,to wszystko, a blisko było uprzedniego roku, bliziutko ,no ale się nie udało i przeputałem wszystkie oszczędności, ale tym razem postawię co mam na wójta, zarechotał Czarny.
- To może ty razem wystartujesz cwaniaczku? Odszczeknął Xionc
- Ja owszem ćwiczę przedramię unosząc kwaterkę piwa, a i owszem wcale regularnie i tu popatrzył na swą muskularną dłoń ,i z dumą w głosie dodał nie jeden śmieciożerca poznał moją prawicę ale nie miał okazji by o tym rozpowiadać.
Tymczasem Droo obserwowała ukradkiem wójta, który gromadził wokół siebie gromadki ciekawskich, zwolenników, hazardzistów i co ponętniejsze wioskowe piękności mizdrzyły się do niego i z głośnym piskiem uciekały jak nazbyt nachalna olbrzymia dłoń kowala powędrował pod ich spódnicę. Wójt rozprawiał głośno i puszył się nienaturalnie oczekując aplauzu i uznania jego siły i witalności. Droo przykuł jednak uwagę tak jak za poprzednim razem gdy razem Catgernem ustalali z kowalem wartość nagrody za serce trola, medalion mieniący się słabym blaskiem runicznym. Nie miała w tym doświadczenia wielkiego, ale widziała już takie talizmany. Trudno było ustalić jego właściwości bez posiadania dogłębnej wiedzy na temat umagiczniania przedmiotów i dokładnych analiz danego artefaktu ale akurat w tym wypadku Droo domyślała się w jaki sposób pomaga on kowalowi w pracy i zawodach.
-Tym razem wygra pan dla mnie panie Xionc, prawda? i patrząc mu prosto w jego błękitne oczy uśmiechnęła się do niego zalotnie jak umiała najładniej
Xionc westchną cicho i patrząc to na swego starego druha to na dziewczynę sapnął,
-Droo mów mi zwyczajnie jak wszyscy Xionc, to tak gwoli wstępu, ale postawcie co macie dla pewności na kowala żebyśmy całkiem bez grosiwa nie byli i na łasce Arrimy nie zostali bo wstyd mi już prosić ją o miedziaki, gdy na piwo braknie.
-Coś słyszę brak wiary w twym głosie, czyżbyś się obawiał, że nie dasz rady temu zaplutemu wsiunowi, żartowała nie ukrywając już uśmiechu Droo
-Nie ,no dam z siebie wszystko ale coś ostatnio dokucza mi ta prawa ręka, przeciążyłem ją czy jak, no pewności nie ma, że wygram więc przyjaciele trzymajcie kciuki za mnie, ale stawiajcie na wójta odpowiedział Xionc wyraźnie nie w sosie.
Droo podeszła do Xionca wspięła się na palce i musnęła ustami go w policzek ,
-To na szczęście szepnęła Droo, i wierzę w ciebie mój kawalerze, postawie wszystko co mam czyli 25 miedziaków na ciebie, Czarny też postawi co ma podobnie, bo to twój druh i nie wypada inaczej, prawda Czarny?
Czarny się skrzywił ale nie chciał robić przykrości dziewczynie i już pożegnał się w duchu ze swoją sztuką srebra wygraną w kości wczoraj w nocy, bo nie wierzył w wygraną przyjaciela .Znał i widział w akcji przeciwnika. Potaknął tylko z aprobatą ale bez entuzjazmu. Droo widząc to podeszła do Czarnego ujęła jego pobrużdżoną bliznami twarz w swe drobne delikatne dłonie i powiedziała
-Więcej wiary stary guardianie obrońco niewinnych serduszek, teraz masz u swego boku Droo wielkiego maga i pogromcę troli a uśmiech, który darowała Czarnemu roztopił by serce każdego nawet najbardziej zatwardziałego żołnierza.
-Oj Droo za parę lat będziesz za sobą wlekła pół wiorsty kawalerów zaślepionych w twym blasku odparł już udobruchany Czarny.
*
Wójt Trust jako zdobywca głównej nagrody 10 sztuk srebra ustanowią przez szeryfa Logana dla zwycięzcy nie siłował się ale czekał na śmiałka, który wygra eliminacje i w myślach już obliczał wygraną. Zakłady głównie obstawiano na niego więc nie spodziewał się, że pomnoży zbytnio 30 sztuk srebra, które postawił na siebie ale i tak był z siebie zadowolony i raz po raz spozierał na co kraśniejsze pannice, które nie ukrywały ochoty by z nim pobyć choć na chwile w ustronnym miejscu.
Xionc zapisawszy się do rywalizacji pokonywał kolejnych przeciwników aczkolwiek trudy nocy i dnia poprzedniego wyciskały się na jego kondycji i z trudem wygrał ostatnia walkę, mobilizując wszystkie siły. Nie chciał zmartwić Droo, którą z miejsca polubił, nie była specjalnie w jego typie, choć urodę miała delikatną i ponadprzeciętną, ale sposób jej bycia i jej żywiołowość, spontaniczność i radość życia była tak zaraźliwa, że sposób było przejść koło niej obojętnie. Bardzo chciał sprawić przyjemność dziewczynie i wygrać ale wiedział, że nie da rady wójtowi i to go bardzo bolało. Cierpiała też jego żołnierska duma a i świadomość , że te wszystkie dziewoje, które mogły być jego bez trudu po zwycięstwie najprawdopodobniej zgarnie ten śmierdzący cap, wkurzała go okrutnie.
Droo z nasuniętym głęboko kapturem przechadzała się wokół straganów i szukała taniego i porządnego rzemyka, ten który był przy medalionie znalezionym w grocie był kompletnie zmurszały i praktycznie rozpad się jej w rękach. Nie zważała na docinki miejscowych, którzy w sposób dosadny i wulgarny dawali jej do zrozumienia, że nie jest tu mile widziana. Wybrała 30 calowy rzemyk za 5 tinów. Zadowolona z zakupu skierowała się w kierunku zawodów. Tłum gęstniał ,poruszenie było coraz większe, gapie przekomarzali się między sobą i twierdzili, ze będzie podobny finał jak poprzedniej jesieni, inni nie dawali temu wiary.
-To co gotowy na ostatni pojedynek? zagadnęła Droo odrzucając kaptur. Xionc milczał, popatrzył tylko na dziewczynę smutnym wzrokiem. Czarny masował ramię i przedramię przyjaciela, przeklinając po cichu.
-Tak za chwilę, wreszcie się odezwał zachrypiałbym głosem
Droo podeszła do Xionca i nałożyła mu na muskularna szyję runiczny medalion,
-To w celu wyrównania szans rzekła,
- Nie można używać magii podczas zawodów, to nieuczciwe i już zamierzał się zdjąć medalion Xionc, honor posiadam a i przegrać w uczciwej walce potrafię, nie Droo nie mogę dodał.
Droo położyła swą drobniutką dłoń na potężnej i żylastej łapie Xionca,
-To jest prezent dla mojego kawalera, który obiecał bronić mej czci i godności oraz mi wiernie służyć, pamiętasz swe słowa , czy tylko dla żartu i śmiechu je powiedziałeś?
-Droo skarbeńko nieba bym ci uchylił ale są pewne zasady, którym każdy szanujący się conqueror podlega i złamać się ich nie godzi w żadnym razie.
- A jeżeli druga strona oszukuje? Ripostowała, nie dając za wygraną Droo
- Co wrzasnął Xionc! Ten śmierdziel ma magiczny artefakt…a to ci dopiero gadzina, dlatego ze mną wygrał uprzednio.. zaraz mu mordę obije i dokopię szubrawcowi..
-Ciii bo usłyszą położyła dłoń na ustach Xionca Droo, nie ma co robić zamieszania bo nagroda nam przejdzie koło nosa jak się wyda, że oszukiwał, trzeba go przechytrzyć i pokonać jego bronią, bo kto od miecza wojuje ten od miecza ginie, znacie dzielni żołnierze te powiedzenie?
-Taak ale, co to za błyskotka? zapytał Czarny wskazując głową w kierunku medalionu wiszącego na piersi Xionca.
-To potężny modyfikator siły, mnie nie przydatny w ogóle ale wam dzielni wojacy w waszych tułaczkach nada się w sam raz.
-Mody.. co? zapytał ponownie Czarny
- Ach ci mężczyźni nic kompletnie nie wiedzą o magii , tylko kobiety, wino i śpiew się dla nich liczy a i rozróba od czasu do czasu..rzekła z emfazą Droo starając się zrobić na przyjaciołach wrażenie światłej kobiety
- Nic nie wiem o magii? syknął Xionc, nie myśl sobie, że jak czytać i pisać potrafisz to już wszystkie rozumy pozjadałaś, bo powiem ci w sekrecie co wiem o magii, dziecinko. Magia to iskrzy jak schwycę dziewoję za jej twardy jak łupina orzecha pośladek, jak ujmę jej jędrne i sprężyste piersi w swe dłonie, jak rozgniotę jej wilgotne chętne usta w namiętnym pocałunku, jak wyda z siebie spazm rozkoszy to jest prawdziwa magia a nie te wasze machanie paluszkami i bełgotanie w dziwnym języku, ale ty tego nie możesz wiedzieć. Nic straconego podrośnij nieco, nabierz ciała to cię zaprowadzimy z Czarnym w parę miejsc, i tu mrugnął do Czarnego porozumiewawczo, a tam wszystkiego cię wyuczą, a i po starej znajomości to nawet za darmo, i zarechotali razem z Czarnymleonem jednocześnie..
-może byś się tak skoncentrował na zadaniu a nie mi tu bajdurzył o macaniu kur niosek bo mi tym nie zaimponowałeś, skomentowała długi wywód Xionca Droo nieznacznie marszcząc czoło i udając lekko obrażoną.
*
Przed walką długo mierzyli się wzrokiem, Xionc nie ukrywając pogardy, a Trust nienawiści, albowiem córki młynarza miast do niego to podobno z Xioncem zabawiały się do południa a już od dawna się na nie rychtował. Schwycili się za prawe dłonie, drugie położyli na specjalnych kołkach wbitych blat ławy, zaparli się nogami i na dźwięk start wypowiedzianego przez sędziego, którym był jak co roku poborca Barkan naparli na siebie z impetem. Początkowo przedramiona nie drgnęły nawet o cal, mięśnie naprężone do granic wytrzymałości niemalże trzeszczały a i grube poskręcane niebieskie żyły, które ukazały się tuż pod skórą tętniły regularnie. Pot spływał z obu twarzy. Trust oddychał, ciężko sapiąc, nie spodziewał się takiego oporu ze strony przeciwnika, pomału zaczynał wątpić w łatwe zwycięstwo bo pojedynek zaczął się przedłużać, a przewagi nie był w stanie wywalczyć. Zaskoczony przebiegiem starcia nieznacznie łypnął okiem na córkę mleczarza o blond włosach splecionych warkocz, wąskiej tali i bujnych piersiach. Na znak dany przez wójta podeszła i stanęła frontem do Xionca. Następnie zaczęła lekko wzdychać, nadymać usta i zalotnie mrugać powiekami, jej niespokojne ręce błądziły po jej grzesznym ciele dekoncentrując Xionca, który co rusz mimowolnie wzrok kierował w stronę ognistej mleczarki. Szala zwycięstwa zdawała się przechylać na stronę wójta. Droo widząc to stuknęła Czarnego by ten zajął się dziewuchą, co uczynił z nieukrywaną przyjemnością. Gdy dziewoja zniknęła z oczu Xionca rywalizacja nabrała rumieńców albowiem conqueror nadrobił straty i zdołał wyrównać do pionu. Xionc zdawał sobie sprawę, że musi zaryzykować i postawić wszystko na jedną szalę. Walki przed dojściem do finału zaczęły dawać o sobie znać i zaczął słabnąć. Zaatakował niespodziewanie, naparł z całą zawziętością na wójta, wykrzesał z siebie wszystkie zapasy energii jakby wałczył nie o parę sztuk srebra ale o życie i honor swój, urażoną dumę i sławę, która nie była mu zupełnie obojętna, ale nie chciał się do tego przyznać.
Dłoń Trusta została przygwożdżona do blatu i walka się skończyła.
-Zwycięzcą został Xionc ogłosił głośno Barkan i nagroda ustanowiona przez szeryfa Logana zostanie przyznana jemu właśnie w tym roku. Zapraszamy do udziału w zawodach za rok wszystkich śmiałków skończył krótkie przemówienie poborca nie mogąc się już doczekać biesiady ,pieczonego dzika i kwaterki przedniego cymeryjskiego piwa..
Droo patrzyła na rozpromienionego Xionca z nieukrywana radością a i łezka wzruszenia i szczęścia zakręciła się w oku.
Czarny objął Droo i przytulił po ojcowsku
-Tak jak za starych dobrych czasów, ja i Xionc święcimy triumfy, rzekł szczęśliwy
-Ty.. a jaka była twoja rola w tych zawodach? spytała zdziwiona Droo
- Jak to Droo, byłem sekundantem, masażystą, wsparciem w trudnych chwilach, moja rola była nie do przecenienia, właściwie to byłem najistotniejszym ogniwem w naszej szemranej paczce i zarechotał swoim zwyczajem, bo życie bez uśmiechu i radości nic dla niego nie znaczyło.
Cdn.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 08:59 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

DROO

*
Aromat zaparzonego świeżo naparu mile łechtał nozdrza Droo. Jaśmin, nagietek, troszkę liści mięty, i kwiatów rumianku wyczuwała bez trudu i było jeszcze coś specyficznego ale nie umiała tego określić. Arrima przyrządzając napój obserwowała młodą demonolożkę i wciąż nie mogła się nadziwić nietuzinkowej urodzie dziewczyny. Zrezygnowała z dodania sproszkowanego korzenia lubczyka, który serwowała gdy przygotowywała napar dla Metana, bo choć łączyło ją z nim mocne i długotrwałe uczucie to nie zaszkodziło dodatkowo się zabezpieczyć. Sława Metana jako healera i maga była już powszechna a jako doświadczona kobieta zdawała sobie sprawę, że sporo podfruwajek mogło by chcieć zakosztować popławiania się na chwilę w tym magnetycznym blasku a i mężczyźni szczególnie w pewnym wieku szczególnie podatni są na umizgi napalonych i ponętnych blondyneczek. Szczególnie tu w cymelii, barbarzyńskiej krainie gdzie przy każdym niemal ognisku bardowie opiewali przygody bohaterów.
-Droo skarbie powiedz, jak ci się udało tu zawędrować, to troszkę daleko od twych rodzinnych stron? zagadnęła ciepło zaciekawiona Arrima
-Pani Arrimo to długa historia, a nie chciałbym panią zanudzać opowiadaniem biednej sieroty, pewnie wiele takich historii pani słyszała a moja nie jest ani oryginała, ani ciekawa odparła smutnym głosem dziewczyna
-mówiłam ci już ,mam na imię Arrima, pani mnie postarza a wiesz, że tego nie lubi żadna kobieta odrzekła z uśmiechem lekarka, poza tym dodała bardzo mnie interesujesz i będę ci niezmiernie wdzięczna gdy opowiesz mi troszkę o sobie, chyba, że jest to zbyt bolesne dla ciebie i nie chcesz przeżywać ponownie swych traumatycznych wspomnień, po czym podeszła do Droo wręczyła jej kubek z gorącym pachnącym naparem.
Droo trzymała z lubością kubek aromatycznego napoju nie czując jego ciepła, wiedziała, że jest gorący ale dla tego kobiety demonolożki uważane były za zimne suki przez niektórych, bo natura pozbawiła ich możliwości czucia ciepła i zimna. Uważano powszechnie, że skoro nie dane im było poznać smaku żaru ciała to i inne podniety są im obce. Jak to z przesądami bywa nic bardziej mylnego albowiem brak jednego zmysłu wynagradzany jest przez matkę przyrodę wyjątkową wrażliwością innych.
- Urodziłam się w wiosce Ham En Sul W prowincji Khopshef w rodzinie biednego poganiacza. Ojca prawie nie znałam, ciągle najmował się do opieki nad bydłem w licznych karawanach przemierzających pustynię .Wychowała mnie i pozostałą piątkę rodzeństwa matka. Żyliśmy bardzo skromnie, matka starając się wiązać koniec z końcem najmowała się do najgorszych prac, często nie wracała na noc, niestety nie wystarczało to na wykarmienie nas wszystkich i głód nie był nam obcy. Oddała moją najstarszą siostrę Elmę bogatemu kupcowi, Selidhowi, który zatrzymał się u nas na popas wraz z karawaną ciągnąca do Caravanserai. Elma trafiła jak nas później przekonywała w dobre ręce, ale widziałam jak ten opasły, łysy człowiek bił nahajką po głowie bez opamiętania małego chłopca, który nie wykonał na czas jego polecenia. Myślę więc, że mówiła tak byśmy tą bolesną dla niej i dla nas transakcję lepiej znieśli i cieszyli się z jej rzekomego szczęścia u boku zamożnego kupca. Pieniędzy nie starczyło na długo zwłaszcza, że zachorował Solen nasze oczko w głowie, mój najmłodszy braciszek i wszystkie oszczędności poszły na znachorkę i zioła. Niestety nie udało się go uratować i umarł po trzech miesiącach od wystąpienia pierwszych objawów . Wkrótce potem na domiar nieszczęścia zaatakowała nas banda Czarnego Pasa. Dwie młodsze siostry porwali w niewolę, ja zdołałam schować się w ukrytej małej spiżarce na wino nieopodal domu. Głos Droo nagle zachrypł, zadrżał a oczy się zaszkliły, duże krople łez orały niezwykłej urody śniade policzki niczym rodło żyzną glebę. Matka, kontynuowała po chwili dziewczyna, była piękną kobietą ale miała mały defekt fizyczny, szpotawą lewą nogę i utykała nieznacznie. Nie chcieli zabrać ze sobą kaleki, nie przedstawiała wielkiej wartości handlowej, więc obili ją, zhańbili po wielokroć, a gdy już nasycili swe żądze jej nagie skatowane ciało przywiązali rozciągnięte do palików i wystawili na żer zgłodniałych pustynnych sępów. Dwie moje młodsze siostry zmusili by patrzyły na konanie ich matki aby nie przyszła im ochota uciekać bo los podobny może ich spotkać. Szlochom sióstr i jęków udręczonej konającej matki nie było końca. Zwabione zapachem świeżej krwi ptaki rozszarpywały i zakrzywionymi dziobami i ostrymi szponami żywcem jej unieruchomione ciało. Gdy wreszcie wszystko ucichło wyszłam struchlała ze strachu i rozpaczy ze swej kryjówki. Widok rozszarpanych zwłok matki prześladuje mnie do dzisiaj w koszmarach. Zakopałam jej szczątki w płytkim grobie. Dzika banda zrabowała wszystko a domostwo spaliła. Zostałam zupełnie sama. Nabrałam wody w bukłaki i ruszyłam w kierunku Bubshur. Zbłądziłam i wiele dni i nocy krążyłam po bezkresnej pustyni. Ostatkiem sił zdołam dotrzeć do chaty pustelnika Nurmiego, który już dożywał swoich ostatnich lat. Mieszkałam i opiekowałam się nim aż do jego śmierci. Nauczył mnie jednak trochę czytać i pisać oraz wyłożył podstawy magii ognia. Niestety co cenniejsze manuskrypty wymienił na leki i żywność. Ostatniego, który jeszcze posiadał nauczyłam się na pamięć. Nie przedstawiał większej wartości bo był tylko wstępną rozprawą na temat demonologii. Starzec nie pamiętał zbyt wiele ,zresztą jak sam przyznał nie był nigdy wielkim magiem a choroba i wiele lat przebywania w samotności mieszały mu zmysły. Gdy zgasł ,odprawiłam święte sakramenty, nasmarowałam oliwą ,owinęłam w całun i zakopałam w ziemi. Na grobie ułożyłam z kamieni niewielki stosik. Zabrałam się z karawaną do Bubshur. Po wielu dniach dotarliśmy do miasta. Tam wraz grupą bezdomnych dzieciaków żebraliśmy i kradliśmy ze straganów co się dało głównie żywność. Niestety straż schwytała jednego z chłopców, który ze strachu podczas przesłuchania wydał miejsce naszej kryjówki. Nocą zaskoczyli nas kompletnie i wybrali z nory jak małe kocięta. Siedziałam w lochu blisko pół roku o chlebie i wodzie, moi dziecięcy towarzysze umierali z wycieńczenia i chorób jeden po drugim. Nadzorca kazamat traktował mnie jak niewolnicę i znęcał się nade mną chłoszcząc mnie przy lada okazji, wreszcie przegrał mnie w kości dla bosmana Grestena ze statku „Morska Bryza” regularnie krążącym między Old Tarantią, Khemi i Bubshur . Bosman był zniszczonym przez alkohol zwyrodnialcem, bił mnie do nieprzytomności, a i po wielokroć próbował mnie posiąść, ale jego męskość szwankowała, co doprowadzało go do białej gorączki. Wściekał się okrutnie i wtedy obrywałam najmocniej . Prowadzał mnie po różnych śmierdzących spelunach na specjalnym postronku przywiązanym do skórzanej obroży na szyi , ręce miałam zawsze skrupulatnie z tyłu skrepowane. Jadłam i piłam jak pies z płytkiej miski. Podczas libacji w knajpkach poniżał mnie przy swoich kamratach a uderzenie miał mocne i wiedział jak bić by sprawić największy ból. Któregoś razu w Green Man Tavern doszło do wielkiej rozróby. Nieznany barbarzyńca zabił stygijskiego kupca Xuthimo wraz z jego obstawą , herszta lokalnej szajki,i zaimponował tym mojemu prześladowcy. Gersten chyba mu nie przypadł do gustu bo w silnym uścisku potężnej dłoni barba krtań bosmana została zmiażdżona niczym zgniła pomarańcza a ja uzyskałam wolność.
[……]**
-tak poznałaś Catgerna? przerwała niepewnym głosem długą opowieść Droo Arrima, która od dłuższego czasu nie siedziała już obok dziewczyny lecz stała naprzeciw małego, brudnego pokrytego pajęczynami lufcika patrząc na padający za oknem deszcz. Nie wypiła nawet łyka naparu, który tak starannie przyrządziła. Walczyła ze sobą kontrolując swój oddech by nie okazać słabości bo relacja dziewczyny wywarła na niej olbrzymie wrażenie, współczucie i ból ściskał ją w dołku niczym kowalskie imadło. Nie wiedziała czy tembr głosu tej stygijskiej sieroty, czy jej niesamowita wola życia na przekór przeciwieństwom i okrucieństwom losu ,czy tajemne pragnienie posiadania potomstwa i niespełniony dotychczas macierzyński instynkt budził w lekarce tak wielką empatię do niej, z której nie zdawała sobie dotychczas sprawy. Wiedziała jedno, że zrobi wszystko co jest w jej zasięgu by to dziecko zaznało troszkę ciepła, serdeczności i miłości oraz spełniło swe najskrytsze pragnienie. Co nim jest? Domyślała się i obmyślała sprytny plan ziszczenia tego, aczkolwiek nie było to sprawą prostą i taką oczywistą.
-Nie odpowiedziała Droo, Catgerna poznałam dużo później
Arrima odwróciła się w stronę dziewczyny zdziwiona, unosząc prawą brew
-To kim był ten barbarzyńca? zapytała
-To Barlu przyjaciel Cata. Umieścił mnie w świątyni Mitry gdzie służyłam kapłanom we dnie i w nocy. Mój los się odmienił, siostry i braciszkowie traktowały mnie surowo ale nie znęcali się nade mną. Gdy przełożony zakonu zorientował się że potrafię czytać i pisać dostałam pracę w bibliotece. Pomagałam odkurzać i układać na półkach stare annały. Podszkoliłam się w kaligrafii a i zyskałam , uśmiechnęła się nieznacznie jakby te wspomnienia były przyjemniejsze, kilku przyjaciół. Szkoda, że nie znalazłam tam manuskryptów demonologicznych tylko rozprawy medyczne i w większości pisane w nieznanym mi języku. Barlu odwiedzał świątynię co jakiś czas łożąc drobne sumy na me utrzymanie, nie rozmawiał ze mną za wiele, zawsze był posępny i nieobecny. Obiecał mnie zabrać do Stygii i tam umieścić u znajomych ale wyjechał i długo go nie było. Któregoś razu odwiedził nas Catgern jego dobry druh, zapłacił siostrze przełożonej ustalona kwotę i zagadał do mnie. Tak zaczęła się nasza znajomość .Gdy tylko był w Old Tarantii odwiedzał mnie i zabierał do miasta na pysznego kurczaka w miodzie z rodzynkami. Różnił się od Barlu usposobieniem często żartował i snuł zajmujące opowieści o swych dzielnych przyjaciołach. Tak długo wierciłam mu dziurę w brzuchu, że w końcu obiecał zabrać mnie na wyprawę i pokazać swe rodzinne strony, które tak barwnie opiewał w swych balladach. Droo zamilkła i komnatę wypełniła długa niezręczna cisza. Arrima patrząc na z cicho pochrapującego Catgerna zagadała
-A do jaskini lodowych troli to wspólnie się wybieraliście?
-Nie… odrzekła zmieszana Droo, Catgern zakazał mi wchodzić za sobą, a jak by nie wrócił gdy policzę do 50000 miałam się udać do tej karczmy i szukać dumnej stygijskiej kobiety, na widok której, wszyscy czują respekt i podziw oraz, której się nie odmawia. Tak dokładnie mi cię opisał.
Arrima uśmiechnęła się nieznacznie i cicho westchnęła
-Ale ty nie doliczyłaś do końca? Zapytała
-Nie.. odrzekła dziewczyna spuszczając wzrok, jak usłyszałam dzikie wrzaski z jaskini to nie wytrzymałam i pobiegłam tam, to przeze mnie Catgern tutaj leży, prawda zapytała drżącymi niepewnym głosem kierując spłoszone spojrzenie do Arrimy
- Dzięki tobie żyje i wkrótce będzie miał okazję osobiście tobie za to podziękować a zrobi to na pewno bo go znam i szanuję. Teraz idź do swojej izby i odpocznij zakończyła rozmowę Arrima.
*
Metan po opróżnieniu kilku czerpaków powoli wczłapał się na górę. Rozbierając sie zagadał do towarzyszki
-No i jak tam damskie pogaduszki , poświergotaliście troszkę? Rzucił uszczypliwie rozbawionym, wzmocniony mocnym piwem głosem. Arrima nie powiedziała słowa, tylko odwróciła się w kierunku lufcika, starała się przebić wzrokiem nocne ciemności, deszcz z wolna ustawał ale jej twarz zrosiły łzy, których już nie starła się hamować. Metan był jedyną osobą przy, której nie wstydziła się okazywać swoich emocji. Doszedł do niej i delikatnie obrócił w swoim kierunku. Wesołość znikła z jego oblicza w jednym momencie. Przytulił ją mocno nic się nie odzywając. Wiedział, że słowa czasami są zbędne a tylko bliskość drugiej oddanej osoby może ukoić ból . Arrima po długiej chwili odezwała się do swego mężczyzny
-Bogusia już przybyła?
-tak piją z Xioncem i Czarnym, kłócą się i docinają sobie aż nie mogłem tego strzymać, i myślę, że trzeba ich rozdzielić bo się znów pobiją. A nie stać nas na zapłacenie za ewentualne straty. Jesteśmy pod kreską.
-Tak wiem, odrzekła z wolna Arrima, wycierając wierzchem dłoni łzy z policzka, wiesz co a postaw im jeszcze jedną kolejkę
Matan odsunął nieznacznie towarzyszkę by spojrzeć jej w oczy,
-Co ty kombinujesz? Rzekł zdziwiony i zaskoczony jej propozycją
-Nie zrozumiesz… to takie kobiece wybiegi i zmyśliła się. Potem dodała
- Obiecałam sobie, że wyszkolę tę małą na najpotężniejszego demonologa w całej Hyborii i na Croma dotrzymam swojej przysięgi rzekła twardo.
Metan stał osłupiały,
-Jak to, przecież nie znasz się kompletnie na magii ognia, ani nikt z naszych znajomych się tym nie para, więc jak u diaska chcesz tego dokonać?
-A znajomi naszych przyjaciół? zripostowała kobieta
-Kto taki? prychnął Metan
-Kto jest obecnie uważany za najpotężniejszego demonologa? Odpowiedziała pytaniem.
-Jak to kto? Archibald to wszyscy wiedzą, no i co z tego, nie przyjmuje na termin żadnych uczniów a kobietami gardzi, już nie takie szychy się do niego zwracały posyłając dzieci, znajomych, wnuków, pasierbów, wychowanków czy kochanków oferując góry złota, bez efektu. Nikogo nie przyjął a paru to porządnie pogonił, że się im dymiło z dupska okrutnie, i zaśmiał się ze swojego żartu..No akurat ciebie to on chyba pamięta dobrze, i tu uśmiechnął się pełną gębą, bo takiego kosza od kobiety jeszcze publicznie wygłoszonego to nie słyszałem. Ach co to było za sympozjum magów w Old Tarantii, a my tacy młodzi, same sławy zjechały, rozmarzył się Metan, no i ten napuszony Archibald wszystkie kobiety za nim szalały. On taki przystojny, niedostępny i wyniosły a tu proszę taki afront i to od kogo?…. stygijskiej studentki….
-Stare czasy, pewnie mu przeszło, odrzekła Arrima, zresztą nieważne nie zamierzam go o nic prosić, ale polej im tam na dole..proszę…
Metanowi zaczynało świtać i z wolna zaczynał pojmować i niemalże chwytać nić intrygi zwolna tkanej przez lekarkę.
-Niemożliwe, nigdy ale to nigdy, powtarzam ci Bogusia się nie zgodzi by cokolwiek załatwiać z tym człowiekiem. Nie ma takiej opcji, wierz mi znam się co nieco na ludziach.
-Och kochanie wiesz, że uważam ciebie za największego poczciwca jaki stąpa po Hyborii ale na kobietach się nie znasz wcale i akurat to dobrze się składa, bo nie przepadam za bawidamkami, i pierwszy raz od wyjścia Droo się uśmiechnęła.
-Ależ najmilsza ona się nie zgodzi poprosić ojca o cokolwiek, dalej uparcie twierdził Metan i nawet tobie odmówi
-Mnie się podobno nie odmawia, tak dzisiaj usłyszałam, rzekła mimochodem , ale nie zamierzam tego sprawdzać , a już na pewno nie w stosunku do Bogusi
-To jak to chcesz rozegrać? Metan był coraz bardziej skołowany
-Nalej im jeszcze dwie kolejki i o nic się nie martw…
-Metan wzruszył ramionami, sapnął lekko odwrócił się i pomaszerował na dół, wychodząc rzucił na koniec
- Jak tu zrozumieć kobiety, nie da się, to istoty niepoznawalne, sam sobie odpowiadając zaczął pogwizdywać pod nosem melodię często i ochotnie graną przez Catgerna przy kominku.
Cdn.
[…..]*Pełny przebieg zdarzeń w Green Man Tavern zgrabnie opisał Catgern w swoim klimatycznym opowiadaniu o Barlu, zresztą moim ulubionym.







*
-Dobra pani zlituj się nade mną i moją biedną rodziną, powstrzymaj swoich ludzi bo mi zajazd do cna rozwalą, męża podpalono, ławy, siedziska połamane, garnki pobite, pani błagam ratuj, jęczała karczmarka na kolanach przed obliczem Arrimy.
-Strata zawszonej brody męża to zabieg stricte higieniczny, a mała poruchawka zdarza się tu co noc więc nie płacz i zacznij ogarniać swój przybytek . Śniadanie przynieś mi do mojej kwatery po trzecim pianiu koguta ,zapamiętałaś? Odrzekła lekarka zniecierpliwiona już żalami szczwanej żony właściciela tawerny.
-Zabieg s…tri… co? starała się powtórzyć sekwencję ale dziąsła tylko otwierały się i zamykały wydając niezrozumiały szept raz po raz ukazując czarne popsute resztki uzębienia nadające twarzy głupkowaty i odrażający wygląd.
-Chyba czeka cię robota na dole więc po co tracisz czas, do świtu jeszcze daleko więc jak się pospieszysz i zagonisz swe leniwe córeczki to zdążysz uprzątnąć co nieco..a teraz zostaw mnie samą bo mam ważne sprawy do rozstrzygnięcia
-Pani błagam, jęczała dalej nie dająca za wygrana, toż to straty są olbrzymie…
-Straty to będą jak moi chłopcy zaczną w „nieboszczyka” **grać, twoje lafiryndy na cel nadają się w sam raz syknęła już nie wytrzymując jawnej próby wyłudzenia dodatkowej zapłaty za gościnę w tej paskudnej norze
-Tak pani, rzekła blada jak ściana i zrezygnowana gospodyni i wycofała się powoli, zostawiając Arrimę zadumaną
*
-Napijesz się Bogusia naparu z melisy? zwróciła się Arrima do przybyłej do jej izby przed chwilą szamanki
-Brudnej wody nie pijam, odrzekła zdegustowana propozycją Bogusia
-Ach tak zapomniałam, ale winem cię nie częstuję bo chyba masz dość na dzisiaj? Odparła lekarka uważnie przyglądając się napuchniętej twarzy, i zaschniętemu skrzepowi krwi nad prawym łukiem brwiowym, pokręciła z niezadowolenia głową
-Wiesz, że kontynuowała dalej, przewyższamy mężczyzn inteligencją, sprytem i wiedzą, więc wymagam od kobiet w mojej gildii nieco więcej taktu, umiaru i zdrowego rozsądku
-Twierdzenie zgoła trafne ale świadomość tego mi nie wystarcza, a przekonanie samców do naszego stanowiska wymaga argumentacji w postaci pięści bo tylko ta metoda ma szansę na osiągniecie pożądanego skutku, odparowała szamanka i z grymasem bólu obejrzała pokiereszowaną, opuchniętą lewą dłoń ,twardą ma żuchwę ten Xionc pomyślała przez moment
- Zaobserwowałaś jakiś progres w nauczaniu naszej męskiej trzódki ? zagadnęła z uszczypliwie lekarka
-A wiesz,…że nie bardzo, ale to wyjątkowo oporne na sugestie ciemne matoły, ale ..nie poddaję się i będę ich dalej szkolić.
-Nie zastanawiałaś się nad zmianą taktyki w prowadzeniu wykładów z naszymi jak to nazwałaś matołkami? ripostowała dalej Arrima
-Przemknęła mi taka myśl szefowo, odpowiedziała Bogusia dalej oglądając zbolała dłoń, po czym rozejrzawszy się po izbie dodała
-Tak ,chyba zmienię, jak to trafnie ujęłaś taktykę i zacznę używać narzędzi prostych, i wzrok zatrzymała na buławie Metana opartej o ścianę
- O pałka Metana, nada się doskonale, mogę pożyczyć? i ukazała pożółkłe od ciągłego żucia tytoniu ale jeszcze zdrowe zęby szamanka
Arrima westchnęła tylko, bo kontynuowanie dalszej rozmowy na ten temat z upartą szamanką nie miało sensu. Upiwszy kilka łyków naparu z melisy zapytała?
-Poznałaś już swoją sublokatorkę Droo?
-Te siusiumajtkę, o której Czarny w kółko trajkocze jaka ona piękna i nadobna, taak nic specjalnego ot dziewuszka co będzie mi onuce prała, odparła Bogusia obserwując uważnie Arrimę
-No właśnie miałam cię poprosić byś się nią zajęła a ty już sama wykazałaś inicjatywę
- Nie myśl, że będę ją niańczyć, weszła w słowo Bogusia, zapomnij, zresztą Xionc i Czarny jej nadskakują, kupują koraliki, buciki czy co tam nieważne, spać u mnie może ale nie licz na matkowanie bo się do tego nie nadaję
- Na Kylliki ruszamy późną wiosną, do tego czasu będziecie sobie z Xioncem nieraz skakać do oczu a na to zezwolić nie mogę. Rano napiszę list polecający do Robena członka rady króla Conana i mego wieloletniego znajomego, poproszę go w liście by przyjął dziewczynę na służbę, wiele wycierpiało biedactwo, dodała Arrima, a ciebie proszę byś bezpiecznie odstawiła ją do Old Tarantii do posiadłości Robena.
- Na wstępie naszej rozmowy wspomniałaś cos o babskiej inteligencji, proszę cię Arri nie obrażaj więc jej, i nie imputuj mi, że chcesz tę panienkę oddać w ręce tego zboczonego Robena, który miast w zamku Conana siedzieć i radzić, większość czasu spędza w miejskim burdelu a i to wiesz doskonale, że starych kurew sobie przyprowadzać nie każe ale tylko takie, którym piersi niedawno wyrosły..więc co tak naprawdę kombinujesz bo wątku nie łapię?
- Nie mamy już prawie złota, a koszty waszego utrzymania rosną, tym bardziej, że płacę ekstra za wasze nocne wybryki, i tu nieco podniosła ton głosu akcentując ostatnie słowa, nie mogę jej zapewnić niczego lepszego, możesz od siebie dodać panu Robenowi, żeby łapy od dziewczyny trzymał z daleka bo będzie miał z nami do czynienia.
-No chyba nie wierzysz, że pod tym warunkiem, jak jeszcze ujrzy to niebiańskie stworzenie ją przyjmie, nie masz nikogo innego?
-Nie mam, ale ma on u mnie pewien wstydliwy dług a i to dzielna dziewczynka i radę sobie da. Najwyżej jak zechcesz podszkolisz ją w drodze a teraz idź się zdrzemnij, chciała zakończyć niewygodną rozmowę lekarka
-Jak chcesz ją dać na zmarnowanie Arri to twoja sprawa ale nie myśl sobie ze owinie Robena wokół palca jak to zrobiła z Czarnym i Xioncem, to stary zbereźnik bez honoru pałający tylko niezdrową chucią
-Ona owinie każdego kogo zechce i tak nim zakołuje, że się nawet nie zorientuje, że jest w dupie zaryzykowała dosadne do niej niepodobne porównanie Arrima
-Ha, ja jestem odporna na jej urok no ale ty chyba pod nim jesteś, choć twoja ostatnia decyzja jest w niejakiej sprzeczności z tym , no ja tego nie rozumiem, ale nie moja to sprawa i nie wtrącam się do twoich interesów.
-Zakład, że za nim dotrzesz do Old Tarantii z rąk jej będziesz jadła? Poszła na całość Arrima
-O ile?, i zatrzymała się nagle Bogusia, odwróciła się w stronę lekarki i powtórzyła, jaka stawka?
-Sztuka złota, odrzekła Arrima beznamiętnie
-No wcale niezła sumka, stoi, i uśmiechnęła się Bogusia, jeżeli myślisz, że jak nie chadzam z chłopami za stodołę to dziewczynki mi się podobają, nic bardziej mylnego Arri, i już szykuj monetę, zaśmiała się teraz głośno i opuściła komnatę szamanka.
Cdn.
*
**Gra hazardowa w „nieboszczyka’ niezwykle popularna w barbarzyńskiej Cymerii polegała na rozwieszeniu nieszczęśnika na ścianie z rozcapierzonymi członkami, wokół niego zaznaczano okrąg. Gra polegała na zdobyciu 10 punktów rzucając nożem lub małym toporkiem, pola miedzy głową a ramionami były punktowane najlepiej. Grę przerywano na chwilę, gdy nóż nieopatrznie zabił lub ciężko zranił rozwieszonego człowieka a osoba, która to uczyniła odpadała z rywalizacji tracąc zainwestowana gotówkę, wymieniano cel nas świeży i rzucano dalej do momentu uzyskania limitu punktów przez któregoś z graczy. Na cel świetnie się nadawały dzieci, podrostki bądź nagie dziewczyny.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 09:03 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

Nota od autora:
Przepraszam wszystkich Państwa za niezwykle wulgarny język w tym fragmencie opowiadania, jest to prymitywny wybieg pseudo literacki, by bohaterowie negatywni byli jeszcze bardziej obleśni, ponadto pojawiają się tutaj elementy erotyczne(Czarny jak będziesz to czytał to zamknij szczelnie dłońmi oczy, chyba, że będzie po 22.00). Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że dwa razy złagodziłem pierwowzór, który śmiało mógłby posłużyć za kanwę filmu porno równie marnej produkcji jak te i inne moje opowiadanka .Mam tylko taką bladą nadzieję, że podczas lektury się choć raz się uśmiechniecie


*
Droo z wolna odzyskiwała świadomość, tępy ból potylicy tętnił z uporczywą regularnością. Sapiący śmierdzący oddech buchał jej prosto w nos, leżący na niej mężczyzna przygniatał ją skutecznie do ziemi, a jego łapska błądziły po jej unieruchomionym niewinnym ciele. Była sparaliżowana strachem, obrzydzeniem i swoją bezradnością.
-Greg, ale do tej czarnej jestem następny, Bruno i tak woli rude, powiedz ,że się zgadzasz płaczliwie zaczął jęczeć ktoś nieopodal, Remi poszedł po konie , za nim wróci ja już skończę dalej ciągnął przestępując z nogi na nogę…
-Zamknij się Frank, wysapał ochryple człowiek przygniatający Droo
-Wezmę się za tą drugą, krzyknął inny głos nieco dalej, już nieco zniecierpliwiony
-Czekać, kurwa jak skończę bo was wszystkich zapierdolę zrozumiano! Wykrzyczał już wkurzony Greg
Droo, próbowała zrzucić napastnika, ale silny zwalisty najemnik jej na to nie pozwolił.
-Co wiercimy się, zaraz zrobię ci dobrze szmato? takiego jebaki jeszcze nie miałaś między nóżkami, zapamiętasz Grega na zawsze ty mała ździro i zaśmiał się histerycznie nie kryjąc swego pożądania ośliniony gbur, kąsając ją w szyję spróchniałymi zębami
Droo zdołała jednak uwolnić jedną rękę i sięgnąć do cholewy prawego buta. Wyciągnągnęła prezent od Czarnego na drogę, wąski nożyk z długim ostrzem i jak ją uczył Czarny z całej siły wbiła go w ucho aż po rzeźbioną z kła mamuta rękojeść. Greg zdołał wydobyć z siebie tylko ciche sapnięcie a wyraz zdziwienia na jego twarzy zastygł mu na wieki.
- Co… już skończyłeś, z niedowierzaniem zawołał Frank, czekający na swoją kolej do wdzięków Droo, no dobra, to złaź szybko, teraz ja się troszkę zabawię..
Droo zdołała wyśliznąć się spod martwego ciała i w opętańczym biegu rzuciła się przed siebie w las
-Co jest kurwa! wykrzyknął Frank, gonić bladź, dziwka nam spierdala ,rzucił do pozostałych i ruszył w pościg
-Dasz radę Frank, a zerżnij ją porządnie, ja się zajmę tą rudą zawołał za biegnącym w ślad za Droo Frankiem Bruno,
-Skończyłeś już szefie, dodał, więc się nie wpierdalaj dobra..i tak już długo czekałem? Zaczął rozcinać skórzane spodnie Bogusi.
-Co malutka czas się poznać bliżej? Zagadał do szamanki sapiąc i rechocząc z podniecenia
- A i pewnie odrzekła spokojnie Bogusia, lubię takich napalonych ogierów co to wiedzą jak kobitce dogodzić a ty widzę przystojniaczku ,że znasz się na robocie, odparła rubasznie Bogusia i zaśmiała się przymilnie do nieznajomego i ugryzła go delikatnie w podbródek, następnie podała mu do rozcięcia skrępowane ręce, prężąc swe zgrabne ciało w jednoznacznie erotycznym geście mrucząc jak kotka w marcu. Mężczyzna w zamroczony pożądaniem, rozciął więzy i zaczął ściągać swe wytarte i brudne spodnie. Bogusia wyczekała moment, w którym mocując się z paskiem na chwilę spuścił ją z oka. Kantem dłoni uderzyła nagle w gardło. Człowiek z wybałuszonymi oczami i otwartymi ustami upadł bezprzytomności. Dziewczyna wyciągnęła nóż z pochwy przytroczonej do uda niedoszłego kochanka i rozcięła więzy na stopach. Wstała rozcierając przedramiona, rozejrzała się wokół poszukując swego młota. Po zlokalizowaniu przedmiotu podeszła niespiesznie i nie namyślając się długo zmiażdżyła czaszkę leżącemu. Podeszła do następnego powalonego przez Droo Grega, herszta bandy i odwróciła go na plecy zdrętwiałą jeszcze z braku dostępu krwi stopą. Ujrzawszy wymalowany pośmiertny grymas na twarzy rabusia uśmiechnęła się do siebie charakterystycznie opuszczając tylko prawy kącik ust, ponownie rozejrzała, zaczęła nasłuchiwać, po chwili ruszyła w las za Frankiem. Odgłos walki i szarpania bezbłędnie doprowadził nawykłą do tropienia w puszczy Bogusię do celu.
-zaraz ci pokarzę ty mała dziwko..
-Wiesz Frank, przerywając wywód napastnika Bogusia, wątpię byś miał coś wartego okazania. Stojąc tuż za nim wzięła potężny zamach swym ciężkim młotem. Obuch wbił się tak głęboko, że musiała się przez chwilę namocować by go uwolnić , albowiem sklinował się w fragmentach kości ciemieniowej czaszki Franka.
-Rusz się ,został jeszcze jeden, rzuciła do Droo
Następnie biegiem udała się w kierunku obozu. Tuż przed ogniskiem przyczaiła się i czekała cierpliwie na powrót zapowiedzianego przez opryszków Remiego. Okazał się nim starszy jegomość z siwą, długą skołtuniałą brodą.
-Greg, co jest, konie przyprowadziłem, gdzie są wszyscy. Zbliżył się do leżącego na wznak i kopnął go w podeszwę odruchowo
-Co do kurwy nędzy…?
Nie zdążył dokończyć albowiem, czekająca Bogusia wkroczyła do akcji potężnym kopniakiem obalając napastnika. Remi mimo zaskoczenia rutynowo przeturlał się kilka sążni i wstał gotowy do walki z obnażonymi dwoma mieczami, w jego oczach zagościł szał bitewny, który bezbłędnie wyczytała Bogusia i wiedziała, że nie pójdzie z nim łatwo. Wykonała szybką inkantację obronną, w której jesienne liście otoczyły ja wirującym szalonym tańcem. Remi uderzył nagle i zaczął od obalenia przeciwniczki na co gotowa była już Bogusia ,i podobnie jak napastnik przeturlała się kawałek i wstała dzierżąc swój bojowy dwuręczny młot, z napięciem obserwowała co zrobi przeciwnik. W tym czasie Droo zdołała wygramolić się z krzaków i dziękowała Cromowi, że założyła na podróż pod swą starą suknię lniane spodnie sprezentowane jej przez Arrimę , chwiejnym krokiem trzymając się za tył głowy, ruszyła w kierunku obozu. Zza zamglonych oczu okazał się nieostry widok, w którym Bogusia i jakiś staruch krążyli naprzeciw siebie bacznie mierząc się wzrokiem. Nie namyślając się długo wykastowała płomienie gehenny i rzuciła w kierunku starszego jegomościa, na którym zaczęło się tlić ubranie, chyba jednak niezbyt udany czar nieco oparzył Remieg, bo zaczął mimowolnie nerwowo przygaszać zapalające się ubranie. Na ten moment czekała Bogusia wyprowadzając mordercza kombinację ruchów i wywijając piruety dopadła starego barbariana, młot nie trafił jak zamierzała w głowę ale w lewe ramię, ale cios był na tyle skuteczny, że miecz wypadł z dłoni bandyty. Nie zważając na przeraźliwy ból zaatakował sprawną ręką ale już nie tak szybko i precyzyjnie i Bogusia z łatwością zdołała sparować cios i wyprowadzić kopniaka, przewracając go ponownie . Upadł na plecy i widząc drugą już kastującą nowy czar przeciwniczkę, która weszła w krąg światła zaczął błagać..
-Litości, dobre panienki ,litości jam już stary Remi i tylko końmi się zajmuje, na kobiety nie patrzę w ogóle..błagam okażcie..
Ponowne płomienie gehenny wyskoczyły z dłoni Droo znacznie udatniej ponieważ języki ognia objęły głowę , długa siwą brodę i kołnierz starego barba, zaczął się palić żywcem niczym smolna pochodnia, wrzask przy tym wydobywał z siebie przerażający, wstał i zaczął bezładu biegać to w jedną to w drugą stronę. Potężny cios młota w klatkę piersiową zakończył jego marną egzystencję.
-Jeżeli jeszcze raz zaśniesz na warcie to, i uniosła zakrwawiony parujący jeszcze świeżo młot wyszarpany z rozłupanej piersi przeciwnika Bogusia tuż przed oczy przejętej Droo, to ci go wsadzę w tyłek po obuch ,zrozumiałaś niedojdo…warknęła wkurzona szamanka.
-Tak pojęłam… odparła nie mniej zdenerwowana Droo ale nie spałam, tylko mnie zaskoczyli, straciłam świadomość, obudziłam się jak jakaś gruba świnia i próbowała mnie zgwałcić..
-I może źle się stało, że biedaczek nie zdążył, bo może byś zaczęła na serio traktować życie na szlaku. Tu nie ma miejsca na słabowite dziewuszki, flirtujące z żołnierzykami, tu chwila dekoncentracji decyduje o czyimś życiu lub śmierci, a wierz mi na słowo i tu zbliżyła się do Droo i dodała głośnym szeptem, że wolę śmierć niż życie niewoli i poniżeniu…
-Doskonale wiem czym jest życie w upodleniu, bo łatwo być dumnym gdy stoisz nad powalonym przeciwnikiem, a nie wtedy gdy znosisz kolejne upokorzenia, i nie mogąc już powstrzymać łez Droo dodała, widocznie los potraktował cię łagodniej i ….nie dokończyła już Droo.
-Co ty możesz wiedzieć o upodleniu dziewczynko?, Nic nie wiesz. Wcięła się w słowo ale zaczęła już mówić już nieco spokojniej Bogusia.
-Tacy jak ci tu leżący bez tchu na ziemi napadli, na naszą rodzinną wioskę, mężczyzn wyrżnięto, dzieci potopiono w jeziorze, kobiety wzięto w niewolę. Gdy stałam się w pełni kobietą miałam 12 lat, cudem przeżyłam ten wielokrotny gwałt, moja matka nie miała tego szczęścia. Nie mów mi więc nigdy dziewczyno o upokorzeniu i upodleniu bo nie wiesz co to tak naprawdę znaczy. Szamanka nagle zamilkła i tylko głos puszczyka w oddali przerywał niezręczne milczenie. To wyznanie całkowicie zaskoczyło Droo, oniemiała, zawsze potrafiła znaleźć słowa ukojenia i pocieszenia nawet w najtrudniejszych chwilach ale teraz zupełnie nic nie mogła z siebie wydusić.
-ruszamy za dwa kwadranse, zbierz ciał obwiesi razem, obszukaj uważnie, zabierz co potrzeba, potem je spal, ja zajmę się końmi, wpadło przynajmniej ze dwie sztuki złota za wierzchowce, rzuciła krótko Bogusia przerywając milczenie.
Droo otarła łzy i oddaliła się w milczeniu po ciało Franka leżące nieopodal w gąszczu runa leśnego. Zataszczyła truchło do Grega, następnie, przeciągnęła dwóch pozostałych denatów. Ze wstrętem przeszukała zwłoki nie znajdując nic godnego uwagi. Na stos ciał rzuciła cały zgromadzony chrust. Inferno zapaliło ubrania bandytów następnie zajęło się drewno. Widząc to Bogusia pokręciła z niezadowoleniem głową.
-Nie spalą się doszczętnie a jedynie okopcą, wszystko mam za ciebie robić, co jak co ale na ogniu powinnaś się chyba trochę znać. Czy tylko szaszłyki potrafisz podpiec..? Zażartowała w swym stylu Bogusia.
-O magii ognia nie wiem zbyt wiele i nigdy się tym specjalnie chwaliłam, odparła zaczepnie Droo
-, O..co innego mi mówił Czarny, ciągnęła dalej szamanka, żeś podobno najpotężniejszą demonolożką w Hyborii, pogromczynią lodowych trolii czy jakoś tak..
-Czarny to znany mitoman i kawalarz, poza tym ma stanowczo za długi i niewyparzony język, skwitowała Droo nieco się rumieniąc, po czym spojrzała na Bogusię i dodała po krótkiej chwili
-Przepraszam, że cię zawiodłam Bogusiu, będę czujniejsza na przyszłość..
-No nie była bym tego taka pewna, ale zdecydowanie trzeba popracować nad twoją koncentracją bo pierwszy czar skopałaś dokumentnie, co to w ogóle było? Och Arii co to za sierotę mi kazałaś niańczyć..Za to, że po małym winku się z chłopakami trochę poszturchamy, to co w tym złego ? Człowiek nie po to pije by pod stół się zwalić ale po to by komuś facjatę obić, a komu to jak nie temu pyszałkowi i fircykowi Xioncowi, największemu knurowi w całej Hyborii. Toż to naturalna babska zemsta nad tą hedonistyczną kreaturą. I to mi taką okrutną pokutę zadałaś, sama będąc kobietą, nie masz litości nad mym sierocym losem i drugą znajdę pod opiekę powierzyłaś, w taką długą drogę i żeby jeszcze coś umiała, ale tylko beczeć potrafi i mizdrzyć się przed chłopami, a ostatnie frazy swej długiej ironicznej przemowy skierowała w kierunku Droo szczerząc pożółkłe kły.
-Śmiać się też potrafię i a lubię nie przeczę, a chłopaki są w porządku, żeby nie sztylet od Czarnego to ….westchnęła Droo..nie było by mi dzisiaj wesoło …
- Nie…. chcesz powiedzieć, że jeszcze chłopa nie miałaś Droo? Milczenie, które zapadło było znamienne,
-No patrz a taka okazja przeszła koło nosa, bo to chłop na schwał był z tego Grega a i gadankę miał do rzeczy, no może nieco za przysadzisty jak na twoje marniutkie członki, ale znowu nie ma co wybrzydzać, gdzie w puszczy znajdziesz jakiegoś galanta. Zagadała już udobruchana i wyraźnie rozbawiona szamanka, albowiem jak szybko się wkurzała tak szybko jej przechodziło i urazy długo nigdy nie trzymała, no może poza paroma szczególnymi wyjątkami.
Droo słuchając Bogusi nieznacznie się wzdrygnęła, ale już nic nie dodała. Szamanka bacznie obserwowała dziewczynę ,chyba stwierdziła, że starczy już niewybrednych żartów pośród palących się zwłok niedoszłych oprawców bo zagadała już poważnie
-zaraz się rozwidni i tak nici ze snu dzisiaj, ruszajmy, droga jeszcze przed nami daleka…
Cdn.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 09:04 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

*
Słońce po swojej długiej wędrówce po nieboskłonie chowało się z wolna na zasłużony odpoczynek. Dwie dziewczyny z ukrycia i z uwagą śledziły przebieg dramatycznego zajścia, w którym młody mężczyzna otoczony był zgrają wilkołaków. Walczył dzielnie odpierając co rusz ich wściekłe ataki, kręcąc młynki swoim długim dwuręcznym mieczem. Pot zrosił mu czoło a oddech stał się szybszy, płytszy i świszczący. Nieznacznie poranił kilka wilków ale przywódca zgrai trzymał się z tyłu, czekając na sposobność śmiertelnego pokąsania człowieka. Bogusia po chwili obserwacji rozpogodziła swe skupione oblicze , wstała i wyszła zza krzaków. Otoczyła czarem ochronnym chłopaka i odrzuciła w tył kilka charczących z obnażonymi kłami rozwścieczonych bestii, które na jej widok momentalnie się na nią rzuciły. Droo widząc zachowanie towarzyszki również nie próżnowała i wykasowała swój czar. Wilkołaki na chwilę stanęły w bezruchu. Stojący przed dziewczynami chłopak wbił swój potężny miecz w ziemię i zaintonował zaklęcie. Fala energii, która rozbłysła w momencie wyjmowania miecza była olbrzymia. Droo nigdy nie widziała tak potężnego magicznego ataku. Kilka wilków spłonęło nieliczne, które zostały przy życiu, z łatwością dobiła płomieniami gehenny. Nieznany jej chłopak rzucił się wraz z Bogusią na przywódcę. Głośny przedśmiertelny skowyt obwieścił wszem i wobec koniec starcia.
-Jakoś ostatnio bez formy jesteś Gromik, uśmiechnęła się Bogusia zwracając się do młodego mężczyzny mającego nie więcej niż trzydzieści kilka lat, machałeś tym mieczykiem i nic się działo, ziewać zaczęłam i z Droo postanowiliśmy skończyć to nudne przedstawienie.
-Wdzięczny jestem dozgonnie moim szanownym wybawicielkom z udzielonej mi pomocy, albowiem terminy naszły na mnie okrutne i bez was drogie panie bym sobie nie poradził, po czym czule uściskali się z Bogusią. Po chwili dodał, masz niezłe wyczucie czasu niepokorna szamanko. Twojej towarzyszki nie znam, przedstawisz nas?
-To Droo, wrzód na mym tyłku, protegowana Arrimy, którą mam odstawić bezpieczną i całą do Robena w Old Tarantii gdzie na służbę ma iść.
-Witaj, dzięki za pomoc jestem Gromik, uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej rękę, a uścisk miał silny. Do Robena powiadasz masz tą małą oddać i zwrócił się do Bogusi, przekręcając ze zdziwienia głowę.
-Droo proszę cię idź znaleźć trochę chrustu, zatrzymamy się tutaj na noc powiedziała Bogusia sucho.
-Zaszła za skórę Arrimie, że do Robena ją oddaje? Niemożliwe, toż to dziecko jeszcze, Arii nigdy by czegoś takiego nie zrobiła ,to do niej niepodobne, ponowił wątpliwości Gromik po odejściu Droo.
- Ja też tego nie rozumiem, ale co mi tam, dostałam zadanie to go wykonam odparła Bogusia, ale powiedz mi lepiej co ty tu robisz, do naszych ciągniesz?
-Tak wiozę rozkazy od Conana dla Arrimy, ponoć ważne więc się spieszę i nie pomogę wam drodze, wybacz Bo
-Damy radę bez obaw, mała sobie nieźle radzi.
-No właśnie, kastowała prostą gehennę, toż to przyszły demo będzie, więc wybacz, że do tego wracam ale to zupełnie mi nie pasuje. Zmarszczył czoło, westchnął, ale co nam malutkim, niech Trybunica robi co chce, ale szkoda tej małej. A dlaczego ciebie a nie Czarnego posłała ?
-Popstrykaliśmy się troszkę z Xioncem i za karę mnie wyprawiła westchnęła przeciągle szamanka
-Ha..to akurat normalka, chyba się nie zdarzyło jeszcze żeście się po mordach nie obijali po dużym winku, ale coś ty, rano zawsze na ciężkim kacu opatrunki z lodu sobie nawzajem robicie a jak dwa gołąbki sobie gruchacie, no coś ty toż to rytuał 9-tki jest , wszyscy obstawiają kto komu, które oko podbije. To nie byłby powód, a prędzej by Xionca wysłała niż ciebie, w tak niebezpieczną podróż. Niemożliwe musi być inna przyczyna ….
-Założyłam się z Arri, że nie polubię tej dziewuszki do końca podróży o sztukę złota, weszła w słowo Gromikowi Bogusia
-Coraz bardziej mnie to dziwi, bo Arii się z nikim nie zakłada, no Metan to i owszem ale ona nigdy, coraz bardziej mi to śmierdzi jakąś przewrotną intrygą …Spojrzał na Bogusię i spytał..i jak przegrasz zakład?
-Pewnie, ale już zdobyłyśmy ze dwie sztuki złota, dostaniemy je za konie takich jednych co z nami chcieli zatańczyć ale kroków nie znali, i się krótko zaśmiała, jedną dam Droo a druga będzie dla Arrimy, więc na zero wyjdę.
Gromik zamyślił się, po czym po chwili przemówił
-Masz zawieść obiecującą demonolożkę do najohydniejszego, z doradców Conana, starego capa gustującego w młodych dziewczynkach, ty która na starość założysz największy sierociniec w Cymierii bo drugi w Stygii założy Arrima.
-Nie przesadzaj Gormi, za dzieciakami nie przepadam, takie wrzeszczące, brudne i wiecznie głodne, nie ..to nie dla mnie
-No może bym ci uwierzył gdybym nie widział masakry jaka uczyniłaś na Vanirach jak zobaczyłaś, że jeden dziewczynkę mieczem na pół przeciął dla zabawy. Wierz mi na słowo nie chciałbym być kiedykolwiek po nie twojej stronie. Po czym dodał po chwili, i do Old Taranti a nie Conarch Village gdzie ma pełno znajomych.
-To stygijka więc, tu nie bardzo jest lubiana, ale też to nie daje mi spokoju i chyba zostawię ją w Świątyni Mitry skąd ją Catgern zabrał.
-To dziewczyna Cata jest? Zapytał mag
-Nie..coś ty Cata nie znasz, po stracie swojej Kathrinne na poważnie, na żadną nie spojrzy a to dziecko jeszcze, dziewica, no ale mało brakowało i by hymen straciła..ma farta ta mała
-To po co Catgern ją wiózł taki szmat drogi?
-Ponoć obiecał kraj rodzinny pokazać, odpowiedziała szamanka
-Tak daleko? Nie, Catgern jest szalony a i owszem ale on myślę specjalnie ją tutaj przytargał, by Arrimie przedstawić, sam wiecznie bez grosza, chciał pewnie by Arrima pod kuratelę ją wzięła i wyszkoliła..mówił już bardziej do siebie Gromik
-Cat ciężko zranion leży, a ta podfruwajka wyciągnęła go z groty troli, i Arrimie okazała więc było akurat na odwrót.
-Nie znasz jakiegoś dobrego maga co by się demonologią zajmował, Bogusiu bo to wszystko bez sensu jest?
Jak uderzenie pioruna w samotne drzewo, tak nagle olśnienie spłynęło na Bogusię, wstała i zaczęła nerwowo chodzić to w jedną to w druga stronę
-Arrima ty wstrętna, przebiegła pustynna kobro, ty…zaczęła sapać ze zdenerwowania, wściekłość, narastała z każdą chwilą
Gromik się zaniepokoił, zdziwił się nagłym wzburzeniem szamanki
-Coś powiedziałem nie tak, czymś cię uraziłem Bo?
-Nie ty…to Arrima mnie wykorzystała, a ty jeno oczy mi otworzyłeś…prawie krzycząc w furii odpowiedziała Bogusia
-Coś się stało? Zapytała cicho Droo trzymając w dłoniach całkiem spore naręcze drewna.
-Nic, absolutnie nic się nie stało, a ty co tak stoisz jak słup soli, weź się za rozpalenie ogniska i posiłek wieczorny przygotuj wściekle krzyczała na dziewczynę Bogusia.
-Mam kilka królików i zrobię z nich potrawkę, palce lizać mój koronny przepis, wszystkie panny na to podrywam, zaśmiał się wesoło Gromik próbując rozładować napięcie.
Droo w milczeniu ułożyła stosik i rozpaliła niewielką gorę, resztę chrustu złożyła obok.
-Pójdę póki widno jeszcze po więcej bo braknąć może a noce mroźne są. Po czym oddaliła się w milczeniu.
-Co jest Bo, mi możesz powiedzieć, znamy się nie od dziś a wiele razem przeszliśmy. W co cię Arrima wplątała, żeś tak się zdenerwowała, bo tak wściekłą to cię naprawdę dawno nie widziałem. Ostatnio to chyba jak w trupa pijany Czarny z Xioncem w „nieboszczyka” grali, a na cel szynkarza obrali , który im ponoć zbyt rozcieńczone wino podał licząc, że się chłopaki nie poznają… ale się posrał biedak ze strachu okrutnie, a smród był taki, że wysiedzieć się nie dało i na zawietrzną iść musiałem, choć szczególnie wrażliwy na zapachy nie jestem ..Nawet obstawiłem na Xionca bo chyba mniej wypity był, no ale zabawę przerwałaś, chłopakom ryje obiłaś a i nam by się z Metanem dostało tylko przezornie salwowaliśmy się ucieczką. Gromik próbował jak mógł udobruchać starą przyjaciółkę bo zaniepokoił się jej stanem poważnie.
-Słyszałeś o Archibaldzie Gromi?
-Pewnie to jeden z najpotężniejszych magów, a z demonologów największy bezspornie, odparł Gromik niemalże odruchowo, dziwiąc się tak oczywistemu pytaniu.
-To mój ojciec jest.
-Oż cię jasna mać, toż to teraz wszystko kształtów nabrało. Oj Arri w co ty grasz?
-Nie poprosiła mnie bezpośrednio, bo wiedziałaby doskonale ,że się nie zgodzę, więc wzięła mnie podstępem. Dlatego ja, dlatego tak długa niebezpieczna podróż, w której nie sposób się nie zaprzyjaźnić jak się na tym samym koniu jedzie i je z jednej miski, dlatego obmierzły Roben, dlatego Old Tarantia gdzie mój ojciec ma ponoć swoją pracownię.
-Wnioskuje, że z ojcem nie żyjesz w przyjaźni Bogusiu?
-Mój ojciec nawet nie wie o mym istnieniu a i mi do teraz było to zupełnie obojętne.
-Jak to tak może być, że co nie zna swej córki, najpotężniejszy czarodziej naszych czasów?
-Tak Gromi. Ale to nieważne teraz jest. Przede mną istotny zakład, bo ten niewypowiedziany. To jest prawdziwa próba, na którą wystawiła mnie Arrima, naszą wieloletnią przyjaźń, moją nienawiść do ojca, który porzucił moją matkę gdy mu powiła córkę, istotę niegodną parania się magią. Wiele ryzykowałaś Arrimo, ale wiedziałaś, że wygrasz, że zduszę w sobie dumę i poproszę ojca o przysługę, o jedyną rzecz na świecie i to nie dla siebie, ale dla obcej dziewczynki, za te wszystkie lata życia w hańbie i upodleniu, za ocalenie gdy mnie znalazła bez życia z przebitą krwawiącą macicą bo Vanirskim najemnikom znudziło się dymanie młodej wiedźmy więc wbili osikowy kołek w pochwę co by skonała w cierpieniu, i to wszystko o sztukę złota? Dużo wymagasz od kobiet w swojej gildii Arrimo, bardzo dużo. Mówiła chaotycznie niemalże płacząc Bogusia.
Gromik bez słowa podszedł i przytulił mocno do piersi Bogusię głaszcząc ją pieszczotliwie po rudych zebranych w kitkę włosach.
-Dobro innego człowieka jest cenniejsze od własnej dumy czy niezależności Bo. Ta dobroć, którą mamy głęboko w sercu decyduje o naszych życiowych wyborach. Arrima dała ci dużo czasu na podjęcie decyzji i zostawiła ci wiele otwartych furtek, które wcale nie przekreślają waszej przyjaźni. Dała ci możliwość odegrania się na wyrodnym ojcu, który jak słyszałem nie przyjmuje uczniów i który gardzi kobietami. Gdy weźmie na naukę Droo, to ona go może zmienić, i uczynić innym człowiekiem. Arrima zna się na ludziach, ma wiedzę jak ich kształtować by stawali się lepsi i silniejsi, nie tylko w walce z potworami w cuchnących katakumbach ale z własnymi demonami z przeszłości.
-Wiem Gromik i dla tego jestem taka zła na siebie ,bo wiem, że ją to kosztowało wiele, może więcej niż mnie, a nie chciała naszej przyjaźni stawiać na ostrzu noża, bo jest zbyt cenna by o nią grać. Zakłady są tylko dla głupich chłopów .I walnęła Gromika lekko pięścią w ramię.
- Tak mądre, wrażliwe kobiety, nie zakładają się one realizują swe najskrytsze pragnienia i marzenia ich najbliższych konsekwentnie i skutecznie.
-Gromi ty zawsze byłeś taki poważny, czy kapcaniejesz na stare lata?
-Staram się pocieszyć przyjaciela, bo niewielu już ich mam, to wszystko, a że jestem głupim chłopem to kiepsko mi to wychodzi.
-Wychodzi ci doskonale ,gdyby wszyscy byli tacy jak ty to żałowałabym, że jestem kobietą.
Droo stała nieopodal a, że słuch miała wyborny słyszała każdy szept. Nawet nie próbowała wycierać łez które, jak fontanna w ogrodach króla Conana wypływały z jej wielkich ciemnych oczu. Starała się nie pociągać nosem by nie zwrócić na siebie uwagi dwojga rozmawiających przyjaciół. Rzuciła niedbale pozbierane patyki, gałęzie, fragmenty kory i zaczęła rozdmuchiwać przygasające ognisko. Dym gryzł ją w oczy niemiłosiernie ale po raz pierwszy w życiu była mu za to wdzięczna.
Cdn.

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

 Tytuł: Re: PAMIĘTNIKI Z WYPRAW
PostNapisane: 21 wrz 2010, o 09:05 
Offline
Chieftain
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 20 wrz 2010, o 20:17
Posty: 529
VESPEN

Dotarli do Old Tarantii wczesnym, rankiem, miasto budziło się z krótkiego snu, pierwsi handlarze ciągnęli na rynek ze swoimi towarami. Mijali wozy wypełnione po brzegi z rzepą, kapustą, rybami, dziczyzną, oliwą i winem. Bogusia rozpytywała każdego wyglądającego na mieszkańca o Archibalda. Niestety nikt nie go nie znał i nie miał pojęcia gdzie mieszka. Bogusia w międzyczasie sprzedała zdobyczne konie i sztukę złota dała Droo, choć ta długo się wzbraniała przed przyjęciem, ale uparta szamanka postawiła na swoim i przekonała dziewczynę ,że zarobek należy się po połowie. Krążyli po krętych uliczkach do południa. Gdy słońce zaczęło przypiekać niemiłosiernie zatrzymały się zmęczone w małej portowej knajpce. Cielęca potrawka postawiła ich na nogi. Tam też od jednej rudej kurtyzany za kilka miedziaków dowiedziały się o lokalizacji przypuszczalnej kwatery maga.
-Wejdę sama, nie każę ci liczyć, bo nie wiem ile mi to zajmie, ale pod żadnym pozorem nie masz prawa tam wejść, bez względu na to co usłyszysz i bez względu na to jak to wyda ci się podejrzane. To tylko moja osobista sprawa, zrozumiałaś, powiedziała to twardym głosem Bogusia patrząc prosto w oczy Droo.
-Wyczerpująco to ujęłaś, mam tu po prostu stać, i nawet jak ten demonolog będzie cię palił żywcem, mam przeciągać się znudzona i ziewnąć, odparła ironicznie Droo
-Dokładnie, tak masz uczynić, jeżeli mnie zabije to znaczy, że zabije nas obie, twoje czary nie przebiją się przez jego osłony magiczne, a muszę mieć pewność, że ktoś mnie kiedyś pomści zrozumiałaś…
-Dobrze, więc poczekam , powiedziała to bez przekonania Droo
Bogusia popatrzyła jeszcze przez chwilę na towarzyszkę podróży, poczym odwróciła się i weszła bez pukania do domu Archibalda.
-Nie przypominam sobie bym dzisiaj posyłał po dziewczynkę, starszy jegomość z długą siwą brodą rzekł barytonem nie podnosząc wzorku znad manuskryptu, który uważnie śledził.
- Nie przyszłam się tobą pieprzyć starcze ale ubić interes odrzekła szamanka.
Archibald uniósł głowę i bacznie się przyjrzał dziewczynie, ruda, o nieziemskich kształtach bez cienia tłuszczu, bardzo delikatnych rysach twarzy, opalona, nie to mieszaniec pomyślał, śniady odcień skóry zawdzięcza domieszce krwi stygijskiej, wyjątkowa piękność. Pogładził swa długa brodę, wstał znad stołu i rzekł już bez cienia zniecierpliwienia w głosie
-A jaki to interes chce ubić ze mną szamanka niedźwiedzia?
-Chcę zaproponować ci pewien zakład, ponieważ, mag nic nie rzekł tylko dalej uważnie się przyglądał Bogusi kontynuowała, chcę cię panie wyzwać na pojedynek.
-Ha, Ha, ty chcesz mnie wyzwać, no dobre, a co bym miał zyskać jak by mi się przypadkiem udało wygrać? Sarkastycznie zagadał mag.
-Dam ci stygijską niewolnicę, niezwykłej urody i niezwykłych talentów, prawdziwy skarb Czarnego Zamku, po prostu bezcenna…jest.
-A co chcesz w zamian jak by to tobie się udało? Powątpiewająco zapytał Archibald.
-Niewiele, weźmiesz na termin jednego obiecującego ucznia, więc jak?
-Nie kupuję kota w worku, gdzie ta stygijska niewolnica? Uśmiechnął się starzec nie wierząc ani jednemu słowu szamanki.
-Wyjrzyj na zewnątrz, i sam zobacz czy kłamię, bo coś mi chyba nie ufasz.
Stary mag wyjrzał, przez małe okienko na ulicę i długo przyglądał się Droo, po czym pokiwał głową z niedowierzania i się ponownie uśmiechnął.
-Jestem już stary, ale umysł mam jeszcze jasny. To żaden zakład bo wygrywasz bez względu na wynik, przejrzał Bogusi plan mag. Poza tym przypominasz mi bliską memu sercu osobę, więc się z tobą nie będę potykał. Odejdź więc w pokoju i nie nachodź mnie więcej, bo zdania nie zmienię.
-Nie zostawiasz mi wie wyboru starcze, bo o własnych siłach stąd nie wyjdę, jeżeli nie chcesz uczyć najzdolniejszej w całej Hyborii demonolożki zapewne z obawy, że cię przewyższy w kunszcie magicznym albo dla tego, że jest kobietą to giń..
Nawet nie zdołała wypowiedzieć początkowych sekwencji obalenia a już oplatały ją magiczne kończyny, dekoncentrując ją skutecznie. Mag błyskawicznie przyskoczył do Bogusi i przycisnął ją do ściany swoją długa pokrytą runami laską
-Wiesz, że nie masz żadnych szans ze mną, więc po co chcesz zginąć na darmo dziewczyno?
Droo wzdrygnęła się ,odczuwała nagłe silne zaburzenia fluktuacji energii, ktoś używał magii i wiedziała kto i gdzie.
-Nie na darmo, ale dla przyjaciela, dla kogoś bliskiego chce się poświęcić ale ja jej na to nie zezwolę, proszę nam pozwolić odejść panie Archibald, powiedziała Droo stojąc w progu
-Miałaś czekać na zewnątrz, czy ty nigdy nie możesz zrobić czegoś dokładnie tak jak ci nakazano, czy zawsze musisz wściubić swój mały nosek w nie swoje sprawy, odparowała wściekła przyduszonym głosem Bogusia
-Chyba nie wierzyłaś w to, że będę ze spokojem patrzyła jak moja przyjaciółka ginie z rąk własnego ojca i to właśnie chyba w mojej sprawie…równie wściekle zaatakowała Droo, żałując, że wymsknęła się jej informacja zasłyszana z rozmowy Bogusi z Gromikiem.
Cisza w izbie zapadła niezręczna. Dwie przyjaciółki mierzyły się ognistymi spojrzeniami. Mag jakby rażony piorunem odsunął się od Bogusi, ponownie ale już pod innym kontem lustrując bacznie dziewczynę. Poczym jakby uzyskał pewność zagadał
-Co słychać u Liriel szamanko?
-Moja matka umarła dawno temu, ale co ci do tego, zostawiłeś ją zupełnie samą, jak powiła córkę..tylko córkę?
-Gorzej opuściłem ją wcześniej, gdy była jeszcze w ósmym miesiącu ciąży, a płci dziecka nie znałem, nie chciała mi powiedzieć..miała to być niespodzianka, odparł smutno starzec.
-Jak to mogłeś tego nie wiedzieć, to oczywiste jest przecież?
-Oczywiste dla szamanów ale nie na dla demonologów, uwierz mi nie wiedziałem, ale mnie to nie usprawiedliwia. Po czym zaczął snuć niemalże szeptem opowieść. Byłem wtedy jeszcze młodym czarodziejem o niespokojnej duszy, szukającym wyzwań, wiedzy i przygody. Stateczne życie w gdzieś w zapadłej cymeryjskiej wiosce u boku szamanki mnie przygniatało, dusiłem się, mimo, że bardzo kochałem twoją matkę. Pod pretekstem zdobycia gotówki na wykształcenie naszego dziecka, bo wierzyliśmy, że odziedziczy po nas magiczne zdolności zabrałem się z ekspedycją na Yakmara, wysoko w góry Egilophian, organizowaną przez niejakiego Bromali. Potrzebowali demonologa na wyprawę a, że płacili nieźle, więc poszedłem wbrew woli Liriel, która za nic nie chciała się ze mną rozstać. Zawsze ktoś w związku kocha bardziej i to jest w życiu najgorsze. Zasępił się na chwilę po czym kontynuował. Nie byliśmy gotowi stawić czoła temu potwornemu monstrum, spownujacemu liczne groźne miniony. Bestia pokonała nas szybko, ledwo we trzech zdołaliśmy się wywlec z lodowej pieczary, jeden z towarzyszy umarł po drodze, mnie ciężko rannego Bromali zostawił w najbliższej wiosce. Leczyłem się z ran do wiosny. Potem musiałem odpracować i zapłacić za opiekę. Do następnej wiosny polowałem, a ze sprzedaży zajęczych, niedźwiedzich i lisich skór zarobiłem na dalszą drogę. Miast wrócić do Crouch Village do Liriel pognałem ku następnemu wyzwaniu, potem kolejnemu. .. i tak dalej..Wiedziałem, że dacie sobie radę, twoja matka była znaną znachorką, miała grono przyjaciół i oddaną rodzinę. Chciałem zdobyć majątek i z bogactwem do was przybyć. Opamiętałem się po kilkunastu latach, miałem już sporą sumkę, a i nazwisko znane. Gdy dotarłem do twojej rodzinnej wioski zastałem tylko zgliszcza. Pół roku krążyłem po okolicy starając się ustalić co się stało i czy ktoś przeżył. Niestety nie spotkałem nikogo kto mógłby mi powiedzieć coś więcej niż to co wyczytałem badając pogorzelisko. Wróciłem do Old Taranti i zająłem się studiami nad manuskryptami demonologicznymi, a i zacząłem pisać swoje, i tak to robię do dzisiaj. Spojrzał czule na Bogusię i zapytał czy… bardzo cierpiała?
-Nie chcesz wiedzieć jak bardzo, jak bardzo może cierpieć wiedźma schwytana przez Vanirskich najemników, ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym co musiała przeżywać oglądając jak pastwią się nade mną. Po czym dodała drążącym niemalże histerycznym głosem. Nigdy ale to nigdy nie powiedziała złego słowa na twój temat, nigdy cię nawet nie przeklęła, zawsze o tobie mówiła z wielka miłością, czułością i tęsknotą w głosie i za to nienawidzę cię najbardziej..ostanie słowa już wykrzyczała Bogusia
Starzec ścisnął mocno swoją dębowa runiczną laskę złotem okutą aż zaskrzypiała. Nagle grymas bólu pojawił się na jego pomarszczonej twarzy, schwycił się za serce. Laska z głośnym trzaskiem upadła na podłogę.
-Ojcze ….
Droo z wrodzoną zwinnością i refleksem pospieszyła z pomocą, zamortyzowała upadające bezwładnie ciało starego maga.
-Ojcze, tylko mi tu nie umieraj….przenieśmy go do drugiej izby i połóżmy na łożu zwróciła się do Droo szamanka
Magia iskrzyła z mocą niespotykana często, Droo widziała już taki spektakl jak Arrima z Metanem walczyli o życie Catgerna. Bogusia była niezwykle skupiona co rusz powtarzając medyczne niezrozumiałe dla Droo inkantacje. Starzec otworzył na chwile oczy, wyciągnął przed siebie rękę jakby szukając kogoś..
-Liriel …wróciłaś..szepnął widząc pochyloną nad nim Bogusię , po czym znów osunął się w mroki nieświadomości.
Droo stała blada i przerażona, nie wiedziała co ma uczynić, była całkowicie bezradna. Serce jej się krajało na myśl, że w tak dramatycznych okolicznościach i z jej przyczyny Bogusia może stracić ojca. Stary mag skruszył pewnie pierwsze lody, swoją opowieścią, a przecież awanturniczy tryb życia na wzór ojca prowadzi także szamanka, więc zrozumieć go przecież mogła, może nie od razu przebaczyć ale zawsze to był jakiś początek. Widząc cierpiętniczy wyraz twarzy Droo, i przerażenie w oczach Bogusia rzekła
-To tylko atak serca. Nie sądzisz, że teraz pozwolę mu odejść, jak już się zgodził ciebie uczyć, powiedziała drżącym głosem ocierając dłonią łzę, która niespodziewanie się pojawiła.
-Przecież nic takiego nie powiedział. Wyszeptała Droo
-Zgodził się, powtórzyła Bogusia i pokiwała głową jakby chcąc podkreślić wagę swojego stwierdzenia , tylko jeszcze o tym nie wie.
*
Arrima zajęta była pisaniem listu do Nufreja, nekromanty z jej gildii aby przybył niezwłocznie na miejsce spotkania w Tunder River. Dostała polecenie od samego króla Conana aby IX Kohorta pod jej przewodnictwem zorganizowała ekspedycje ratunkową do Xibaluku. Kuzyn króla Hadrian zaginął w wyprawie eksplorującej tą starożytną kryptę, pełną magicznych monstrów i artefaktów. Zadanie było o tyle trudne, że wejście do pieczary znajdowało się na terenie więziennej kolonii objętej buntem, z którym żołdacy króla sobie wyraźnie radzili. Głośne pukanie przerwało jej myśli…
-Wejść, krzyknęła zniecierpliwiona i wyraźnie niezadowolona.
Bogusia wolno otworzyła drzwi i stanęła w progu, bacznie mierząc wzrokiem szefową gildii. Arrima widząc kto wszedł uśmiechnęła się promieniście
-Bo skarbie nie wiesz nawet jak się cieszę widząc ciebie w zdrowiu.
Bogusia nic nie odpowiedziała na ciepłe przywitanie przyjaciółki. Rzuciła tylko na stół złotą monetę, która długo wibrowała na stole zanim zamilkła. Arrima widząc to przełknęła głośno ślinę, zagryzła dolną wargę, podeszła wolno do kominka, oparła jedną rękę na nim i udając, że patrzy z ciekawością w płonące polana nieśmiało zapytała z wyczuwalnym napięciem w głosie.
-co słychać u Droo?
Bogusia długo milczała. Jak gdyby zastanawiała się jak to przekazać.
-Będzie ją uczył przez 10 miesięcy w roku, następne dwa ma na prace w terenie, do naszej dyspozycji, pieniędzy nie chciał, zapewni jej wszystko czego potrzebuje a i masz pozdrowienia, pamięta do dzisiaj twoją odważna odmowę na jego końskie zaloty.
Arrimma na chwilę zamknęła oczy. Ta informacja napełniła ją taką wewnętrzną radością, napięcie które gromadziło się od tygodni znalazło nagłe niespodziewane ujście, nie była w stanie powstrzymać łez, choć słynęła z opanowania. Odwróciła się do Bogusi i prawie łkając szepnęła
-Dziękuje ci ty moja najukochańsza przyjaciółko z całego serca.
-Nie Arri, to ja tobie dziękuje, dziękuje za odzyskanie ojca, za to że mogłam pomóc przyjacielowi zrealizować jego najskrytsze marzenie, za to że przy tobie codziennie staram się być lepszym człowiekiem ..za to ze jesteś…..
Padły w sobie w ramiona, tuląc nawzajem, nie ukrywając emocji. Metan po opróżnieniu o jednego czerpaka za dużo stanął w drzwiach i walcząc z grawitacją nadziwić się nie mógł widokowi.
-Arii czy ty mnie naprawdę kochasz, bo na Croma mam niejakie wątpliwości? I się roześmiał się głośno i beztrosko, witaj Bo chłopaki wprost nie mogą się doczekać twojego towarzystwa.
-Xionc się stęsknił? Zapytała Bogusia uśmiechając się przez łzy, których nawet nie próbowała obetrzeć.
-A żebyś wiedziała ,ale nie tylko, no bo widzisz skarbeńku, zakład nie rozstrzygnięty mamy, a i ciekawość nas pali, co z Droo zrobiłaś? Ja, dalej bełkocząc i chwiejąc się na nogach Metan obstawiałem Świątynię Mitry, Xionc Robena, Czarny, że zgubisz ją po drodze, tylko Gromik obstawił Archiego….trzeba to prędko rozstrzygnąć, bo zakład u mężczyzn to święta rzecz, i pomachał palcem wskazującym podkreślając dobitność stwierdzenia.
-Metan za dużo wypiłeś i straszne farmazony opowiadasz, połóż się kochanie spać pieszczotliwie powiedziała Arrima
-A i wypiłem, ale tak dobrego wina, to ja od ponad roku nie piłem ,szynkarz na rzęsach staje by nam dogodzić, i najprzedniejsze trunki nam serwuje, dalej mamrotał Metan
- Czy to czasem nie jest ta karczma, w której… Czarny z Xioncem…?
-A i jest, przerwał Arrimie Metan wesolutki, ta samiutka, a pamięta nas skubaniec….że,..he..he
Bogusia popatrzyła uważnie na swoją piąstkę i później na Arimę i rzekła pójdę już na dół, nie można pozwolić by panowie za długo czekali, to wielce nie kulturalne jest, a i ciekawość trzeba ich zaspokoić bo gotowa im żołądki przepalić a na to zezwolić nie możemy, jutro pogadamy na spokojnie . Odwracając się w drzwiach dodała po staremu ich potraktuję, ale w razie czego pożyczysz mi pałki Metana co, Arii? I nie czekając na odpowiedź pognała na dół.
Arrima wzięła Metana pod pachę i zaprowadziła do łóżka. Zdjęła buty i przykryła pledem. Znów była szczęśliwa, znów byli na fali, zbliżająca się ekscytująca wyprawa, nauczyciel dla Droo, pogodzona z ojcem Bogusia i mała dyskusja na pięści na dole, czyli jak za starych dobrych czasów.

K O N I E C

_________________
Obrazek


Góra
 Zobacz profil  
 

Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna strona

Nie możesz rozpoczynać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group